Sezon jelitówek uważam za otwarty

No i zaczęło się.  Przychodzi zawsze znienacka; dlatego, gdy ktoś pyta, czy jesteśmy zdrowi, odpowiadam: dzisiaj tak. Kiedy lekarka pyta, czy mały ma wysypkę, odpowiadam: rano jeszcze  nie miał. Jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu opinii na temat zdrowia. Zresztą mamy wiedzą najlepiej; kładą spać dzieci zdrowe, a budzą się chore.

Podobnie było u nas. Wszystko szło lawinowo. Pierwszy poległ na placu boju najmłodszy w rodzinie. Od rana zaczął wymiotować. Najgorsze, że nie skojarzyłam tego z wymiotami, tylko z refluksem. Pomyślałam, że mi się dziecko dusi, bo wydawał takie dziwne odgłosy. Ale kiedy zaczęło się na dobre, rozwiałam swoje wątpliwości. Muszę popracować nad sobą, żeby  nie wyszukiwać chorób, o których nie śniło się nawet filozofom. Już taka panikarska  natura. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarka w naszej osiedlowej przychodni   zabroniła mi zaglądać do internetu, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

Drugi poległ starszy syn. Wrócił ze szkoły blady jak ściana z bolącym brzuchem. Zwijał się bólu, powstrzymując ze strachu wymioty. Ile musiałam natłumaczyć, że nic się nie stanie, że to naturalny odruch, kiedy organizm chce się pozbyć intruza. Może wreszcie zrozumie, że choroba to nie jest dobry sposób na uniknięcie szkoły, o co tak skrupulatnie zabiegał.

Wieczorem ja padłam ofiarą wirusa, który potocznie nazywamy jelitówką. Akurat jadłam kolację, oglądając sobie spokojnie telewizor. Dzieci spały wykończone chorobą, mąż na sportach, wreszcie względny spokój. Już czułam, że coś się kręci, ale dalej wpychałam kolację na siłę. Jadłam halibuta ( czyli buta Haliny), moje łakomstwo wzięło górę,  jak mogłam zrezygnować z takiej pysznej ryby. Ostatni kęs był dosłownie ostatnim kęsem. Wylądowałam w toalecie razem z kolacją. Noc z głowy.

Ostatni był mąż. Wrócił ze swoich sportów, zjadł kolację i… zaczęło się…

Choroba dzieci to zawsze wyzwanie dla rodziców. Najmłodsze dziecko jeszcze nie mówi, więc intuicyjnie trzeba badać, co mu dolega, czego potrzebuje, co go boli. Najważniejsza dla mnie jest troska i cierpliwość, żeby nie polec razem z nimi rozdarta przez nerwy. To co w głowie – to moje, to inna bajka, strach nie jest dobrym doradcą;  dla nich na zewnątrz – siła i opanowanie. Najważniejsze, żeby nie dać się sprowokować słabości.

Wokół mnie jakoś dużo chorób ostatnio. Córka znajomych miała operację guza mózgu. Dziewczynka w wieku mojego starszego syna. W takich wypadkach pozostaje rodzicom zaufać lekarzom i modlić się żarliwie o zdrowie, o cud.

A mi pozostaje podziękować Bogu, że to tylko jelitówka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Światowe życie

W sobotę na naszym osiedlu było bardzo światowo, bardzo medialnie, po prostu show biznes  w pigułce.  Powiało światem filmu. Od samego rana kręcili jedną scenę do serialu  „Policjanci” albo „Szpital”. Męczyli się tak do późnego popołudnia. Akurat mieliśmy okazję obserwować zmagania super aktorów.

Dziewczyna siedziała pod drzewem z wbitym w serce nożem i czekała na karetkę. Reszta ekipy musiała bardzo zgłodnieć, bo zajadała się chińszczyzną z pudełka. Catering nie zawiódł.

Karetka przyjechała, zabrała dziewczę i odjechała. Super dron filmował z góry, gdy nagle odezwał się głos chłopaka: a torebka!?

I znów scena od początku. Ciężka praca. Nawet  górnik nie zniósłby takiego napięcia.

Nasze osiedle jest w ogóle bardzo medialne. Telewizja kręci tam „Policjantów”, „Pierwszą miłość” – dla niewtajemniczonych to taki stuletni serial o pięknym Wrocławiu. Często można spotkać pod moim balkonem (no prawie) męża Aleksandry Natalli-Świat, która zginęła w katastrofie smoleńskiej, komentującego bieżące sprawy polityczne. Dzieciaki mają radochę. Kamery, światła, włochate mikrofony. Czają się wśród rozmówców, skaczą, uciekając fukającym na nich operatorom. Ja w takiej sytuacji nie przyznaję się do swoich synów. Stojąc w bezpiecznej odległości, udaję, że to nie moje dzieci.

Kiedy już napatrzyliśmy się na te potworności , na tą krew z farby, kiedy nasłuchaliśmy się sygnału karetki, poszliśmy na plac zabaw.

A tam już mniej  światowo, typowe swojskie klimaty. Tradycyjnie: mamy w domu gotujące obiad, a znudzeni ojcowie uganiają się za swoimi pociechami.

Nagle słyszę z oddali wołanie dzieci: Iwona, Dorota… Dotarły do moich uszu imiona, których nie słyszałam latami. Bardzo mnie to rozczuliło, wręcz urzekło. Były też Zosie, Jagódki, Antosie, ale to nie one wydały mi się   archaiczne i zapomniane, tylko tamte,  typowe z lat 70-tych, 80-tych przeniosły mnie w podróż sentymentalną do podstawówki i liceum. Ciepło zrobiło mi się na sercu.

Imiona zapomniane, dawno przeze mnie nie słyszane, ale  pozbawione pretensjonalności i zadęcia. Niewymuszone w swojej prostocie, wypowiedziane bez kombinowanej interpretacji. Prawdziwe, przaśne imiona.

W tym towarzystwie imion to Antosie i Jagody wydały mi się pospolite . Iwona, Dorota – one nabrały nowego brzmienia,  sensu; zostały odkurzone i zaświeciły dawnym blaskiem. To był autentyczny powiew świeżości. Sama byłam zdziwiona swojej reakcji, znając moje tendencje do wyszukanych, nieznanych nikomu imion.

Malutkie, dwuletnie Iwonki i Dorotki – to dopiero jest egzotyka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Rodzicielskie dylematy

Odkąd młodszy synek zamieszkał w pokoju starszego, odpadło mi parę rytuałów. Żeby nie powiedzieć uciążliwych obowiązków. Na przykład usypianie malucha. Ze starszym należałam się i nausypiałam za wszystkie czasy. Leżąc w łóżku, miętolił moją rękę . Trwało to długie lata, zanim zwolnił mnie z tego przywileju.

Kiedy już leżał w łóżku, czekał cierpliwie na matczyną obecność. Musiałam wszystko zostawić w tyle, żeby z nim być. Czasami tak leżał godzinę, rozmyślał, a ja głaszcząc go po główce, modliłam się, żeby już zamknął oczka i dał mi odetchnąć.

Potem  były wędrówki ludów do naszej sypialni. Co noc lądował w łóżku jakiś krasnal, kopiąc nas gdzie popadło, tłukąc się do rana, pozbawiając snu tych najbardziej potrzebujących.

Kiedy urodził się jego brat, smutno mu było, że jest daleko od naszej trójki, poczuł się odrzucony. Sielanka, która odbywała się co noc bez jego udziału, sprowokowała go do przeprowadzki. Spakował materac na plecy i przeprowadził się do sypialni na rok.  I już całą rodziną, we czwórkę, spaliśmy wszyscy na kupie.

Jakoś nie przeszkadzał mu płacz niemowlaka i nocne zamieszanie związane z karmieniem i przewijaniem. Nie przeszkadzało mu deptanie po głowie, szturchanie w trakcie podchodzenia do łóżeczka. Chęć zbliżenia do brata i uczestnictwa w tym kieracie była silniejsza od wygody we własnym pokoju.

Aż w końcu nadszedł czas, że trzeba było odciąć pępowinę, pozbawić syna miłego korytka, wypuścić w świat. I tak jak pić można tylko w dwóch wypadkach: kiedy jest zagryzka i kiedy jej nie ma, tak samo w przypadku mojego syna były tylko dwie drogi, którymi mógł pójść: dobrowolne opuszczenie sypialni lub przymusowe. W tym wypadku trzeba było uciekać się do podstępu i siłą pozbawić syna przytulnego kąta.

Prawie rok czekał na małego sublokatora. Wreszcie się doczekał. Trochę się obawiałam, ale czas pokazał, że  to była słuszna decyzja. Obydwoje kładą się do łóżka bez gadania i bez konieczności towarzyszenia im w wieczornych rytuałach. Zostawiliśmy sobie jedynie wspólną modlitwę.

Dzisiaj pierwszy raz, odkąd alkowa należy tylko do rodziców, maluszek nie przyszedł po obudzeniu do sypialni, nie ciągnął mnie   za rękę, krzykiem wyciągając z łóżka. Nie rzucał we mnie klapkami. Mogłam bezkarnie poleżeć, delektując się słonecznym porankiem. To było naprawdę miłe.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

,

 

Żegnaj lato na rok…

To nieuniknione, to już koniec lata. Na pewno nie jestem odosobniona w rozpaczy nad przemijającym długim i ciepłym dniem, słońcem. Wszyscy żegnają lato i z niecierpliwością czekają na kolejne.

Chętnie pożegnałabym lato szampanem, ale jeszcze nie w tym roku. Nawet mąż, kiedy kupi butelkę cydru, ukrywa się przede mną, żebym nie miała na niego chętki, a w lodówce zostawia piwo, bo wie, że go nie lubię i nie ma ryzyka,  że będę popijać cichaczem.

Żegnam lato i znów nie dociera do mnie, że zacznie się wieszanie prania na suszarce w domu. Wiem, że nie ma w tym nic z wyrafinowania, nic z poetyckości i subtelności, nic z odchodzącym na kilka miesięcy śpiewem ptaków.

To przyziemne zjawisko spędza mi sen z powiek. To przyziemne zjawisko przesłania mi połowę pokoju, połowę moich mebli, do których przez kilka miesięcy nie mam dostępu. Dlatego z taką tęsknotą wypatruję  pierwszych promyków słońca.

Zawsze z drżeniem serca obserwuję, jak moje małe dziecko (wcześniej starsze) plącze się pomiędzy sznurkami, zawijając się w mokre pranie, ciągnąc za sobą mokre ubrania. Bardzo lubi pomagać mi przy ich wieszaniu. Wygląda to tak, że wywraca miskę do góry dnem, wysypując zawartość, a miskę wkłada sobie na głowę, udając pewnie jakiegoś dzielnego rycerza, którego historię będzie dopiero poznawał.

Żegnam lato i witam nowy rok szkolny. Nerwowo. Można powiedzieć, że się doigrałam, opisując zjawisko osiedlowych czarownic, postrachu dzieci. Moja szkolna latorośl na samym starcie przyrównała mnie do czarownicy z okna. No właśnie, przyganiał kocioł garnkowi.

Pytam, dlaczego. Czy ja się czepiam? Tak, ciągle zwracam mu uwagę. Ale jak podrzuca w zabawie bratem , potem go nie łapie w locie tylko robi unik, a brat ląduje na ziemi, to ja mam nie zareagować. Pytam, już spokojnie. Tak, słyszę odpowiedź. Usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Ale żeby zaraz wiedźma z podwórka?

Pozdrawiam ciepło, już prawie jesiennie 🙂

Wiedźma – postrach dzieci

Jeżeli ktoś myśli, że czasy baby Jagi i czarownicy  mamy już za sobą, to się grubo myli. Takie wiedźmy to już relikt przeszłości, ale na starych osiedlach budowanych w latach 7o-tych maja się całkiem nieźle.

Kiedy dzieci bawią się w najlepsze, krzyczą, śmieją się na podwórku, wtedy niepostrzeżenie wyskakują z okna. Pojawiają się znienacka, krzycząc na cały głos, przeganiając dzieci. Mają cudowną moc przemieszczania się w błyskawicznym tempie z pokoju do kuchni, z kuchni na balkon, z balkonu do sypialni. Nie można przed nimi uciec, nie można się schować. Ich wyczulony węch, ich radar skierowany na obecność dzieci nigdy ich nie zawodzi.

Krzyczą wniebogłosy, coś tam blublają pod nosem, straszą dzieci. Ostatnio nawet słyszałam, jak groziły, że pozamykają je w piwnicy i miotłą przetrzepią tyłki. W  tych swoich wrzaskach są już mało wiarygodne. Wzbudzają uśmiech na twarzy i litość, ale co gorsze prowokują ataki kontrolowanej agresji u rodziców tych rozkrzyczanych pociech. Niestety, nie u dzieci, które na paluszkach przemieszczają się z drżeniem serca pod ich oknami.

Nie pomagają argumenty mądrych rodziców, że cisza nocna zaczyna się o 22.00. Zostają zaatakowani agresją, przekrzyczani, zagłuszeni, obrzuceni kalumniami i oblani jadem.

Zimą zapadają w zimowy sen, nabierając siły, by latem znów zaatakować ze zdwojoną siłą.

Myślę, że większość z nas miała styczność z wiedźmą z okna. Pamiętacie ten dreszczyk emocji, kiedy w zabawie coś głośniej się powiedziało, krzyknęło, zerkając w okno, czy wiedźma jest w pogotowiu. Jest. Aaaaaa…….Ucieczka.

W Zielonej Górze postrachem była pani Tereska, konduktorka, mistrzyni w swoim fachu. Kto ją jeszcze pamięta – palec w górę.

Czy taka kobieta mogłaby się zmienić? Czy mogłaby polubić dzieci, nierzadko posiadając swoje. Czy mogłaby pozbyć się jadu, aplikując sobie dawkę endorfin? Hmm, odradzam, bo mogłyby tej zmiany nie przeżyć. Podobnie jak z permanentnymi palaczami, którym lekarze odradzają rezygnację z palenia, twierdząc, że organizm mógłby przeżyć szok i mogłoby dojść do nieodwracalnych zmian.

Myślę, że takie drastyczne przejście na dobrą stronę, dla tych ludzi wypełnionych jadem mogłoby się tragicznie zakończyć. Więc niech się już konserwują w tych toksynach, a my bądźmy czujni i wyrozumiali dla tych nieszczęśliwców.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Poskromienie hiperaktywnego malucha

Niedawno wybrałam się z moimi chłopakami do fryzjera. Takiego kameralnego, osiedlowego różanego atelier. Starszy syn usiadł wygodnie w fotelu, a młodszy zaczął eksplorować gabinet. Buteleczki, suszarki, wszystkiego był ciekaw. Starałam się nie ograniczać mu przestrzeni, ale był tak podekscytowany miejscem, że musiałam co jakiś czas wychodzić na zewnątrz, by po chwili wrócić do tego pachnącego wnętrza.

Fryzjerka też była bardzo miła. Zagadywała syna w rozmiarze L, kątem oka zerkała na drugiego w rozmiarze M, ze współczuciem przesuwając wzrok na najmniejszego, w rozmiarze S- jeszcze w bezruchu.

Czaiła się, czaiła, w końcu nie  wytrzymała i zapytała, czy mój niespełna dwuletni syn był już przebadany w kierunku  ADHD.

Dobrze, że nie popijałam kawki, bo bym mogła się nieodwracalnie zakrztusić.

Szczerze mnie to rozbawiło. Po pierwsze kto bada dwuletnie dzieci pod kątem ADHD, a po drugie dziecko z takim temperamentem potrzebuje przestrzeni, żeby ten nadmiar energii znalazł swoje ujście. W zamkniętym pomieszczeniu trudno jest maluchowi trzymać emocje w ryzach. A poza tym nowe miejsce to całą skarbnica skarbów, tym bardziej u fryzjera.

Pewnie nie ma dzieci, stąd to pytanie. Niestety, pokutuje takie stereotypowe myślenie, że jak dziecko ma nadmiar energii, biega, śmieje się, to chyba musi być z nim coś nie tak i najlepiej byłoby coś z tym zrobić. Wyprowadzić z placu zabaw takiego delikwenta albo przytrzymać siłą w wózku. Brutalne? Ale prawdziwe. Dlatego w takich sytuacjach zawsze jestem po stronie dzieci, nie ulegam presji spojrzeń, zachowuję anielską cierpliwość, żeby nie dać nikomu satysfakcji albo poczucia wyższości.

Pewnie, że stacjonarny maluch to ogromny komfort dla rodzica. I ja takiego komfortu również doświadczyłam. Mogłam godzinami plotkować z innymi mamami, gdy moje dziecko taplało się w piaskownicy. Teraz z koleżankami nie pogadam. Ale ułożyłam sobie w głowie hierarchię potrzeb; czy to ja wychodzę z dzieckiem  na dwór, czy dziecko wychodzi ze mną. I wszystko jasne.

Czasami mąż denerwuje się na starszego syna, że biega po domu, że krzyczy, miauczy, rzuca się na podłogę, pokazując różne parkurowe sztuczki. Pytam wtedy, czy wolałby patrzeć na leżące dziecko bez życia albo siedzące w kącie i dłubiące w ścianie. Pewnie nie.

Dla mnie śmiech, ruch, aktywność to życie. Młode, dopiero co rozwijające się, kwitnące, zaczynające swoją drogę życie. Oby więcej tego śmiechu było w każdym domu. Oczywiście w tym wszystkim ważne jest stawianie granic. Ale mądrzy rodzice wiedzą, jak sobie z nimi poradzić.

Trochę się rozpisałam, ale górę wzięła moja dygresyjna natura. Znalazłam sposób na poskromienie małego odrzutowca, ale tak naprawdę to mój synek sam siebie okiełznał, naśladując brata i  nakładając na głowę kask rowerowy, który wymusił na nim ślimacze ruchy. Sytuacja analogiczna z nałożeniem gorsetu, dzięki któremu chód jest bardziej wyrafinowany, prosty.

Moje dziecko z obawy, że ten ogromny  kask spadnie mu z głowy, szedł pomału, spokojnie, stawiając spacerowe, malutkie kroczki. A my , rodzice, szczęśliwi, objęci jak za dawnych lat, wpatrzeni w siebie, pomału za naszym dzieckiem, zerkający co jakiś czas na przesuwający się wśród zieleni ogromny kask, mogliśmy wreszcie odsapnąć. Polecam.

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

 

 

Plusy ciąży

Żeby nie było, że ciągle narzekam, będąc w ciąży, znalazłam jej plusy. Ale zastrzegam, że to moje indywidualne plusy, nie konfrontowane z konsylium lekarskim. Nie jest ich dużo, ale można się nimi nasycić.  Pewnie dla każdej przyszłej mamy co innego odgrywa dominującą rolę, co innego jest ważne, inaczej postrzega ciążę.

Pomijam sprawę posiadania potomka, bo to jest oczywiste, to jest priorytet. Na tym się nie skupiam.

Po pierwsze – będąc w ciąży, wreszcie nie muszę nagminnie wciągać brzucha. Co za ulga. Mogę jeść do woli i bez wyrzutów sumienia prezentować małą piłkę przed sobą. Chociaż to prezentowanie piłki nie wiąże się się dla każdego z brzuchem ciążowym. Nie jest tak dobrze, to nie jest takie oczywiste. Nie raz widziałam dyskretne spojrzenia w stronę brzucha. Takie jedno oko na Maroko, a drugie na Kaukaz. Od razu rozwiewałam wszelkie wątpliwości, informując z satysfakcją, że trzecie dziecko w drodze. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać: myślałam, że to pozostałości po drugiej ciąży.

Po drugie można stać w kolejce bez kolejki, o ile się upomni. Raz byłam miło zaskoczona. Stojąc w kolejce do kasy w Rosmanie (akurat miał wdrożony program „Kobiety w ciąży bez kolejki”), usłyszałam: pani w ciąży, zapraszam. Domyśliłam się, że chodzi o mnie. Już nie wyprowadzałam kasjerki z błędu,tłumacząc, że właśnie jestem po porodzie i to są widoczne pozostałości. Nawet ściskające pasy nie pomogły, musiałam odczekać rok, zanim brzuch wrócił do normy.

Pamiętam, jak żartowałam, mówiąc do męża przekonana, że już nie będę w trzeciej ciąży: trzecie dziecko dopiero wtedy, jak będę miała płaski brzuch. Jaki los potrafi być przewrotny, przecież ja tylko żartowałam.

Po trzecie – ruchy dziecka. Najczulszy kontakt, najczulsza pieszczota , jaką można sobie wyobrazić. Czasami bolesny, jak bobasek  przejedzie piętą po całej długości brzucha, ale jakże żywotny. Świadczący o sile, chęci ujrzenia świata. To rozczulający moment, kruszący najbardziej zatwardziałe serca. Symbioza matki z dzieckiem. Błogostan.

Syn mi podpowiedział, że plusem jest to, że nie muszę chodzić do pracy. No pewnie, do tego   leżę cały dzień i odpoczywam.

A mąż dodał, że rosną mi ładne włosy. Tylko gdzie, pytam.

O rany, znów zaczynam narzekać… 🙂

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

Chłopiec czy dziewczynka?

Brzuch rośnie, więc siłą rzeczy słyszę zewsząd pytania o płeć dzidziusia. Pyta sąsiadka, pyta sąsiad, pyta moja ulubiona koleżanka z Włoch, która zaprasza mnie co jakiś czas na kawę z Donatellą Versace i szampana w sklepie Louis Vuitton. Niestety, kiedy szykuję się do podróży, jej zazwyczaj wypadają imprezy urodzinowe dzieci. Takie życie.

Jeszcze za wcześnie na sprawdzanie płci. Poza tym jakoś intensywnie o tym nie myślę. Niestety nie mam na to wpływu. Podobnie, jak nie mam wpływu na to , czy będzie zdrowe. Często słyszę : byle zdrowe. Pewnie, zdrowie najważniejsze. Ale nie wszystko ode mnie  zależy. Ja w tej kwestii robię, co mogę: zdrowo się odżywiam, nie palę, nie piję, reszta w rękach Opatrzności.  Nie żebym była  ignorantką, tylko głowę zaprząta mi proza życia: kiedy pranie, co na obiad, dlaczego boli, o której na spacer, spanie.

Słyszę: fajnie by było, gdyby teraz trafiła się dziewczynka. Czy ja wiem? Mam trzech chłopaków, czwarty do obstawy jak najmilej widziany. Instrukcję obsługi chłopaka mam opanowaną,  może nie do perfekcji, ale umiem radzić sobie z męską prostolinijnością. Humory?  Miewają, ale dzięki umiejętnej sile perswazji i matczynym argumentom dochodzimy szybko do porozumienia. Trochę sobie schlebiam, ale naprawdę nie mam powodów, żeby narzekać.

Poza tym ubranka te same; zabawki, które wyławiam ze strychu te same, niezmiennie samochody i koparki. Oszczędność. Męskie zabawy pomiędzy braćmi, dusianki, przepychanki, braterstwo, chłopięce porozumienie – to znam.

Czasami mąż w rozmowie obawia się takiej małej królewny;  tego, jak sobie poradzi z dziewczęcą psychiką. Na chłopaka krzyknie, tupnie nogą, doprowadzi do porządku, a z dziewczynką …, będzie chyba jej ulegał.

Oczywiście to tylko gdybanie. Wszystko wychodzi w praktyce i nie ma co nadmiernie deliberować. Ale czasami miło pomyśleć, jak to będzie mieć małego sprzymierzeńca.  Ale czy ja go potrzebuję w charakterze córki? No dobrze, taką małą Agniesię, małe alter ego mnie samej. No, no, robi się ciekawie 🙂

Intuicja podpowiada mi, że to będzie chłopak. W niedzielę widziałam w kościele rodzinę z piątką dzieci. Same dziewczynki. Słodkie, pełne kokardek i różu, warkoczyków. Tata  dumny, dzieci szczęśliwe, mama…, pewnie zarobiona, zaganiana, ale wyglądała kwitnąco.

Dzisiaj, kiedy zobaczyłam mojego synka w rozmiarze M, jak przymierzał moje baleriny, pomyślałam: jak dobrze, że nie noszę butów na obcasie. I pomimo, że nie mam córki, ten etap właśnie przechodzę.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Czarny biały bez

Właśnie pojawiły się owoce czarnego bzu na rozłożystych krzakach. Małe, czarnofioletowe kuleczki o charakterystycznym, nieprzyjemnym smaku. Nie są to pyszne jagódki jedzone prosto z krzaczka. Ale za to pełne zdrowotnych dobroci: bardzo dużo witaminy C, A, wapń, potas, glin, sód, żelazo, można tak wymieniać bez końca. Ważne jest to, że mają właściwości napotne, przeciwbólowe, przeczyszczające i moczopędne.

Do czarnego bzu jakoś nie mogłam się przekonać, pomimo że słyszałam zewsząd, jakie ma wspaniałe właściwości. Nagabywała mnie teściowa, ale ja się uparłam i nic i nikt nie mógł zmienić moich przyzwyczajeń. W wyborze ziół mających właściwości lecznicze kieruję się tylko sobie znaną logiką. Nie wiem, na czym polega ta logika u osoby kompletnie nielogicznej. A może to intuicja. W naszym domu jedyną ziołową leczniczą herbatą był gojnik, o którym pisałam nie raz. A z którym byłam na tyle mocno związana, że nie bardzo chciałam wprowadzać nowości.

Poza tym czas. Im więcej ziół i specyfików, tym więcej potrzebuję czasu na ich przygotowywanie. Musiałabym cały dzień pilnować godzin podawania różnych herbatek. Moi chłopcy by tego nie znieśli. No chyba, że byłaby to coca-cola.

Mój mąż nie dawał za wygraną i pomimo moich sprzeciwów i niczym nie uzasadnionej niechęci suszył kwiaty czarnego bzu, ogromne baldachy o okropnym, ostrym zapachu. U nas na wichurze pełno jest tych krzaków, szkoda  byłoby nie skorzystać z takich dobrodziejstw natury.

No i przyszła kryska na Matyska. Kiedy zachorowało moje dziecko, pojawiła się gorączka, kaszel, katar, przekonałam się do herbaty z suszonych kwiatów i aplikowałam synowi co kilka godzin przez dwa dni wywar z tychże kwiatów.

Dosładzałam miodem, dodawałam cytryny dla zamaskowania niezbyt ciekawego smaku. Ale w chorobie, w tej malignie nie było jakieś sprzeciwu i syn posłusznie wypijał szklankę za szklanką.

Muszę powiedzieć, że te wszystkie sterole, garbniki, olejki eteryczne, minerały, witaminy – cała ta kompozycja składników spowodowała, że syn solidnie się wypocił, gorączka minęła po dwóch dniach i obyło się bez lekarza i mocniejszych leków. Oczywiście trzeba działać od razu, jak tylko pojawiają się pierwsze objawy chorobowe.

W tym roku już nie protestowałam, kiedy mój mąż zbierał kwiaty, żeby je zasuszyć. Poddałam się i przestałam kwestionować ich dobroczynne właściwości.

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂