Smaki moich dzieci

Dwoje dzieci. Dwie różne planety wirujące wokół planety-matki z prędkością światła. Czasami trudno za nimi nadążyć. Czasami trudno okiełznać. Czasami nawet to nie chce mi się już ich tłumić i ograniczać i pozwalam na spontaniczność; tak stawiając granice niewidoczną ręką, że dzieci w swojej nieświadomej naiwności ich nie przekraczają. Dobre, nie? Pewnie każda sprytna mama ma na to swój sobie tylko znany patent.

Czasami jestem pełna zadziwienia, jak bardzo się różnią. Starszy bardzo szybko zaczął mówić, czytać, grać na instrumencie, ale był dzieckiem, jak ja to mówię, stacjonarnym. Drugi – mówi coś zrozumiałym, dla siebie językiem, jednym słowem blubla, ale spryciarz z niego nie z tej ziemi, łobuziak z błyskiem w oku, kot-indywidualista, nie idący na żaden kompromis. Boże, a nie ma jeszcze dwóch lat. Oczywiście wszystko przed nami, ale widać, jak kształtuje się młody buntownik. Tu popchnie, tam kopnie – stereotyp by podpowiedział, że przykład bierze z domu.

Ale to też dwa smaki. Starszy łagodny, słodki. Młodszy wyrazisty, wytrawny, ostry. Ze starszym wyjadamy  na wyścigi pistacjowe ferrero, bo uwielbiamy ten smak. Szkoda, że w opakowaniu jest go najmniej. Kiedy kupujemy baklawę, gdzie są różne smaki i kształty, obydwoje lubimy te same. I znów problem, jak to podzielić. Teraz jestem trochę usprawiedliwiona i nie mam wyrzutów, że cichaczem wyjadam te pyszniejsze kąski. Nie jestem sama. Zresztą, głośno mówię: chłopaki, nie czekajcie aż podam, bo zdążę wyjeść.

Z młodszym lubujemy się w rybkach z puszki, moim ulubionym salcesonie mięsnym, który salceson przypomina tylko z nazwy, w kanapkach z szynką bez chleba; no i rośnie mi konkurent do mojej wybornej galaretki z kurczaka.

Najpierw gotuję ogromny gar rosołu, do którego wkładam porcję rosołową wołową, porcję rosołową z kurczaka i porcję rosołową z indyka. Dodaję bardzo dużo warzyw i gotuję na maleńkim ogniu kilka godzin. Zazwyczaj z takiego gara starcza mi na cztery galaretki i mały garnek zupy dla chłopaków na dwa dni. Robi się z tego tak esencjonalny, wyrazisty w smaku rosół, że nie trzeba dodawać żelatyny, zastyga bez żadnych wspomagaczy.

Na drugi dzień można się nim objadać ze smakiem. Kolagenu na stare kości nigdy za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Zmącić ciszę…

Czytam ostatnio, że cisza to towar deficytowy, pożądany; taki, który lekarze będą zapisywali na receptę jako lekarstwo. Lekarstwo, które ma przedłużyć życie i poprawić jego jakość.

Kiedy pracowałam w szkole i wracałam do domu obarczona hałasem dzieci, który nie był jakoś szczególnie stresogenny, lubiłam położyć się na łóżku w zupełnej ciszy  i poleżeć kilkadziesiąt minut. Obok mnie leżał mój nowofundland, mój niedźwiadek, który musiał znosić moje natarczywe pieszczoty, czochranie po ogromnym łbie. Nie miałam, kogo się przyczepić, to dręczyłam biednego psa. Ile ona musiała ze mną znieść, a ile okazać cierpliwości dla mojej natarczywości. Teraz mam dzieci 🙂 I męża 🙂 No.

Ale wtedy byłam niezamężną, bezdzietną młodą dziewczyną. Co za luksus. Mogłam sobie pozwolić na takie szaleństwo jak leżenie i błogie niemyślenie. Wyleżałam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Bardzo lubię ciszę na wsi. Wolną od wielkomiejskiego gwaru, pędu, ale nie głuchą. Cisza na wsi nie może być głucha. To symfonia dźwięków dochodzących z każdej strony, z każdego zakątka, z każdej dziury. Bzyczenie owadów, leniwe ćwierkanie ptaków, szmer w trawie, dźwięk samochodu jednego na milion. I nie ma w tym nic niepokojącego.

To przypomina mi wakacje na wsi u babci. Poranki z „Latem z radiem”, z tą nieśmiertelną poleczką. Nudziłam się tam jak mops. Rejestrowałam z nudów cały dzień klatka po klatce. Buszowałam setny raz po strychu, szukając przetrzebionych skarbów. Szykowałam leśne śniadanie z polnych grzybów i się nim delektowałam. Mus z czarnych porzeczek, cukru i śmietany. Jakie to było pyszne.  Kto teraz je cukier i śmietanę, przecież są zdrowe zamienniki.

To była cisza kojąca, odprężająca, w której można było wyłączyć myślenie, poszukać zagubionych myśli, bez strachu, że znajdzie się te niepożądane, te złowrogie, od których chciałoby się uciec.

Ale czasami taką piękną ciszę może zmącić niepotrzebny szmer, jakiś odgłos zasłyszany z oddali, płacz dziecka.

Jestem wyczulona na płacz dziecka, zwłaszcza w nocy. Dla mnie nie wróży nic dobrego. Wzmaga się mój niepokój. Naruszona zostaje cisza.

Wczoraj miałam taką noc pełną obawy i lęku. Mój mały synek całą noc przepłakał. Wcześniej w dzień byłam z nim na szczepieniu. Płakał dramatycznie, wtulony we mnie jak mały, zalękniony niedźwiadek, bojący się otworzyć oczy. Siedziałam z nim na łóżku, kiwając się jak w transie i wpatrywałam się w  obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który stoi u nas na parapecie. Zauważyłam, że mieni się kolorami.  Czerwony, zielony, niebieski, barwy zmieniały się rytmicznie.

O Boże, pomyślałam i serce mi prawie stanęło. Tu mi szlocha dziecko, a tu mam objawienie. W swojej pysze i naiwności pomyślałam, że to znak, że zostałam wybrana, kiedy mój wzrok przesunął się na łóżeczko i ujrzałam źródło światła. Wcześniej włączyłam  melodyjkę, na której wyświetlały się obrazki i zmieniały kolory.

Ulżyło mi, bo tyle emocji i atrakcji w ciągu jednej nocy to dla mnie naprawdę za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Kiedy zaginie dziecko – część 2

Wczoraj dostałam wezwanie na policję. Związane jest to ze sprawą chłopca, który rzekomo się zagubił. Napisałam „rzekomo”, ponieważ pojawiły się nowe fakty.

Sytuacja się jednak bardziej skomplikowała i ma swój dalszy ciąg. Gdyby można było cofnąć czas…

Parę dni temu spotkałam na osiedlu kobietę, która szukała z chłopcem jego rodziców. To właśnie do jej drzwi zapukał późnym popołudniem. Ale, jak się później okazało ,  chłopca przyprowadziła sąsiadka – głuchoniema staruszka. Zapukała do drzwi i wcisnęła jej dziecko.  Tamta kobieta była bardzo zdziwiona, ale jeszcze zdążyła zadać jej na kartce pytanie: czy pani zna tego chłopca?

Głuchoniema staruszka zaczęła wydobywać z siebie dźwięki, które miały znaczyć, że chłopca nie zna i trzeba znaleźć jego mamę. Pokazała na drzwi od góry do dołu, a swoje zatrzasnęła z impetem. Kobieta została z obcym dzieckiem i zaczęła poszukiwania.

I w tym momencie nasze drogi się złączyły. Skojarzyłam chłopca z piaskownicy i zadzwoniłam na policję.

W artykule, który podesłała mi moja włoska koleżanka, nierzetelny dziennikarz opisał zaistniałą sytuację. Napisał, że policja przyjechała od razu. Nieprawda. Czekałyśmy ponad godzinę. Po drugie napisali, że kiedy pojawili się mundurowi, chłopiec błąkał się samotnie po osiedlu. Nieprawda. Chłopiec   był przez nas zaopiekowany. Nie płakał, czuł się bezpiecznie. Na koniec była wzmianka o promilach alkoholu we krwi. Dziennikarz podał trzy promile, a ja wiem, że miał mniej.

Pytanie, skąd wiem. No właśnie.

Wieczorem kobieta od dziecka (ciągle powtarzam kobieta od dziecka, ponieważ nawet nie wiem, jak się nazywa) usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi, a tam stoi ojciec chłopca, który przyszedł po niego.

Okazało się, że głuchoniema kobieta to jego ciocia, u której zostawił syna. Ale że tamta miała zaniki pamięci, odstawiła małego do innego mieszkania. Chłopiec był zdezorientowany, coś mówił o babci, ale żadna z nas nie skojarzyła. Był podpity, ale nie miał trzech promili alkoholu. Przepraszał, że zostawił dziecko u chorej ciotki, żalił się, że żona chce go pozbawić praw do syna. Nie miał pretensji o wezwanie policji.

Powiem szczerze, że mi ulżyło. To go stawia w innym świetle. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak i kiedy mógł zostawić dziecko. Tak po prostu odejść z placu zabaw, nic nie mówiąc chłopcu. Na szczęście syn był wtedy pod opieką. Gdyby ta kobieta wspomniała o sąsiadce, to zaoszczędziłoby nam nerwów, czasu poszukiwania i oczekiwania na policję, a chłopcu stresu, traumy. Co to dziecko czuło, kiedy ciocia wyprowadziła go z mieszkania i oddała w cudze ręce? Biedne dziecko.

Ta sprawa pewnie nie zakończy się na jednym przesłuchaniu. Gdzie leży prawda? Pewnie po środku, jak zawsze.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

Imiona dla dzieci

Dzisiaj znajoma zapytała, czy jestem w stanie ją zaskoczyć, jeśli chodzi o imię dla mojego trzeciego dziecka. Kiedy powiedziałam , jak ewentualnie chciałabym, żeby miały na imię ( w zależności czy będzie chłopiec czy dziewczynka), stwierdziła, że owszem, zaskoczyłam ją.

Chociaż przy wyborze imion nie sugeruję się elementem zaskoczenia i  suspensu. Z imionami moich dzieci związane są realne , konkretne historie. To są imiona do których miałam bardzo osobisty stosunek. Innych sobie nie wyobrażałam, z całym szacunkiem do wszystkich imion i do wszystkich dzieci noszących różne imiona. W moim kalendarzu istnieje naprawdę kilka, które mogłabym nadać moim dzieciom. Na razie dwa przeszły, w tym jedno z trudem.

Ale po kolei.

Na studiach polonistycznych pisałam pracę semestralną  w oparciu o książkę Rocha Sulimy. Byłam przekonana, że jest to dwuczłonowe nazwisko. Do tamtej pory nie spotkałam się z takim imieniem. Kiedy doszło do mnie, że się myliłam, zakochałam się w nim. Od studiów, czyli przez jakieś dwadzieścia lat, imię gościło w moim sercu i czekało cierpliwie na malucha, który mógłby nosić je z dumą. Już wiedziałam, że żadne inne. Tylko to. I tak dziesięć lat temu urodził się Roch.

W 2010 roku poznałam historię chłopca z Holandii, który jako jedyny przeżył katastrofę lotniczą. Zginęły 103 osoby. Samolot w szczątkach, a ratownicy znaleźli ośmioletniego chłopca przypiętego pasami do fotela. Wzruszająca historia. Chłopiec miał na imię Ruben. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam to imię i od razu się w nich zakochałam. Ubolewałam, że nie mam drugiego syna , a wszelkie próby, by pojawił się na świecie, spełzły na niczym.

Gdybym znała je wcześniej, na równi z Rochem, miałabym nie lada dylemat.

A tak, dzięki Bogu, niecałe dwa lata temu urodził się Ruben. Rubenek. Rubeniu.

Malina. Imię dla dziewczynki. Coś pięknego. Uwielbiam kwiatowo – owocowe imiona; Jaśminka, Jagoda, Róża. Ale Malinka ponad wszystkie.

Pamiętam, że dawno temu słuchałam audycji w radiu Zet. Ciekawe, czy ktoś jeszcze pamięta audycję, w której dzwoniący słuchacze musieli odgadnąć 15 wykonawców w ciągu kilku minut. Zadzwoniła dziewczyna, która miała na imię Malina. Nigdy nie zapomnę reakcji prowadzącego, był zachwycony imieniem. Nie mógł przestać powtarzać go w kółko. Bawił się nim na wszystkie możliwe sposoby. Słychać było, że usłyszał je pierwszy raz, podobnie jak ja. Zadomowiło się w mojej głowie na bardzo długo. Kto wie, może urodzi się dziewczynka.

To jest ciekawe, że imiona utkwią mi w pamięci na tyle mocno i głęboko, że żadna siła nie jest w stanie się ich stamtąd pozbyć.

Z ewentualnym  imieniem dla mojego trzeciego synka też wiąże się wzruszająca dla mnie historia. Na razie imię czeka i dojrzewa w mojej głowie.

Małżeństwo Żabińskich. Właśnie powstał o nich film. Małżeństwo, które w czasie drugiej wojny ukrywało Żydów w warszawskim ZOO, którego byli dyrektorami. Uratowali setki Żydów. Kochali zwierzęta. W domu mieli dziki, borsuka, rysie; ukochane koty Antoniny Żabińskiej i moje. Z tej miłości do rysiów nazwała swojego syna Ryś. Nie Ryszard, nie Ricardo (takie były sugestie moich włoskich koleżanek), tylko bardzo spodobało mi się to imię – Ryś. Mojemu synowi się podoba, mężowi kojarzy się ze zwierzęciem. No tak, bo od niego powstało.

Mam jeszcze dużo czasu na podjęcie decyzji. Na pewno będzie to trudny wybór. Limit imion wyczerpuje się.

Czasami czytam, że ktoś robi krzywdę dziecku, nadając mu dziwne imiona. Do mnie takie zarzuty nie docierają, jestem na nie kompletnie zamknięta i głucha. Nikt nie nazywa dziecka śmietnik, czy kapusta. A ci, którzy twierdzą, że dzieci będą się śmiały z takiego czy innego imienia, moim zdaniem, sami mają z tym problem a nie dzieci. I to oni oni muszą to przepracować.

W tamtym roku mała dziewczynka uznała, że mój ośmiomiesięczny wtedy synek jest już na tyle duży, że można z nim porozmawiać. Zmyliła ją jego stojąca postawa. Podeszła do niego i mówi: hej, jak się nazywasz. Ja na to: Ruben. A ona: a dlaczego? Uśmiechnęłam się i zapytałam: a ty, jak masz na imię? Ludmiła. No i wszystko jasne 🙂

W tym roku przyjechała do babci starsza o rok. Biega za moim synkiem i woła z czułością: Rubeniu, Rubeniu.

I czy to dzieci mają problem z imionami czy ich hermetyczni rodzice?

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Niemoc w ciąży

Mówią, że ciąża to nie choroba, a ja mam wrażenie, jakbym była obłożnie chora. Stoję i już mam ochotę usiąść. Myję naczynia i myślę, kiedy będę mogła się położyć. Wieczorem, kochana, wieczorem. Nie chcę narzekać, bo w konsekwencji ten kiepski czas okołociążowy wynagrodzi pojawienie się na świecie malutkiej istotki. Ale czy ja w tych boleściach i niemocy mam czas i chęci, żeby o tym myśleć. Nie bardzo. Nie skupiam się też z namaszczeniem i lubością nad moim obecnym stanem, bo domowe obowiązki mi na to nie pozwalają. Chociaż bardzo bym chciała się nad sobą rozczulić i obarczyć wszystkich swoją ospałością i otępieniem. Mam nadzieję, że mi to zniknie. Kiedyś.

Inaczej było, kiedy byłam w pierwszej ciąży. Bezdzietna mężatka. Luksus. Mogłam całymi dniami leżeć i spać na zmianę, przerywnikiem było czytanie. A jedynym obowiązkiem wyjście z psem na spacer i przygotowanie jedzenia. Wtedy odpoczęłam za wszystkie czasy.

W drugiej ciąży było mniej bajkowo, ale nie narzekałam. Odebrać dziecko ze szkoły, przygotować obiad, zaprowadzić na zajęcia perkusyjne. Ot i cała filozofia. W międzyczasie mogłam odpoczywać, spać, cieszyć się przywilejami kobiety na zwolnieniu i czekać na narodziny upragnionego dzidziusia.

W trzeciej ciąży przywileje, luksusy i wygoda ustąpiły miejsca prozie życia matki na pełnym etacie.  Rozmyły się pragnienia o odpoczynku,  kanapa stała się niedoścignionym, pożądanym, upragnionym, ale jakże odległym dobrem narodowym. Nawet, kiedy położę się razem z moim malutkim synkiem, nie wiem kiedy, ale budzę się z nim na mojej głowie. Wyskakuje z łóżeczka. Żegnaj wolności.

Mogłoby być tak, że w ciąży obligatoryjne wszystkie przyszłe mamy czują się trochę gorzej. Tylko trochę.  Jak to jest możliwe, że niektóre kobiety uwielbiają ten stan, czują się na tyle dobrze, że dokonują cudów (np. remont pokoju, egzaminy na prawo jazdy, codzienne chodzenie do pracy), czują, że są niesione na fali dobrego samopoczucia i sił witalnych. Słyszałam opinie, że w ciąży czują się lepiej niż przed ciążą. Ale to już chyba herezje 🙂

Żadna chyba nie chce być toczącą się kulką cięższą o trzydzieści kilo.

Kiedy dwa lata temu urodziłam drugiego synka, kilka tygodni po porodzie znalazłam się na Mszy Św. . Znajoma, widząc mnie, podeszła i czułym głosem wyszeptała do ucha: udanego porodu, będzie dobrze. Owszem był udany, ale już ponad dwa tygodnie temu.  Ze szpitala wychodziłam , jakbym była w 9 miesiącu ciąży. Dobrze, że zaczynała się jesień, z szafy wyciągnęłam grube kurtki, szale i mogłam jakoś zakamuflować te niedoskonałości i pozostałości po ciąży. Te mankamenty urody.

Chciałabym uniknąć tego samego tym razem. Wiecznie głodna, tłumaczę sobie: dziecko nie potrzebuje kolejnej porcji lodów, ani kawy z bitą śmietaną; przyznaj, że ty tego pragniesz ponad wszystko. A teraz wypij grzecznie to obrzydliwe zielone smoothi z awokado i jarmużu. Bleeee…

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Wiosenno-letnia sałatka

To jest sałatka, która królowała w moim rodzinnym domu. Autorski przepis mojej mamy. Można ją jeść cały rok, ale najlepiej smakuje latem, kiedy dostępne są świeże warzywa.

Pamiętam, że było to letnie, dyżurne danie, kiedy nie chciało nam się z mamą szykować obiadu. Kiedy wracałyśmy znad jeziora w upalny dzień albo miasta. Kiedy ni było nic w lodówce. Robiłyśmy ogromną michę takiej warzywnej mozaiki i zajadałyśmy się nią do woli.

Szybkie krojenie warzyw i jedzonko gotowe. Pyszne, pożywne, pachnące, świeże i mało kaloryczne.

Mój syn niestety nie gustuje w sałatkach, nie uznaje kolorowych papek. Musi  mieć pokrojone osobno warzywa, niezmieszane. Trochę ubolewam, bo te smaki świetnie się ze sobą komponują; ale głową muru nie przebiję.

Do sałatki zużyłam: sześć jajek, trzy malinowe pomidory, duży ogórek, szczypior (niekoniecznie), puszka kukurydzy, dwie duże czerwone papryki.

Ugotowane jajka i pozostałe warzywa pokroiłam w kostkę, dodałam majonez wymieszany z odrobiną jogurtu greckiego, posoliłam , popieprzyłam.

Proponuję dodawać po małej ilości majonezu, ponieważ warzywa puszczają sok i z jego nadmiarem  robi się zupka.

Sałatki wyszła duża micha. Lubię podjadać, a na drugi dzień mąż zawsze może zabrać ją na śniadanie. Polecam gorąco i życzę smacznego 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Projekt Lady – polubić dziewczyny

Jak mi się uda i nie zapomnę, oglądam program „Projekt Lady”. Trudne dziewczyny z dysfunkcyjnych rodzin, ze zszarganą reputacją poddają się totalnej metamorfozie. Dobrowolnie zgłaszają się do programu.

Nauka chodzenia z podniesioną głową, zmiana wyglądu z drapieżnego i wulgarnego na delikatny i subtelny, uczenie się podawania i nakrywania do stołu, jak również właściwego zachowania się przy nim.

Na początku nieufne, zdystansowane do świata, zamknięte i harde, na oczach widzów zmieniają się nie do poznania. Skorupa, która je chroniła, kruszeje. Pojawiają się łzy, słabość. Odcięcie się od tego, co było i otwarcie się na to co nowe i dobre dla nich.

Obserwuję te dziewczyny i niesamowite jest to, jak bardzo pragną tej zmiany, jak wielką mają w sobie determinację, jak bardzo zależy im na lepszym życiu.

Przyjmując po drodze ciosy od życia, zranienia, stają się nieufne. Zakładają twardy pancerz ochronny, ukrywają prawdziwą twarz pod tonami czarnego, odstraszającego makijażu i brną głęboko w czarną otchłań.

Ale widać, jak bardzo nie chcą takie być. Chcą odnaleźć w sobie niewinne dziecko, którym były dawno temu  i zbudować je na nowo.

Na nowo cieszyć się sobą i zacząć się lubić. Same do tego nie dojdą. Potrzebne jest zaplecze, potrzebna jest pomoc. Jednostka nie jest w stanie sama sobie pomóc. Nie jest w stanie uporać się z problemami. Może są wyjątki. Może dwa. Wyświechtany slogan „you can do it” nie ma tutaj racji bytu. Na starcie nierównych szans, w miarę pokonywania drogi różnica robi się bardziej widoczna.

Cieszy mnie ten program. Cieszy mnie pochylenie się nad tymi dziewczynami. Ja widzę w nim coś głębszego niż rozrywkę w poniedziałkowy wieczór. Kibicuję tym dziewczynom całym sercem.

Zmieniajcie się na lepsze , czeka na was dobre życie.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

Domowe leczo

Bardzo lubię potrawy jednogarnkowe. Wszelkie gulasze, bigosy, potrawki z warzyw, młodą kapustę z koperkiem, leczo. Latem wychodzą najlepiej, ponieważ ta pora roku oferuje największe bogactwo barw i smaków. Lato to również świeżość warzyw i owoców. Jędrne kalafiory, papryki, pomidory . Nie mam mowy o zimowej konkurencji.

Wykorzystuję letnie produkty maksymalnie, jak mogę. Staram się najeść do syta, nawąchać, pogłaskać i zapamiętać. Nawet ostatnio powiedziałam do męża, że już mi smutno, gdy pomyślę, jaka posucha będzie zimą i co my będziemy jedli. Ciągle czuję się nienajedzona i czekam na kres tych katuszy. A on dobrotliwym tonem powiedział: nie martw się, będziemy kupować w sklepie. Trochę mnie uspokoił, ale co kupować? Oto jest pytanie.

Leczo kojarzy mi się z gulaszem, ale w lżejszej wersji. Lubię rozgotowane warzywa, które przypominają bardziej zupę, niż potrawę do konkretnego gryzienia. Wiem, że w trakcie gotowania traci się dużo witamin i wszystkich dobroci z warzyw, ale pocieszam się, że jedna dziesiąta zawsze zostanie. Zresztą można zagryźć surową papryką po obiedzie. I wszystko się zrównoważy.

Dzisiaj przygotowałam leczo. Potrzebowałam do niego cztery duże papryki (różne kolory), dużą cukinię, dwie cebule, dwa ogromne pomidory malinowe bez skóry. Wszystko pokroiłam, wrzuciłam do gara na rozgrzane masło klarowane, ale po kolei: cebula, cukinia, papryka, na końcu pomidory.

Posoliłam, popieprzyłam, dodałam chili, niestety za dużo. Znów sypałam na oko z myślą, że może się uda. Niestety za każdym zrazem się nie udaje.

No i wisienka na torcie: kiełbasa. Usmażyłam pokrojoną w dużą kostkę. Proponuję  kupić dwa razy tyle do ewentualnego podjadania. Ja znów o tym nie pomyślałam i wyjadłam połowę, zanim trafiła do garnka. W kwestii jedzenia nie można ufać kobietom w ciąży.

Wczoraj mój mąż wrócił z zakupów po 21.00. Nadźwigał się biedaczyna, do tego miał za towarzysza najbardziej upierdliwego doradcę smaku – naszego syna, który naciągał go na wszystko, co się da. I co ja zrobiłam po jego powrocie, kiedy zaczęłam przygotowywać kolację? Stwierdziłam, że nie mam, co jeść i zeszłam do naszego osiedlowego sklepiku po gołąbki. To jest dopiero niewdzięczność. Ale wynagrodziłam mu mój nietakt i podzieliłam się z nim gołąbkami.

Życzę smacznego i pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Życie na wichurze

Co takiego fajnego jest na wichurze, że mnie do niej ciągnie? Że nie potrafię się zmobilizować do wyjazdu do miasta, do wygody.

Co takiego ciekawego może mi zaofiarować? Zimne ściany i chłód w letnie, upalne południa? Całą symfonię rozśpiewanych ptaków budzących mnie rano. Wirtuozerię ich przemyślanych odgłosów.

Maliny tak panoszące się po ogrodzie, że wchodzą mi do kuchni. Nie mogę nad nimi zapanować. Już stukają swoimi liśćmi w okno, strasząc mnie w czasie burzy. I to jest takie miłe?

A te ogromne pokrzywy, które rosną z prędkością światła. Dlaczego nie rośniesz pomidorze tak pięknie i okazale; dlaczego kalafior zanim wyrośnie, zostaje zjedzony ze smakiem przez jakieś wstrętne robale.

A remont? Dlaczego sam się nie może zrobić. Domie złoty nie jesteś jeszcze taki stary i  brzydki. Dlaczego nie masz siły, żeby się samemu zregenerować. Zmuszasz nas do tylu wyrzeczeń i pracy. Skąd brać na to wszystko siły i czas?

Domie złoty. Co chciałbyś nam powiedzieć? Przytul nas do siebie mocno. Otwierasz gościnnie drzwi i zapraszasz nas serdecznie. Świeże owoce, prosto z krzaczka. Dla dzieci. Przestrzeń do zabawy w domu, dla dzieci.

Ulicą mknie zając. Jaki to niesamowity widok. Skacze na tych swoich długich nogach podobnych do kangura. Kic, kic. Mamo, patrz.

A późnym wieczorem syn woła mnie do ogrodu na niesamowity pokaz, za który jestem mu wdzięczna.

Wieczorem, w najciemniejszym kącie ogrodu tańczą świetliki, wabiąc się zielonym światłem. Migocąc  w powietrzu w swoim tańcu godowym. Malutkie latarenki zapalają się i gasną jednocześnie. Co za piękny widok. Mamo, o tutaj, i tutaj. Zobacz, usiadł na gałęzi!

Szczęście mojego dziecka, beztroska, która jemu towarzyszy jest dla mnie bezcenna. W mieście dawno leżałby w łóżku, tutaj dom stoi otworem. Drzwi zamyka się dopiero z pójściem spać.

Tutaj towarzyszy nam niespieszność dnia i uważność każdej chwili. Na zarzuty dziecka, że się nudzi odpowiadam uśmiechem. Kiedyś mnie to stresowało, kombinowałam, żeby tylko miał, co robić. Prowadziłam do sąsiadów, gdzie bawił się z chłopakami. A teraz sam organizuje sobie zabawę. Oczywiście muszę mieć ją pod niezauważalną przez niego kontrolą, ponieważ do najlepszych zajęć należą te najmniej pożądane; kopanie dołów w miejscu niedozwolonym przez tatę, obrywaniu tynku ze ścian, wybieranie kamieni przeznaczonych do usypania czegoś tam, wchodzenie na najwyższe szczyty we wsi.

Wakacje to czas dla dzieci. Leniuchowanie. Obcowanie z przyrodą. Amerykanie, którzy przebadali już prawie wszystkie, zbadali również wpływ natury na dziecko. I co im wyszło, że dzieci obcujące na co dzień z przyrodą lepiej się rozwijają. Ale i w tym temacie nie jestem odkrywcza.

Życzę sobie jak najwięcej takich spotkań z wichurą.

Pozdrawiam wakacyjnie  🙂

 

 

Rozmowa z dzieckiem

Kiedy byłam w wieku szkolnym, pytanie, jakie często zadawał mi mój tata, brzmiało: „jak było w szkole?” Zazwyczaj zadowalał się odpowiedzią: „dobrze”, do momentu wywiadówki i otrzymania kartki z ocenami. Wtedy już dobrze nie było.

Żeby uniknąć sytuacji zaskoczenia, moje pytanie skierowane do syna osnute jest wieloma dygresjami.

To było pytanie, które rozbrzmiewało w większości domów, jakoś nikt się nim zbytnio nie przejmował. Ale znam ludzi, którzy jako rodzice deklarowali, że oni będą unikać go jak ognia, bo im się źle kojarzy.

Dla mnie nie było ono jakąś szczególną traumą. Miałam spokój, nie musiałam się zbytni wysilać. A i tata nie narzekał na strumień świadomości.

Ja nie unikam tego pytania.  Czasami, jak nie mam siły i chęci na rozmowę, ograniczam się właśnie do niego. Po tak sformułowanym pytaniu, nie spodziewam się żadnej innej odpowiedzi, jak właśnie: „dobrze”. I wracam do obierania kartofli.

Na szczęście chwile słabości miewam rzadko. Częściej żeby zachęcić syna do rozmowy na tematy szkolne, na tematy kolegów i stosunków między nimi panujących, sama inicjuję rozmowę i opowiadam o swoich szkolnych doświadczeniach, nie unikając tematów trudnych, przekładając je oczywiście na  język i realia dziesięcioletniego dziecka.

Czasami odnoszę wrażenie, że moje dziecko słucha mnie z dużym zainteresowaniem, że chłonie wszystko to, co mu przekazuję, że wyciąga wnioski, może się zainspiruje moją historią, a ono  ni z gruszki ni z pietruszki: „kupę”.  Teraz, w takim momencie? No dobrze.

Na szczęście doszliśmy do takiego miejsca, kiedy wiem, że dzieje się coś złego. Oczy mi wszystko mówią, smutna mina, a czasami wołanie od progu: „maaaamoooo”. Wtedy wiem, że na pewno dostał uwagę, na pewno nie z jego winy. Musi wykrzyczeć ten żal. Tą szkolna niesprawiedliwość.

Teraz kiedy jestem w ciąży i miewam permanentne mdłości, a do tego ciągły niesmak, nie chce mi się otwierać buzi, nie zawsze mam ochotę na rozmowę.

Trochę zaniedbałam te sferę naszej codzienności. Czuję to. Ale rozmowa między mną a dzieckiem to nie tylko potok słów. To nie tylko wymiana komunikatów i informacji.

Rozmowa to uśmiech, podkradanie pocałunków broniącemu się chłopakowi. Rozmowa to cisza przeplatana naszą obecnością, kiedy przytulamy się do siebie , ja oglądając telewizor, syn grając na telefonie. Rozmowa to wyciągnięte ku sobie ręce w geście przytulenia. To czułość. Troska w oczach.

To nam wystarcza. Nie trzeba zapewniać siebie o nieustające miłości i trawić kolejnych tematów związanych z życiem podwórka. Na tym etapie możemy pozwolić sobie na ciszę wypełnioną zrozumieniem.

Rozumiemy się bez słów. Teraz mogę czerpać z tych zasobów wypracowanych przez te dziesięć lat.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂