Kuchnia i medycyna

Książki, książki, moje ukochane….Jest tyle książek przeczytanych i nieprzeczytanych . Najbardziej ubolewam nad brakiem czasu i niemożnością sięgnięcia po lekturę. Kiedy zostałam mamą po raz drugi, ta przyjemność została mocno ograniczona. Nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że moje drugie dziecko będzie takim malutkim alter ego pierwszego syna. Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Mój synek (niespełna półtoraroczny) to tak zwane żywe srebro ze wszystkimi jego odcieniami, lux torpeda:). Więc rośnie piramidka, a ja kradnę czas, żeby wspiąć się chociaż na parter.

Książki kupuję impulsywnie, namiętnie, pod wpływem chwili, inspiracji, szukam w gazetach tych , które zostały wydane i są warte przeczytania. Wyrywam wtedy te małe fragmenciki z ilustracją książki, wklejam do mojego kalendarzyka, żeby nie zapomnieć. Ale i tak zapominam….

Czytałam wywiad z lekarzem, znanym profesorem (niestety nie pamiętam jego nazwiska, wszystko w „Wysokich obcasach”), który przywołał nazwisko znanego lekarza Juliana Aleksandrowicza, którego już nie ma między nami. Szybko znalazłam informacje o nim, kupiłam na Allegro wszystkie jego książki tam dostępne. Tak na marginesie okazało się, że jedną mam na półce w kuchni i namiętnie z niej korzystam. To „Kuchnia i medycyna”. Stanowi dla mnie nieodzowną pomoc w żywieniu moich najbliższych. Autorzy proponują profilaktyczne postępowanie polegające na prawidłowym odżywianiu, które oddala wizję rożnych strasznych chorób, których nie  będę nazywać po imieniu.

Z profesorem Aleksandrowiczem wiąże się jeszcze jedna sentymentalna historia, mianowicie był lekarzem Haliny Poświatowskiej, Haśki…, jak ją nazywali. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała, co to nieuchronność życia, balansowanie na granicy życia i śmierci. Ten wiersz długo towarzyszył mi w latach szkolnych:

„Margerytki albo cykl biologiczny”

nie miały więcej niż osiemnaście lat
siostra przyniosła je rano
jeszcze ślepe
mgłą ubrane

w południe
miały już lat trzydzieści
szeroko otwierały złote oczy
rozpostarte liście
z trudem mieściły się w wazonie

przyszedł wieczór
i wyniosłam je do kubła na śmieci
malutkie pomarszczone

H. Poświatowska: Wiersze wybrane. Kraków 1989, s. 206

Pozdrawiam gorąco:)

 

Pokochać przebarwienia…, nie!

Jakiś czas temu rzuciłam wyzwanie przebarwieniom. Niestety pojawiły się po drugiej ciąży i nie chcą zejść. Jakoś nie zwracałam na nie uwagi do czasu, kiedy mój mąż dziwnie mi się przyglądał. Siedziałam z moim małym bobasem w cieniu na pięknej plaży w Nysie ( notabene Riwierze Nyskiej, jak nazywają ją tubylcy) i nagle jego oczy utknęły na moim policzku. Szok, zaczęłam panikować,   co jest, co jest- krzyczałam przerażona. A on na to – czarna plama. Do lusterka nie zajrzałam, do wieczora trochę zelżało, ale niestety lato minęło, a ja borykam się z nimi do dnia dzisiejszego. Używam filtrów, które nie pomagają. Czytałam,  że nie ma dla nich ratunku, to są plamy pigmentacyjne, które wędrują po twarzy, wystarczy odrobina słońca, żeby  się nasiliły.

Ja jednak nie podaję się tak łatwo. Kupiłam kremy Bielendy (akurat była w Rossmannie promocja) i każdego dnia wieczorem wcieram serum, potem krem na przebarwienia, a na koniec moje odkrycie –  olejek Tamanu, który ma podobno cudowne właściwości.  Został przebadany przez francuskich specjalistów . Chroni skórę przed promieniami słonecznymi, łagodzi podrażnienia i odbarwia to co zbędne na twarzy. Sama jestem ciekawa, co z tego będzie. Jak to lubią mówić pediatrzy, trzeba obserwować.

Pozdrawiam:)