Okruchy dnia (3)

Krzątam się po kuchni, karmię Małego Bąka , starszy syn skacze na piłce, właściwie zawładnął moim prezentem od Św. Mikołaja. Domofon. Nagle słyszę tupot małego słonia w składzie porcelany, biegnie na złamanie karku. Chwila ciszy, pewnie kolega zaprasza go do zabawy na podwórku. Wreszcie dochodzi do moich uszu:

– Teraz nie mogę, obiad się jeszcze nie zrobił.

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (2)

O moich dzieciach myślę zawsze jak o wielkim Darze, dzięki któremu staję się lepszym człowiekiem.  Takie traktowanie dzieci jako najcenniejszego daru pomaga mi, kiedy nie mam już siły, kiedy mi się po prostu nie chce, kiedy po raz setny muszę odpowiadać na pytanie syna, dlaczego musi chodzić do szkoły. Zawsze otrzyma odpowiedź.

Dar, który został mi ofiarowany , ale nie na zawsze , nie na własność. Dlatego w każdej minucie dnia udowadniam  sobie, że na niego zasłużyłam, każdą minutę wykorzystuję najlepiej jak potrafię, żeby  niczego nie zmarnować, żeby być. Z miłością, szacunkiem, cierpliwością.

Autorytet staram się budować nie na strachu, złości, krzyku, ale na cierpliwości i łagodności. Zadziwia mnie ten cudowny kredyt zaufania, jaki dzieci ofiarują swoim rodzicom. Po chwili słabości małe, brudne, lepiące rączki wyciągnięte w stronę rodzica , pełne ufności i miłości. Dlatego nie mogę ich zawieść . Bezpieczeństwo, otwarte ramiona, dużo buziaków i „kocham” na ustach –  bez końca.

Pozdrawiam gorąco:)

Tadek-niejadek

 

 

Świat Książki, Warszawa 2014

      Z Tadkiem-niejadkiem miałam do czynienia przez kilka dobrych lat swojego życia. Tadek-niejadek jadł makaron z jogurtem i miodkiem, naleśniki, rosołek, ryż ze śmietanką i cukrem, jakieś fryteczki. Jak o tym piszę, to przechodzą mnie ciarki, nie chce mi się wierzyć jak ubogą dietę miał mój starszy syn. Czułam się jak trucicielka własnego dziecka, oczami wyobraźni widziałam go na oddziale dla cukrzyków.  Byłam bezsilna, a może leniwa w podejmowaniu prób, a może miałam mocno zakorzenione poczucie suwerenności dziecka; jak nie chce – to nie zmuszać. Pocieszałam się, że jak dorośnie, to na pewno zmieni nawyki żywieniowe i polubi warzywa. Z zazdrością obserwowałam dzieci moich koleżanek , które zajadały paprykę, jakieś zmiksowane zielone zupy, kaszę i robiły to z uśmiechem na twarzy. Kiedyś zapytałam go na stołówce, dlaczego nie je kotleta, to ze stoickim spokojem odpowiedział,że  zna jego smak, ponieważ jadł go już w zerówce. Raz dostał karę, bo obrzydził koledze zupę, mówiąc, że jest z kurczaka. Zresztą, jak nauczycielka widziała, że jestem , od razu przekazywała mi syna, umywając ręce od czarnej roboty. Cóż, samo życie.

    Ale wreszcie nadszedł ratunek. Od samej Karen Le Billon. Kanadyjki, która przeprowadziła się z mężem do jego rodzinnego miasta w północnej Francji. Uratowała mnie, pisząc książkę „Francuskie dzieci jedzą wszystko”. Okazało się,  że moje metody łącznie z przekupstwem, zniechęceniem i odpuszczaniem nie należały do tych skutecznych. Zaczęłam małymi krokami. Rosołek zamieniłam na zupy-kremy. Najpierw na słodko, żeby nie przeżył jakiegoś szoku. Zupa z batata, pora i gruszki.Do tego grzanki i moja  siła perswazji w trakcie jedzenia: oo, jakie pyszne, i takie słodziutkie, a bataty takie zdrowe, to taki pomarańczowy kartofel, wiesz;  a gruszka jaka zdrowa, a por ma tyle siarki, że hoho. No i zjadła moja dziecina. Może bez euforii, bardziej jak badacz smakujący nowe rzeczy, ale otworzyłam jego głowę na kolejne smaki. Oczywiście wpadłam we własne sidła, bo non stop pytał, a co będzie na kolację, a co na śniadanie i pytał tak każdego dnia, zmuszając mnie do ciągłych poszukiwań, do ciągłego wymyślania nowych potraw. Teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że je owsiankę, kaszę jaglaną z jabłkiem, kasze gryczaną z gulasze, wszystkie warzywa na surowo – zawsze do mięsa, żeby lepiej wchłaniało się żelazo, owoce, smoothie z owoców. Jest dobrze.

  Ta książka naprawdę zmieniła moje podejście, czasami „na przymus” jest lepsze dla dziecka niż wycofanie, zamiatanie problemu pod dywan. To była walka o moje dziecko, o jego zdrowie, o jego odporność. Dodała mi ogromnej odwagi. Bardzo pomógł mi w tych zmaganiach mój syn – takim zdroworozsądkowym podejściem do problemu. Dla mnie jedzenie to lekarstwo, dzięki któremu możemy być zdrowi, długo żyć. Jak sięgnę pamięcią  moje dziecko było edukowane  od najmłodszych lat, o niezdrowym jedzeniu wiedział prawie wszystko; kiedy miał może trzy lata zapytał swoją dużo starszą kuzynkę, co robi. Ona na to, że uczy się chemii, a on  poważnym tonem: chemia jest szkodliwa!

       Książkę polecam nie tylko rodzicom niejadków, ale wszystkim tym, którzy chcą poznać Francję od kuchni, zobaczyć jak konserwatywna i skostniała (mowa o północy), a jednocześnie bezpieczna w tych swoich sztywnych ramach.

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (1)

Uwielbiam takie chwile, w których mogę przystanąć na chwilę i obserwować moje dzieci. Patrzę ukradkiem i myślę sobie „chwilo trwaj”, ogarnia mnie wtedy błogostan, jestem przepełniona szczęściem, nieważne, że nie jadłam jeszcze obiadu, że dochodzi osiemnasta, a męża jeszcze nie ma w domu, nieważne dziękuję Bogu, że dane mi było jeszcze raz doświadczyć istoty macierzyństwa, że bezkarnie mogę mówić ” be be, nu nu, kociamisia”. To jestem ja, upleciona z takim momentów, zbudowana z myśli moich dzieci, z ich smutków i radości, z nieprzespanych nocy, z gorączek i płaczu, ich gestów, ich małych rączek, ich miłości. To jestem ja…

Pozdrawiam gorąco:)

Kuchnia i medycyna

Książki, książki, moje ukochane….Jest tyle książek przeczytanych i nieprzeczytanych . Najbardziej ubolewam nad brakiem czasu i niemożnością sięgnięcia po lekturę. Kiedy zostałam mamą po raz drugi, ta przyjemność została mocno ograniczona. Nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że moje drugie dziecko będzie takim malutkim alter ego pierwszego syna. Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Mój synek (niespełna półtoraroczny) to tak zwane żywe srebro ze wszystkimi jego odcieniami, lux torpeda:). Więc rośnie piramidka, a ja kradnę czas, żeby wspiąć się chociaż na parter.

Książki kupuję impulsywnie, namiętnie, pod wpływem chwili, inspiracji, szukam w gazetach tych , które zostały wydane i są warte przeczytania. Wyrywam wtedy te małe fragmenciki z ilustracją książki, wklejam do mojego kalendarzyka, żeby nie zapomnieć. Ale i tak zapominam….

Czytałam wywiad z lekarzem, znanym profesorem (niestety nie pamiętam jego nazwiska, wszystko w „Wysokich obcasach”), który przywołał nazwisko znanego lekarza Juliana Aleksandrowicza, którego już nie ma między nami. Szybko znalazłam informacje o nim, kupiłam na Allegro wszystkie jego książki tam dostępne. Tak na marginesie okazało się, że jedną mam na półce w kuchni i namiętnie z niej korzystam. To „Kuchnia i medycyna”. Stanowi dla mnie nieodzowną pomoc w żywieniu moich najbliższych. Autorzy proponują profilaktyczne postępowanie polegające na prawidłowym odżywianiu, które oddala wizję rożnych strasznych chorób, których nie  będę nazywać po imieniu.

Z profesorem Aleksandrowiczem wiąże się jeszcze jedna sentymentalna historia, mianowicie był lekarzem Haliny Poświatowskiej, Haśki…, jak ją nazywali. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała, co to nieuchronność życia, balansowanie na granicy życia i śmierci. Ten wiersz długo towarzyszył mi w latach szkolnych:

„Margerytki albo cykl biologiczny”

nie miały więcej niż osiemnaście lat
siostra przyniosła je rano
jeszcze ślepe
mgłą ubrane

w południe
miały już lat trzydzieści
szeroko otwierały złote oczy
rozpostarte liście
z trudem mieściły się w wazonie

przyszedł wieczór
i wyniosłam je do kubła na śmieci
malutkie pomarszczone

H. Poświatowska: Wiersze wybrane. Kraków 1989, s. 206

Pozdrawiam gorąco:)

 

Pokochać przebarwienia…, nie!

Jakiś czas temu rzuciłam wyzwanie przebarwieniom. Niestety pojawiły się po drugiej ciąży i nie chcą zejść. Jakoś nie zwracałam na nie uwagi do czasu, kiedy mój mąż dziwnie mi się przyglądał. Siedziałam z moim małym bobasem w cieniu na pięknej plaży w Nysie ( notabene Riwierze Nyskiej, jak nazywają ją tubylcy) i nagle jego oczy utknęły na moim policzku. Szok, zaczęłam panikować,   co jest, co jest- krzyczałam przerażona. A on na to – czarna plama. Do lusterka nie zajrzałam, do wieczora trochę zelżało, ale niestety lato minęło, a ja borykam się z nimi do dnia dzisiejszego. Używam filtrów, które nie pomagają. Czytałam,  że nie ma dla nich ratunku, to są plamy pigmentacyjne, które wędrują po twarzy, wystarczy odrobina słońca, żeby  się nasiliły.

Ja jednak nie podaję się tak łatwo. Kupiłam kremy Bielendy (akurat była w Rossmannie promocja) i każdego dnia wieczorem wcieram serum, potem krem na przebarwienia, a na koniec moje odkrycie –  olejek Tamanu, który ma podobno cudowne właściwości.  Został przebadany przez francuskich specjalistów . Chroni skórę przed promieniami słonecznymi, łagodzi podrażnienia i odbarwia to co zbędne na twarzy. Sama jestem ciekawa, co z tego będzie. Jak to lubią mówić pediatrzy, trzeba obserwować.

Pozdrawiam:)