Okruchy nocy

 

Dzisiaj w nocy moje pociechy zakradły się  do mojego  łóżka. Dwie najważniejsze istotki ; dwa oddechy, które swoim miarowym i spokojnym rytmem otulały moją bezsenność, mój niepokój. Dwa blaski oświetlające moją drogę, mój każdy dzień.  Moje dwie życiowe mądrości, które uczą mnie każdego dnia  od nowa, dwie ciepłe główki poddające się mojemu czułemu dotykowi. Zamykam wszystkie okna, zapalam ogień i chronię go w wielkim palenisku, , dopóki mogę, dopóki starczy sił,  czuwam…

Woda życia dla mózgu – gojnik

 

Jesteśmy gojnikową rodziną. Wszystkie nowości, które są sprawdzone i przebadane testuję na rodzinie. Na szczęście udało mi się przeforsować wiele takich zdrowych perełek, niekoniecznie smacznych, ale wiem, że gdyby im naprawdę nie smakowało , nie miałabym szans i na nic zdałyby się moje błagania i lamenty. Koniec i kropka.

A więc herbatkę (napar) z gojnika pijemy już dwa lata. Synowi słodzę miodem i czasami dodaję cytrynę. Zaparzam pokaźny dzbanek i popijamy sobie przez cały wieczór. Do gojnika przekonało mnie to, że jako jedyne zioło podnosi wydajność mentalną mózgu, poprawia pamięć, niweluje stany zapalne. Usuwa złogi białkowe , które przyczyniają się do demencji starczej oraz choroby Alzheimera. Te informacje są udokumentowane przez prof. Jensa Pahnke z kliniki Neurologicznej Uniwersytetu w Magdeburgu.

Poza tym:

  • działa zapalnie i antybakteryjnie, wzmacnia układ odpornościowy
  • jest źródłem minerałów – cynku, magnezu, miedzi, sodu, kobaltu, żelaza
  • wspomaga układ krążenia
  • pozbywa organizm toksyn.

Wybierajcie takie opakowania, w których widać gałązki z kwiatami, a nie jakieś trawy. Ważna jest roślina w całości, nie może być rozdrobniona.

Smacznego 🙂

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (5)

Dzisiaj na Mszy, po Komunii Św., kiedy klęczałam  z synem i starałam się skupić na modlitwie, moje dziecko spytało, czy płaczę. Tak. Płakałam. Z wdzięczności, że mogłam tu być;  że Jezus pozwolił mi na przyjęcie Go do mojego serca, że obdarzył mnie zaufaniem, chciał, żebym tu z nim była. Ja i moja rodzina. Jezus mówi: „To ja was wybrałem, jesteście tu z mojej łaski”.

Kiedyś w swojej pysze myślałam, że to ja decyduję, że ja chcę być. Ja, ja, ja… To nie tak, to On mnie prowadzi, On decyduje, a ja poddaję się Jego woli.

Płakałam, bo Jego bliska i  Święta obecność bardzo mnie wzrusza. Jestem zaszczycona zaproszeniem do jego Świątyni.

Płakałam ze wstydu, znów nie byłam dobra dla siebie i  innych, znów uległam słabościom, znów Go zawiodłam, a mimo to On przytula  mnie jak Najwierniejszy Ojciec,  obdarza  Swoją nieskończoną miłością, dobrocią i zaufaniem.

Płakałam z tęsknoty. Za Nim. Ponieważ każdego dnia bardzo za Nim tęsknię, każdego dnia proszę, żeby zamieszkał w domu moim…

Dr Terry Wahls

Od kilku miesięcy, od grudnia, stosuję fenomenalną kurację dr Terry Wahls. Kuracja to za duże słowo, zmieniłam nawyki żywieniowe, wyeliminowałam z diety  gluten i laktozę, czyli wszystko to co „dobre”:), zostały mi warzywa, owoce, pełnotłuste mleko kokosowe , orzechy, mięso i ryby. Wiem, nie brzmi to najlepiej, ale konsekwencje stosowania po prostu spektakularne.

Kim jest Dr Terry Wahls? Lekarzem chorującym na stwardnienie rozsiane. Sześćdziesięcioletnią kobietą, która była skazana na wózek inwalidzki. Ma nawet epizod, w którym musiała na nim usiąść . Wtedy też zaczęła walkę z tą chorobą, walkę o swoje pełnosprawne życie, dla siebie, dla dzieci, dla swojej żony.  W książce opisuje, jak doszła do sprawności, jak odzyskiwała siły, jak pomału uczyła się znów chodzić. Wszystko dzięki odżywianiu, odrzuceniu tych składników, które zatruwają nasz organizm.  Pomyślałam wtedy , jeżeli ta dieta potrafi zatrzymać chorobę, ustabilizować chorego, dodać mu sił, w pełny sposób odżywić organizm , to ja to kupuję i wypróbuję na sobie. Borykałam się z zawrotami głowy, osłabieniem mięśni. Okazało się, że mój organizm szybko traci wapń i magnez. Jedzenie takiej ilości warzyw powinno to uregulować.

Do tego czasu nie jadłam mięsa, więc perspektywa wrócenia do białka zwierzęcego napawała mnie przerażeniem. Podroby? Z nimi nie miałam problemu, ponieważ od najmłodszych lat jadało się u nas wątróbkę, żołądki. Pełnotłuste mleko kokosowe? Gdzie ja takie znajdę , przecież nie dam rady wypić całej szklanki dziennie tego gęstego napoju. Sześć szklanek warzyw dziennie, w tym jedna szklanka owoców. Gdzie ja to pomieszczę? Kiedy ja to przygotuję? Przecież moje dziecko nigdy mi na to nie pozwoli, wchodząc na wszystkie możliwe półki, krzesła; wkładając do dzioba, co popadnie. Pomimo tych przeciwności zaczęłam odżywianie z dr Wahls. Na szczęście można pić kawę, ale bez cukru. Cukier i inne słodziki niedozwolone. Ja niestety oszukuję, bo kawę piję z miodem, a jak piję trzy kawy dziennie, to łatwo policzyć, że są to trzy łyżki miodu. Hm, mam nadzieję, że przyjdzie czas, w którym dam radę wypić gorzką kawę. Na dzień dzisiejszy jest to niemożliwe.

Po miesiącu zrobiłam badania. Idealne. Krew, mocz, rozmazy, biochemia próby wątrobowe – wszystko w normie. Nie muszę dodawać, że jednym z efektów ubocznych jest chudnięcie, wysmuklenie sylwetki, jednak zdrowie jest najważniejsze. Zdecydowałam się zaryzykować, bo wiedziałam, że niczego nie tracę, a mogę zyskać bardzo dużo. Nie jestem bardzo młodą mamą, tylko trochę młodą i chciałabym być dla moich dzieci, dla mojego męża w pełnej sprawności.

Oczywiście nikogo nie namawiam do tak drastycznej zmiany nawyków żywieniowych, to musi odbywać się w porozumieniu z lekarzem. Moja neurolog była jak najbardziej na „tak”, sama mi zasugerowała takie podejście, leczenie naturalnymi sposobami. To jest proces, na spektakularne efekty trzeba jeszcze zaczekać, ale zachęca mnie do jej kontynuacji energia, witalność, jaką dostałam.

Książkę czyta się z zapartym tchem, jest bardzo ciekawa. Oprócz historii autorki, jest dużo treści oraz obalenie wielu mitów dotyczących żywienia, są opowieści chorych, którzy pomału wracają do zdrowia.

Obecnie wyszła jej następna książka „The Wahls protocol. Cooking for Life”, ale nie ma jeszcze tłumaczenia. Pewnie trzeba będzie poczekać kilka lat, podobnie jak na „Fenomenalną kurację…|

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (4)

Dedykuję ten wiersz wszystkim przyszłym mamom, a w szczególności mojej szwagierce Edycie:

Już za jakiś czas, za dwie godziny otulę ciepłem Twoje narodziny.

Otulę szczęściem.

Zazielenię nadzieją.

Będzie świecić słońce,

serca się zaśmieją.

Ptaki zaśpiewają radosną piosenkę,

deszcz przestanie padać, wezmę Cię za rękę.

Kto Cię przyniósł?

Bocian polny, co w trawie dzieci szuka?

Może kukułka,co na powitanie ciepłym słowem kuka?

Może promyk słońca?

Może błękit nieba?

Może Dobry Bóg, który zesłał nam Ciebie z Nieba?

Może szum morz letnią, wieczorową porą?

A może Mama i Tata, kiedy się ciepło ubiorą i zajdą za horyzont, za tęczę, za wiatr, który wplata w życie tą jedną z zaczarowanych gwiazd.

Tyś tą gwiazdką, gwiazdeczka upragnioną.

Tyś jest ziarenkiem zroszonym tą jedyną łzą słoną.

Tyś marzeniem ulotnym jak mgiełka – zapamiętać Cię chcę na zawsze – Tyś moja perełka.

Pozdrawiam gorąco:)

 

Okruchy dnia (3)

Krzątam się po kuchni, karmię Małego Bąka , starszy syn skacze na piłce, właściwie zawładnął moim prezentem od Św. Mikołaja. Domofon. Nagle słyszę tupot małego słonia w składzie porcelany, biegnie na złamanie karku. Chwila ciszy, pewnie kolega zaprasza go do zabawy na podwórku. Wreszcie dochodzi do moich uszu:

– Teraz nie mogę, obiad się jeszcze nie zrobił.

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (2)

O moich dzieciach myślę zawsze jak o wielkim Darze, dzięki któremu staję się lepszym człowiekiem.  Takie traktowanie dzieci jako najcenniejszego daru pomaga mi, kiedy nie mam już siły, kiedy mi się po prostu nie chce, kiedy po raz setny muszę odpowiadać na pytanie syna, dlaczego musi chodzić do szkoły. Zawsze otrzyma odpowiedź.

Dar, który został mi ofiarowany , ale nie na zawsze , nie na własność. Dlatego w każdej minucie dnia udowadniam  sobie, że na niego zasłużyłam, każdą minutę wykorzystuję najlepiej jak potrafię, żeby  niczego nie zmarnować, żeby być. Z miłością, szacunkiem, cierpliwością.

Autorytet staram się budować nie na strachu, złości, krzyku, ale na cierpliwości i łagodności. Zadziwia mnie ten cudowny kredyt zaufania, jaki dzieci ofiarują swoim rodzicom. Po chwili słabości małe, brudne, lepiące rączki wyciągnięte w stronę rodzica , pełne ufności i miłości. Dlatego nie mogę ich zawieść . Bezpieczeństwo, otwarte ramiona, dużo buziaków i „kocham” na ustach –  bez końca.

Pozdrawiam gorąco:)

Tadek-niejadek

 

 

Świat Książki, Warszawa 2014

      Z Tadkiem-niejadkiem miałam do czynienia przez kilka dobrych lat swojego życia. Tadek-niejadek jadł makaron z jogurtem i miodkiem, naleśniki, rosołek, ryż ze śmietanką i cukrem, jakieś fryteczki. Jak o tym piszę, to przechodzą mnie ciarki, nie chce mi się wierzyć jak ubogą dietę miał mój starszy syn. Czułam się jak trucicielka własnego dziecka, oczami wyobraźni widziałam go na oddziale dla cukrzyków.  Byłam bezsilna, a może leniwa w podejmowaniu prób, a może miałam mocno zakorzenione poczucie suwerenności dziecka; jak nie chce – to nie zmuszać. Pocieszałam się, że jak dorośnie, to na pewno zmieni nawyki żywieniowe i polubi warzywa. Z zazdrością obserwowałam dzieci moich koleżanek , które zajadały paprykę, jakieś zmiksowane zielone zupy, kaszę i robiły to z uśmiechem na twarzy. Kiedyś zapytałam go na stołówce, dlaczego nie je kotleta, to ze stoickim spokojem odpowiedział,że  zna jego smak, ponieważ jadł go już w zerówce. Raz dostał karę, bo obrzydził koledze zupę, mówiąc, że jest z kurczaka. Zresztą, jak nauczycielka widziała, że jestem , od razu przekazywała mi syna, umywając ręce od czarnej roboty. Cóż, samo życie.

    Ale wreszcie nadszedł ratunek. Od samej Karen Le Billon. Kanadyjki, która przeprowadziła się z mężem do jego rodzinnego miasta w północnej Francji. Uratowała mnie, pisząc książkę „Francuskie dzieci jedzą wszystko”. Okazało się,  że moje metody łącznie z przekupstwem, zniechęceniem i odpuszczaniem nie należały do tych skutecznych. Zaczęłam małymi krokami. Rosołek zamieniłam na zupy-kremy. Najpierw na słodko, żeby nie przeżył jakiegoś szoku. Zupa z batata, pora i gruszki.Do tego grzanki i moja  siła perswazji w trakcie jedzenia: oo, jakie pyszne, i takie słodziutkie, a bataty takie zdrowe, to taki pomarańczowy kartofel, wiesz;  a gruszka jaka zdrowa, a por ma tyle siarki, że hoho. No i zjadła moja dziecina. Może bez euforii, bardziej jak badacz smakujący nowe rzeczy, ale otworzyłam jego głowę na kolejne smaki. Oczywiście wpadłam we własne sidła, bo non stop pytał, a co będzie na kolację, a co na śniadanie i pytał tak każdego dnia, zmuszając mnie do ciągłych poszukiwań, do ciągłego wymyślania nowych potraw. Teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że je owsiankę, kaszę jaglaną z jabłkiem, kasze gryczaną z gulasze, wszystkie warzywa na surowo – zawsze do mięsa, żeby lepiej wchłaniało się żelazo, owoce, smoothie z owoców. Jest dobrze.

  Ta książka naprawdę zmieniła moje podejście, czasami „na przymus” jest lepsze dla dziecka niż wycofanie, zamiatanie problemu pod dywan. To była walka o moje dziecko, o jego zdrowie, o jego odporność. Dodała mi ogromnej odwagi. Bardzo pomógł mi w tych zmaganiach mój syn – takim zdroworozsądkowym podejściem do problemu. Dla mnie jedzenie to lekarstwo, dzięki któremu możemy być zdrowi, długo żyć. Jak sięgnę pamięcią  moje dziecko było edukowane  od najmłodszych lat, o niezdrowym jedzeniu wiedział prawie wszystko; kiedy miał może trzy lata zapytał swoją dużo starszą kuzynkę, co robi. Ona na to, że uczy się chemii, a on  poważnym tonem: chemia jest szkodliwa!

       Książkę polecam nie tylko rodzicom niejadków, ale wszystkim tym, którzy chcą poznać Francję od kuchni, zobaczyć jak konserwatywna i skostniała (mowa o północy), a jednocześnie bezpieczna w tych swoich sztywnych ramach.

Pozdrawiam gorąco:)

Okruchy dnia (1)

Uwielbiam takie chwile, w których mogę przystanąć na chwilę i obserwować moje dzieci. Patrzę ukradkiem i myślę sobie „chwilo trwaj”, ogarnia mnie wtedy błogostan, jestem przepełniona szczęściem, nieważne, że nie jadłam jeszcze obiadu, że dochodzi osiemnasta, a męża jeszcze nie ma w domu, nieważne dziękuję Bogu, że dane mi było jeszcze raz doświadczyć istoty macierzyństwa, że bezkarnie mogę mówić ” be be, nu nu, kociamisia”. To jestem ja, upleciona z takim momentów, zbudowana z myśli moich dzieci, z ich smutków i radości, z nieprzespanych nocy, z gorączek i płaczu, ich gestów, ich małych rączek, ich miłości. To jestem ja…

Pozdrawiam gorąco:)

Kuchnia i medycyna

Książki, książki, moje ukochane….Jest tyle książek przeczytanych i nieprzeczytanych . Najbardziej ubolewam nad brakiem czasu i niemożnością sięgnięcia po lekturę. Kiedy zostałam mamą po raz drugi, ta przyjemność została mocno ograniczona. Nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że moje drugie dziecko będzie takim malutkim alter ego pierwszego syna. Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Mój synek (niespełna półtoraroczny) to tak zwane żywe srebro ze wszystkimi jego odcieniami, lux torpeda:). Więc rośnie piramidka, a ja kradnę czas, żeby wspiąć się chociaż na parter.

Książki kupuję impulsywnie, namiętnie, pod wpływem chwili, inspiracji, szukam w gazetach tych , które zostały wydane i są warte przeczytania. Wyrywam wtedy te małe fragmenciki z ilustracją książki, wklejam do mojego kalendarzyka, żeby nie zapomnieć. Ale i tak zapominam….

Czytałam wywiad z lekarzem, znanym profesorem (niestety nie pamiętam jego nazwiska, wszystko w „Wysokich obcasach”), który przywołał nazwisko znanego lekarza Juliana Aleksandrowicza, którego już nie ma między nami. Szybko znalazłam informacje o nim, kupiłam na Allegro wszystkie jego książki tam dostępne. Tak na marginesie okazało się, że jedną mam na półce w kuchni i namiętnie z niej korzystam. To „Kuchnia i medycyna”. Stanowi dla mnie nieodzowną pomoc w żywieniu moich najbliższych. Autorzy proponują profilaktyczne postępowanie polegające na prawidłowym odżywianiu, które oddala wizję rożnych strasznych chorób, których nie  będę nazywać po imieniu.

Z profesorem Aleksandrowiczem wiąże się jeszcze jedna sentymentalna historia, mianowicie był lekarzem Haliny Poświatowskiej, Haśki…, jak ją nazywali. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała, co to nieuchronność życia, balansowanie na granicy życia i śmierci. Ten wiersz długo towarzyszył mi w latach szkolnych:

„Margerytki albo cykl biologiczny”

nie miały więcej niż osiemnaście lat
siostra przyniosła je rano
jeszcze ślepe
mgłą ubrane

w południe
miały już lat trzydzieści
szeroko otwierały złote oczy
rozpostarte liście
z trudem mieściły się w wazonie

przyszedł wieczór
i wyniosłam je do kubła na śmieci
malutkie pomarszczone

H. Poświatowska: Wiersze wybrane. Kraków 1989, s. 206

Pozdrawiam gorąco:)