Wielka Sobota

Jeszcze raz mogłam spojrzeć na Jezusa ukrzyżowanego, jeszcze raz przytulić Jego zbolałe Święte Ciało, ucałować zranione stopy i krwawiące dłonie. Skryłam się Świętych Ranach, zjednoczyłam w pośpiechu. Teraz, kiedy zapadnie zmrok, będę czekać na Ciebie Jezu. Zapalę świecę i przywitam Cię z tęskniącym sercem…

Już święta

Bardzo lubię atmosferę,  jaka towarzyszy dniom przed świętami. Taka spokojna niespieszność, wyludnione miejsca (nie mam na myśli sklepów, bo tam jak w ulu), spokój, cisza, z otwartych okien dochodzą apetyczne zapachy pieczonych mięs i ciast. Chłonę tą szczęśliwość objawiającą się w świątecznych przygotowaniach, w braku szarpaniny.

Wyszłam na mały, późnopopołudniowy spacer z dziećmi.  Słońce, silny wiatr, puste placyki, brak psów – moje dziecko biegło ile sił w małych, krótkich nóżkach, wywracając się co chwilę na zimną, zieloną trawę „deptana, niziutka, bez żadnych owoców, bez kłosa” – to ks. Jan Twardowski. W tyle została krzątanina, porządki, kuchnia, tylko około godziny 15.00 poczułam ukłucie  w sercu, nostalgię za dobrocią, za miłością, za pokojem. Zrobiło mi się smutno, o tej porze umarłeś, Panie…

Radosnych Świąt Wielkiej Nocy 🙂

Dzień ciszy

Wielki Piątek to dzień Wielkiego Tygodnia, który w sposób szczególny upamiętnia śmierć Jezusa na Krzyżu. To dzień Krzyża. Centralnym miejscem  w liturgii jest adoracja Krzyża. Najpierw zasłonięty fioletowym suknem Krzyż zostaje wyniesiony przed ołtarz, by potem stopniowo kawałek po kawałku je odkrywać . Po liturgii Krzyż zostaje w widoczny miejscu, aby wierni mogli go adorować, by mogli w ciszy oddać cześć i chwalę Jezusowi.

Moja babcia przeżywała mękę i śmierć Jezusa w zupełnej ciszy. Czasami przejmującej, więcej znaczącej niż słowa. W milczeniu oddawała hołd ukrzyżowanemu Królowi. Żadnych zbędnych dźwięków zakłócających celebrację tego ważnego dnia.

Pamiętam, że za jej przykładem wyłączyłam dźwięki płynące z radia i telewizji. Ten świat ciszy był przejmujący, wręcz bolesny. Trudno mi się było w nim odnaleźć. Czy teraz miałabym odwagę, żeby do niego wrócić…

Pozdrawiam ciepło:)

Ja – matka

 

Trudne jest dorastanie, trudne jest dojrzewanie. Dochodzi całą paleta emocji, z którymi trzeba sobie poradzić, które trzeba podźwignąć na swoich wątłych barkach. Z malutkiego chłopczyka trzeba stać się chłopcem, potem mężczyzną. Trzeba podejmować  decyzje, fajnie gdyby były mądre i przemyślane;  trzeba już samodzielnie myśleć, przydałoby się trochę logiki. Każdy dzień buduje małego człowieka, każde wzruszenie, każdy grymas, troska wpisane są w to małe jestestwo.  Każda radość, żal, łzy jak nić tkają gobelin na obliczu dziecka.

Kiedy obserwuję moją pociechę i widzę, jak cieszy go każdy dzień, jak skacze z radości do nieba, z jakim entuzjazmem podchodzi do najprostszych spraw, z jaką beztroską wraca ze szkoły – ogarnia mnie błogostan, spełnienie matki, nic mi więcej nie potrzeba, karmię się dumą.

Ale zdarzają się dni, kiedy stoi między nami mur wyrzutów, niezrozumienia. W jakimś nerwowym szale szukam drzwi, które zaprowadzą mnie do niego. Muszę mieć tyle dobrej woli, żeby starczyło, żeby nie rezygnować z walki o niego. Wiem, że jest to rodzaj jego zmagań o moją uwagę. Marzę o lakmusowym papierku, który pokaże mi poziom jego emocji, bólu, strachu, zniechęcenia. Szukam instrukcji, szukam siebie – jaką mam być, cierpliwa, pełna zrozumienia. To takie trudne.

A potem przychodzi proza życia, znów trzeba jechać na ostry dyżur. Wszystko znika, nic nie ma znaczenia, tylko zdrowie mojego syna, który nagle staje się zagubiony, niespokojny; arogancja ustępuje miejsca pokorze. Pojawia się niepokój, strach;  udaję, że jestem zadaniowa, że umiem podejmować decyzje, że się nie boję, ale tak naprawdę tracę kontrolę nad tym, co budowałam cały dzień, rozsypuję na tysiące odłamków, które trzeba będzie posklejać w jakimś niedostrzegalnym dla małych oczu kąciku. Chcę się ukryć i przeczekać, nic nie słyszeć. W takich chwilach proszę Boga, żeby mocno trzymał mnie za rękę i przeprowadził przez strach i niemoc. Doświadcza mnie każdego dnia, ale jednocześnie  uczy cichości serca w świecie naznaczonym krzykiem i wszechobecnym JA,  buduje pomost, przez który mnie przeprowadza, chroni jak małe dziecko otulając je swoim nieskończonym miłosierdziem. Dziękuję Tato…

Pozdrawiam ciepło:)

Luksus

Pojęcie luksusu zmienia się w zależności od potrzeb, statusu życiowego; od tego, w którym momencie życia jesteśmy, czego pragniemy. Dla jednego luksusem będzie zakup umytych, starannie zafoliowanych warzyw w sklepie, dla drugiego wręcz przeciwnie –  będzie szukał zapiaszczonych marchewek, jabłek z robakiem.

Dla mnie luksusem jest poczucie równowagi w życiu, opanowanie chaosu i proza życia czyli – porządek w domu. Luksus nieosiągalny; luksus, po który sięgam każdego dnia i każdego dnia doświadczam porażki. Czasami wydaje mi się, że wszystkie domowe sprzęty w domu są w zmowie z bałaganem.

Przy małym dziecku z rodziną na końcu świata, z mężem permanentnie wzywanym do pracy nic nie można zaplanować,  nie można unieść się ponad codzienność. Wstyd przyznać, ale nawet Wigilia miała u nas znamiona zwykłego dnia. Nie wiem czemu, ale ubzdurałam sobie, że karp kupiony w przeddzień Wigilii będzie świeży i smaczniejszy niż ten zakupiony kilka dni wcześniej. W przeddzień wieczerzy mąż zjeździł cały Wrocław w poszukiwaniu ryby, wrócił o północy z pustymi rękoma. Na drugi dzień znów wyruszył w trasę. Niestety wyprawa zakończyła się fiaskiem . Na szczęście poratował nas nasz osiedlowy sklepik, w którym można było dostać ten deficytowy towar – malutkie, mrożone rybeńki. Najgorsze nastąpiło w trakcie kolacji, kiedy syn zapytał, dlaczego jemy zwykły obiad. Myślałam, że mi serce pęknie. Byłam wykończona stresem związanym z chorobą młodszego synka. Marzyłam o białym , wykrochmalonym obrusie, porządku w domu, harmonii.

Kilka dni temu moje dziecko wróciło od kolegi  bardzo zadziwione, że mają pusty balkon, nic tam nie ma , żadnych skarbów. Wytłumaczyłam mu, że właśnie tak powinien wyglądać balkon: czysta, niczym nie zagracona przestrzeń. Biedne dziecko przez tyle lat żyło w przekonaniu, że pełny balkon to synonim luksusu i dobrobytu,  że to składnica makulatury, sanek, słoików, klatek po chomiku i jeszcze paru niezidentyfikowanych drobiazgów.

Może kiedyś uda mi się zapanować nad tą graciarnią. Mąż zawsze pyta, czy pijemy kawę na balkonie…

Pozdrawiam ciepło:)

Okruchy dnia (15)

Pokazywać, uczyć, być obok, być zawsze. Smakować każdy dzień, dotykać każdą chwilę. Razem patrzeć, razem słuchać, razem oddychać.  Biec, biec daleko, przed siebie, z radością, z zapałem, trzymając za rękę Za wiatrem, słońcem, motylem. Nie zatrzymywać się, gasić łzy czułością i miłością. Ratować wszystko i wszystkich, obserwować. Razem…

Pozdrawiam ciepło:)

Cuda w moim życiu

Kiedy dopada mnie bezsilność, nie widzę realnego rozwiązania problemu, stoję pod tak zwaną ścianą płaczu i nie widzę wyjścia; kiedy nie pomaga modlitwa, te tysiące słów skierowane do Opatrzności, tysiące słów naznaczone prośbą i błaganiem ulatują  i nie znajdują ujścia , kiedy tysiące łez zastyga w kamiennej niemożności działania i obarcza mnie swoim ciężarem  – Jezus przypomina mi o poście. Realnie i głośnio skłania mnie do postu.

Czy tego chcę, czy nie chcę,  słyszę, jak każe mi pościć w intencji mojego starszego syna. Słyszę wyraźne: „dwa tygodnie”. A to oznacza, że najprawdopodobniej nie będę przez dwa tygodnie piła kawy. Czarnego, słodkiego napoju, zalanego pachnącą śmietanką. Poddaję się tym słowom. Ulegam. Rezygnuję z kawy na dwa tygodnie. Nie jest mi z tym jakoś szczególnie ciężko, Jezus mi w tym pomaga, pomagają mi moje ulubione słowa z Biblii „zaufaj Panu już dziś”, nie czekaj, nie przekładaj tego na potem, bo czy zawsze będę widziała Jego wyciągnięta dłoń gotową do pomocy? Tego nie wiem. Czy pozwoli mi siebie odnaleźć.? Tego też nie wiem.

Nie myślę o kawie, chociaż jestem totalną kawiarą.

Poszczę, nie zastanawiam się nad jego sensem, nie rozmyślam, wiadomo obowiązki, natłok myśli nakładających się na kolejne, buduje się piramida schematów, jakichś osądów, zażaleń, radości.

To było lato, dzieci bawiące się na podwórku, krzyki. Balkon otwarty, słońce ociepla cały pokój, beztroski czas wakacji. Znów głos ” zmów litanię w intencji syna”. Zaczęłam szybko się modlić; wypowiedziałam ostatnie  słowo i usłyszałam ( mieszkam na czwartym pietrze) huknięcie, silne uderzenie o ziemię i krzyk mojego dziecka połączony z płaczem. Mój syn spadł z drzewa na głowę. Złapał się gałęzi, która pękła i runął razem z nią w dół.

Wybiegłam, płacząc i nawołując go. Cisza. Może stracił przytomność. Boże…? Nagle usłyszałam „mamo, spadłem z drzewa, boli”. Szybko wzięłam go na ręce, pobiegłam do domu, telefon do męża. Szpital. Badania, prześwietlenia, rezonanse, czekanie na wyniki. Strach ogromny, a jednocześnie  ufność, powierzenie dziecka w modlitwie Bogu, rozpostarcie parasola ochronnego nad jego życiem. To było potrzebne, żeby dać świadectwo.

Słyszałam  słowa pełne ironii i niezrozumienia „widzisz, widzisz, modliłaś się i spadł, i po co to było”. Po to, żeby modlitwa go uchroniła przed najgorszym, żeby ocaliła moje dziecko. Gdyby nie ona, nawet nie chcę myśleć, jak mogłoby to się skończyć.

Po takich doświadczeniach, po takich przeżyciach, jak mogłabym odwrócić się od Ciebie Boże, jak mogłabym udawać, że Cię nie słyszę.  Ktoś może powiedzieć „wariatka, nawiedzona, chora”.  Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami, oskarżona przyznaje się do winy: jestem chora,  chora z miłości do Ciebie, Boże.

Pozdrawiam ciepło:)

 

Okruchy dnia (14)

To banalne co teraz powiem, ale dzieci rosną zdecydowanie za szybko. Tak szybko wyrastają z tych maluteńkich, słodkich bucików; potem malutkie spodenki okazuję się za małe i zamieniają się latem w krótkie, czapeczka nie da się naciągnąć na główkę, śmiesznie wygląda na czubku – jak mały krasnal.

Niedawno w każdej sekundzie dnia gotowe na przytulanki, na uściski, na czułości – dzisiaj bardzo  oszczędne w ich dozowaniu, mogę liczyć na symboliczne synowskie   muśnięcie. Zaciskam je pięści i chowam na potem, by jeszcze raz się nim pocieszyć.

Z tymi przytulankami uciekam się do podstępu. Kiedy syn czegoś potrzebuje, ja bardzo chętnie na to przystaję, ale zawsze  pod jednym warunkiem – pięć minut czułości. Zgoda. Po niecałej minucie czuję, że nogi zaczynają mu chodzić w nerwowym pląsie, już mi zaczyna uciekać. Przytulam mocniej, zagarniam go moimi matczynymi mackami. Słyszę nagle krzyk: duszę się!, ja na to: nie teraz! Zaczynamy się śmiać, odpuszczam. Leć chłopaku, leć. Gdzie będziesz kilka za lat ? W którą stronę pobiegniesz? Gdzie cię znajdę? Jakimi słowami powitam?

Wieczorem wszystko się zmienia. Wymyślił ” szczęśliwą minutkę dla rodzinki” . Modlimy się wspólnie, a potem wyciszamy, wspominamy dzień, oswajamy pośpiech, smutki, niepowodzenia, nadajemy sens temu wszystkiemu, co się wydarzyło, umacniamy się. Zatrzymujemy czas. Żegnamy się błogosławieństwem i pocałunkiem na dobrą i spokojną noc.

Potem wracam jeszcze kilka razy pod pretekstem, że kołdra skopana, że plecy odkryte, że lampka zapalona. Kradnę niewinne pocałunki, przytulam go mocno do nocy, zadomawiam ciemność, zapalam gwiazdy nad jego snem. Anioł czuwa…

Pozdrawiam ciepło:)

Czas Wielkiego Postu

„Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych,

Jezu Zmartwychwstały ze śladami Męki…”

 

Wielki Post rozpoczęłam od posypania głowy popiołem. Garstką prochu przypominającej, że to co doczesne nie jest ważne, że to co materialne przemija, zamienia się w proch, ucieka szarpane podmuchem wiatru. Gonitwa, żeby mieć, żeby zachować, gromadzić więcej i więcej… Dla osób wierzących prawdziwie – tylko Bóg jest wieczny, niezniszczalny.

To czas refleksji nad sobą, swoją obecnością między ludźmi, w rodzinie, z samym sobą. To czas refleksji nad relacją z Panem Bogiem; na ile jestem gotowa poświęcić siebie dla Niego, oddać mój czas, zatopić się w Nim do końca, ukryć się w Jego Ranach . Niestety,   mało było we mnie tej  refleksji, mało wyciszenia. Stłumiona codziennością, powtarzalnością każdego dnia skupiłam się na sobie, mężu, dzieciach. Mało we mnie  myśli i działań zbliżających mnie  do Boga. W moją codzienność wpisała się droga, jaką pokonywałam każdego dnia:  dom-szkoła-plac zabaw. To też była droga ku Niemu, ponieważ to On mi ją wyznaczył, dał wolność  i pojawiał się w obowiązkach dnia codziennego; by ułatwić  mi moją wędrówkę,  zostawiał ślady, po których mogłam bezpiecznie iść ; łagodził chaos wnikający w każdy zakamarek, każdą przestrzeń zagrożoną utratą sumienia.

Do końca Postu został tydzień. Chcę być dobra dla siebie i innych.

Pozdrawiam ciepło:)

Okruchy dnia (13)

Któregoś razu wybrałam się z moim młodszym synem do lekarza. Radosny bąk siedział na moich kolanach naprzeciwko pani doktor , uśmiechał się zalotnie, blublał coś pod zasmarkanym noskiem. Nagle w urzekający sposób pogroził jej przed oczami swoim grubiutkim paluszkiem i powiedział ” nie, nie”. Trochę się pośmialiśmy; o, jaki fajny bobas; no, no, super, no.

Wracając do domu, pomyślałam, że może za dużo tego „nie”, za dużo ” be, be, nie wolno”, same zakazy. Zastanowiłam się, ile razy dziennie moje dziecko słyszy słowo „nie”? Nawet  nie liczę. Mama- be;  tata-be,be;  tak-be, nie-be, pyszny obiadek-be, be, be! Piękne, wyraziste, mocne, dwuwargowe „be”. Czasami prowadzimy ze sobą takie miłe rozmowy:

-Czy kochasz mamusię? -Be!

Czy to jest smaczne? -Be!

A gdzie mama? -Be!

Hm, a może by tak wprowadzić nowe słowa, podobnie jak wprowadza się nowe pokarmy. Może by spróbować zaufać. Pewnie na efekty będę musiała chwilę poczekać, ale może warto. Może warto dać szansę własnemu dziecku. Może warto czasami przymknąć oko na łobuzowanie i pozwolić mu na poznawanie świata po swojemu. Zbytnie kontrolowanie nikomu nie wychodzi na dobre, a moja pociecha ma być kreatywna, ma się się rozwijać w sposób niczym nieskrępowany. Zobaczymy.

Na razie konsekwencją wyeliminowania tego strasznego słowa są:

-znikające garnki

-wyrwany kabel z telefonu (zabytkowego)

-poobijany emaliowany garnek

-potłuczone filiżanki i talerzyki

-i ostatnio połamane okulary. Widzę ciemność, widzę ciemność…

Pozdrawiam ciepło:)