Wolontariat ciążowy

Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby  ciąża była  zaliczana jako jednostka chorobowa podlegająca bezsprzecznie L4. Dodatkowo podlegająca zwolnieniu matki od obowiązków rodzicielskich i domowych w trakcie jej trwania.

Pomyślałam sobie niedawno, że przydałby mi  się wolontariat ciążowy.

Ktoś wymyślił instytucję douli. Kobiety, która wspiera ciężarną podczas ciąży, porodu, połogu. Daje jej emocjonalne wsparcie, służy swoją wiedzą , doświadczeniem. Jest dla niej psychicznym oparciem. Na kontrze wsparcia psychicznego przydałoby się wsparcie fizyczne.

Ja psychicznie jestem naładowana ze wszystkich czterech stron, z każdej otacza mnie inny rodzaj wsparcia, z każdej czerpię inną energię. Każda daje mi inne poczucie bezpieczeństwa. To są cztery światy, które współgrają ze sobą; współpracują na moje dobre samopoczucie.

Na tym polu mogę dzielić się dobrymi emocjami z każdym, kto znalazł się na emocjonalnej pustyni.

Niestety na innych już coś tam szwankuje. Coś niedomaga. Coś zgrzyta. Tu bałagan. Tu brudne naczynia. Tu dziecko kwiczy, że na spacer. Tu kwiczy, że chce lizaka. Kolejna zmiana pieluchy. Kolejne gimnastykowanie się i maraton po pokojach w celu złapania uciekającego dwulatka. To jedyna sytuacja, kiedy marzę o kawalerce.

A gdzie czas na regenerację? A może jakaś mała drzemka między tymi czynnościami?

I tu dziarsko wkracza wolontariat ciążowy.

Wysoce wyspecjalizowany zespół, drużyna A. Młodzi, silni, chętni do roboty, chętni do pomocy, chętni – z uśmiechem na twarzy, bez grymaszenia. Chcący umilić życie ciężarnym, zmęczonym, toczącym się przez każdy dzień kobietom.

Nadzieja wszystkich umęczonych mam borykających się z problemami dnia codziennego. Oczekujących na potomka. Niech to oczekiwanie nie będzie dla nich balastem, trudem. Niech będzie cudowną lekkością bytu, wisienką na torcie. Niech ta słodka pozostałość po pamiętnej nocy dojrzewa w sile i mocy.

Drużyno A – przybywaj!

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Zmącić ciszę…

Czytam ostatnio, że cisza to towar deficytowy, pożądany; taki, który lekarze będą zapisywali na receptę jako lekarstwo. Lekarstwo, które ma przedłużyć życie i poprawić jego jakość.

Kiedy pracowałam w szkole i wracałam do domu obarczona hałasem dzieci, który nie był jakoś szczególnie stresogenny, lubiłam położyć się na łóżku w zupełnej ciszy  i poleżeć kilkadziesiąt minut. Obok mnie leżał mój nowofundland, mój niedźwiadek, który musiał znosić moje natarczywe pieszczoty, czochranie po ogromnym łbie. Nie miałam, kogo się przyczepić, to dręczyłam biednego psa. Ile ona musiała ze mną znieść, a ile okazać cierpliwości dla mojej natarczywości. Teraz mam dzieci 🙂 I męża 🙂 No.

Ale wtedy byłam niezamężną, bezdzietną młodą dziewczyną. Co za luksus. Mogłam sobie pozwolić na takie szaleństwo jak leżenie i błogie niemyślenie. Wyleżałam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Bardzo lubię ciszę na wsi. Wolną od wielkomiejskiego gwaru, pędu, ale nie głuchą. Cisza na wsi nie może być głucha. To symfonia dźwięków dochodzących z każdej strony, z każdego zakątka, z każdej dziury. Bzyczenie owadów, leniwe ćwierkanie ptaków, szmer w trawie, dźwięk samochodu jednego na milion. I nie ma w tym nic niepokojącego.

To przypomina mi wakacje na wsi u babci. Poranki z „Latem z radiem”, z tą nieśmiertelną poleczką. Nudziłam się tam jak mops. Rejestrowałam z nudów cały dzień klatka po klatce. Buszowałam setny raz po strychu, szukając przetrzebionych skarbów. Szykowałam leśne śniadanie z polnych grzybów i się nim delektowałam. Mus z czarnych porzeczek, cukru i śmietany. Jakie to było pyszne.  Kto teraz je cukier i śmietanę, przecież są zdrowe zamienniki.

To była cisza kojąca, odprężająca, w której można było wyłączyć myślenie, poszukać zagubionych myśli, bez strachu, że znajdzie się te niepożądane, te złowrogie, od których chciałoby się uciec.

Ale czasami taką piękną ciszę może zmącić niepotrzebny szmer, jakiś odgłos zasłyszany z oddali, płacz dziecka.

Jestem wyczulona na płacz dziecka, zwłaszcza w nocy. Dla mnie nie wróży nic dobrego. Wzmaga się mój niepokój. Naruszona zostaje cisza.

Wczoraj miałam taką noc pełną obawy i lęku. Mój mały synek całą noc przepłakał. Wcześniej w dzień byłam z nim na szczepieniu. Płakał dramatycznie, wtulony we mnie jak mały, zalękniony niedźwiadek, bojący się otworzyć oczy. Siedziałam z nim na łóżku, kiwając się jak w transie i wpatrywałam się w  obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który stoi u nas na parapecie. Zauważyłam, że mieni się kolorami.  Czerwony, zielony, niebieski, barwy zmieniały się rytmicznie.

O Boże, pomyślałam i serce mi prawie stanęło. Tu mi szlocha dziecko, a tu mam objawienie. W swojej pysze i naiwności pomyślałam, że to znak, że zostałam wybrana, kiedy mój wzrok przesunął się na łóżeczko i ujrzałam źródło światła. Wcześniej włączyłam  melodyjkę, na której wyświetlały się obrazki i zmieniały kolory.

Ulżyło mi, bo tyle emocji i atrakcji w ciągu jednej nocy to dla mnie naprawdę za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Projekt Lady – polubić dziewczyny

Jak mi się uda i nie zapomnę, oglądam program „Projekt Lady”. Trudne dziewczyny z dysfunkcyjnych rodzin, ze zszarganą reputacją poddają się totalnej metamorfozie. Dobrowolnie zgłaszają się do programu.

Nauka chodzenia z podniesioną głową, zmiana wyglądu z drapieżnego i wulgarnego na delikatny i subtelny, uczenie się podawania i nakrywania do stołu, jak również właściwego zachowania się przy nim.

Na początku nieufne, zdystansowane do świata, zamknięte i harde, na oczach widzów zmieniają się nie do poznania. Skorupa, która je chroniła, kruszeje. Pojawiają się łzy, słabość. Odcięcie się od tego, co było i otwarcie się na to co nowe i dobre dla nich.

Obserwuję te dziewczyny i niesamowite jest to, jak bardzo pragną tej zmiany, jak wielką mają w sobie determinację, jak bardzo zależy im na lepszym życiu.

Przyjmując po drodze ciosy od życia, zranienia, stają się nieufne. Zakładają twardy pancerz ochronny, ukrywają prawdziwą twarz pod tonami czarnego, odstraszającego makijażu i brną głęboko w czarną otchłań.

Ale widać, jak bardzo nie chcą takie być. Chcą odnaleźć w sobie niewinne dziecko, którym były dawno temu  i zbudować je na nowo.

Na nowo cieszyć się sobą i zacząć się lubić. Same do tego nie dojdą. Potrzebne jest zaplecze, potrzebna jest pomoc. Jednostka nie jest w stanie sama sobie pomóc. Nie jest w stanie uporać się z problemami. Może są wyjątki. Może dwa. Wyświechtany slogan „you can do it” nie ma tutaj racji bytu. Na starcie nierównych szans, w miarę pokonywania drogi różnica robi się bardziej widoczna.

Cieszy mnie ten program. Cieszy mnie pochylenie się nad tymi dziewczynami. Ja widzę w nim coś głębszego niż rozrywkę w poniedziałkowy wieczór. Kibicuję tym dziewczynom całym sercem.

Zmieniajcie się na lepsze , czeka na was dobre życie.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

Rozmowa z dzieckiem

Kiedy byłam w wieku szkolnym, pytanie, jakie często zadawał mi mój tata, brzmiało: „jak było w szkole?” Zazwyczaj zadowalał się odpowiedzią: „dobrze”, do momentu wywiadówki i otrzymania kartki z ocenami. Wtedy już dobrze nie było.

Żeby uniknąć sytuacji zaskoczenia, moje pytanie skierowane do syna osnute jest wieloma dygresjami.

To było pytanie, które rozbrzmiewało w większości domów, jakoś nikt się nim zbytnio nie przejmował. Ale znam ludzi, którzy jako rodzice deklarowali, że oni będą unikać go jak ognia, bo im się źle kojarzy.

Dla mnie nie było ono jakąś szczególną traumą. Miałam spokój, nie musiałam się zbytni wysilać. A i tata nie narzekał na strumień świadomości.

Ja nie unikam tego pytania.  Czasami, jak nie mam siły i chęci na rozmowę, ograniczam się właśnie do niego. Po tak sformułowanym pytaniu, nie spodziewam się żadnej innej odpowiedzi, jak właśnie: „dobrze”. I wracam do obierania kartofli.

Na szczęście chwile słabości miewam rzadko. Częściej żeby zachęcić syna do rozmowy na tematy szkolne, na tematy kolegów i stosunków między nimi panujących, sama inicjuję rozmowę i opowiadam o swoich szkolnych doświadczeniach, nie unikając tematów trudnych, przekładając je oczywiście na  język i realia dziesięcioletniego dziecka.

Czasami odnoszę wrażenie, że moje dziecko słucha mnie z dużym zainteresowaniem, że chłonie wszystko to, co mu przekazuję, że wyciąga wnioski, może się zainspiruje moją historią, a ono  ni z gruszki ni z pietruszki: „kupę”.  Teraz, w takim momencie? No dobrze.

Na szczęście doszliśmy do takiego miejsca, kiedy wiem, że dzieje się coś złego. Oczy mi wszystko mówią, smutna mina, a czasami wołanie od progu: „maaaamoooo”. Wtedy wiem, że na pewno dostał uwagę, na pewno nie z jego winy. Musi wykrzyczeć ten żal. Tą szkolna niesprawiedliwość.

Teraz kiedy jestem w ciąży i miewam permanentne mdłości, a do tego ciągły niesmak, nie chce mi się otwierać buzi, nie zawsze mam ochotę na rozmowę.

Trochę zaniedbałam te sferę naszej codzienności. Czuję to. Ale rozmowa między mną a dzieckiem to nie tylko potok słów. To nie tylko wymiana komunikatów i informacji.

Rozmowa to uśmiech, podkradanie pocałunków broniącemu się chłopakowi. Rozmowa to cisza przeplatana naszą obecnością, kiedy przytulamy się do siebie , ja oglądając telewizor, syn grając na telefonie. Rozmowa to wyciągnięte ku sobie ręce w geście przytulenia. To czułość. Troska w oczach.

To nam wystarcza. Nie trzeba zapewniać siebie o nieustające miłości i trawić kolejnych tematów związanych z życiem podwórka. Na tym etapie możemy pozwolić sobie na ciszę wypełnioną zrozumieniem.

Rozumiemy się bez słów. Teraz mogę czerpać z tych zasobów wypracowanych przez te dziesięć lat.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

9-tygodniowe szczęście

Już jestem po pierwszej, i dla mnie bardzo ważnej, wizycie u lekarza. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że dzidziuś ma już 9 tygodni. Nie wiem, jak ja to sobie liczyłam, ale chyba tylko dla mnie logicznym szyfrem nie podlegającym prawom matematyki, fizyki, nie wspomniawszy o biologii.

Odetchnęłam  z ulgą. Zobaczyłam malutką fasolkę. Usłyszałam malutkie bijące serduszko. Miarowe, zdrowe bicie serca, którego dźwięk wzrusza mnie najbardziej.  Bum-bum, bum-bum, trudno opisać życie, które dopiero się kształtuje. To jest wielka tajemnica. Nie bez cienia sarkazmu mówi się o cudzie narodzin.

Teraz mogę zatopić się w oczekiwaniu na dzieciątko. Teraz mogę zanurzyć się w szczęściu, całkowicie bez tchu.

Oczywiście nie obyło się bez prozaicznych aspektów. Tu tabletki, tu konieczne badania, tu badania prenatalne ze względu na wiek.

Niesamowitym odkryciem był dla mnie fakt, że moje jajeczko starzeje się razem ze mną. Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. Nie zdawałam sobie sprawy, że ma już 43 lata. Tak sobie naiwnie myślałam, że wymienia się z roku na rok, na moje kolejne urodziny.

Ot taka ignorancja jak przy obliczeniach tygodni dziecka. Taki brak wyobraźni 🙂

Czekam z utęsknieniem, aż skończą mi się właściwie nie poranne, ale całodniowe mdłości, brak apetytu, zapachowstręt i tym podobne uciążliwe dolegliwości. Czekam z utęsknieniem na nowe.

Pozdrawiam gorąco 🙂

 

 

Niespieszność Bożego Ciała

Bardzo lubię święto w środku tygodnia. Pomijając fakt, że jesteśmy całą rodziną razem, to jeszcze okala nas cisza, spokój, ludzi jakby o połowę mniej, żeby nie powiedzieć pustka. Każdy ma jakiś ciekawy pomysł na spędzenie tego dnia.

Taki czas to jedyna okazja, żeby zjeść wspólne śniadanie. Musi być świątecznie.  Wiem, że niektórym wyda się to zbyt pospolite, ale dla mnie świąteczna jest herbata z cytryną. Niby takie nic, a mi kojarzy się z wyjątkowymi chwilami.

Może dlatego, że w czasie świąt gościła w moim rodzinnym domu. Moi domownicy traktują ją jako prawdziwy rarytas, ponieważ nie pijemy słodkich herbat na co dzień . Katuję ich gojnikami, kwiatami czarnego bzu, rożeńcem górskim. To są nasze wieczorne rytuały. Dlatego od święta zawsze robię duży dzban herbaty, do tego miód i cytryna.

Dzisiaj syn zaczął śniadanie właśnie od herbaty. Pochłonął całą szklankę, mąż też poprosił o dolewkę. Niby nic, a dla nas wyjątkowość chwili. Wiadomo,  że ta niecodzienność została zmącona przez najmłodszego w rodzinie, który miał używanie ze swoją parówką i papryką. Ot dla zabawy podziabał trzepaczką i rozsypał po podłodze zanim zdążyłam zareagować.

W kościele ledwo mogłam za nim nadążyć. Rozglądałam się dyskretnie za podobną watahą, a tu posucha – wszystkie dzieci jakby się sprzysięgły przeciwko nam – grzeczne, na rękach, w wózkach. Z moim synem to nie do pomyślenia.

Po takim stresie trzeba ukoić  spięte ciało i gonitwę myśli w głowie. Kawa. W naszej osiedlowej kawiarni, w której czas zatrzymał się chyba w czasach komunistycznych, gdzie nieśmiertelna pani Helenka podaje kawę z bitą śmietaną, żywego ducha.

A do wieczora to już tylko odpoczynek. Zmącony powiewem wiatru, zapachem grilla dochodzącym z sąsiedniego balkonu, chowającym się za horyzontem słońcem  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

Kiedy bocian zapuka trzeci raz…

Zrobiłam test ciążowy, położyłam na stole z zamiarem zrobienia zdjęcia, trzeba upamiętnić taką chwilę. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że zniknął. Nie było go. Znam winowajcę. Mój malutki synek gdzieś mi go zapodział. Może jeszcze go znajdę.

Kiedy bocian zapukał pierwszy raz do moich drzwi, byłam naiwną dziewczyną, której się wydawało, że musi być tak, jak sobie zaplanuje. Dziecko? To takie oczywiste, że będzie. Takie proste. I było. Śliczny synek, taki malutki, taki chudziutki. Szczęście.

Przez rok mąż pracował w domu. Mogliśmy razem dzielić się obowiązkami. Razem było raźniej i nie odczułam trudów macierzyństwa, może musieliśmy bardziej zaciskać pasa, ale byliśmy szczęśliwymi posiadaczami dziecka. Zresztą z perspektywy tylu lat wszystko wygląda idealistycznie. No i jest to moja subiektywna ocena.

Kiedy bocian zapukał drugi raz, byłam w lekkim szoku. Minęło dziesięć lat od pierwszej wizyty. Dużo się wydarzyło. Przez te długie lata nie mogłam mieć dzieci. A właściwie mogłam, ale tylko na chwilę. Trudno jest mi zliczyć, ile razy musiałam się z nimi żegnać. Kiedy lekarz  zapytał, która to ciąża, odpowiedziałam – druga. Pozostałe wyparłam z pamięci. A teraz musiałam je wszystkie  zliczyć. Ot taka statystyka.

Drugie bijące serce. Rytmiczne uderzenia życiodajnej siły. Oddech za oddech. Mozolne tkanie małego człowieczka.

Nigdy nie miałam pretensji, żalu do Stwórcy  z powodu tych strat. Po ludzku było mi  smutno.  Żadnych pytań, pełna ufność i akceptacja. Tłumaczyłam sobie, że to co się dzieje, to dla mojego dobra. Nie pozwalając  urodzić się mojemu dziecku, Bóg je chroni, chroni mnie – jego matkę. To czas, żebym skupiła się na synu, który był z nami. To czas, żeby zaangażować wszystkie uczucia, miłość i przelać je na naszego synka.

Oddałam wszystko, co miałam po pierwszym dziecku. Zostawiłam łóżeczko.

I pojawił się śliczny drugi chłopczyk. Już nie taki malutki, nie taki chudziutki, z dużą, owłosioną główką. Moje drugie szczęście.

Kiedy bocian zapukał trzeci raz, ledwo go słyszałam i widziałam 🙂 Zastanawiałam się, czy mam na tyle odwagi i siły, żeby te drzwi otworzyć.  Już nie byłam w  lekkim szoku, byłam w dużym szoku. Zastanawia mnie ten Boży plan. Dlaczego nie mogłam mieć dzieci, kiedy byłam młoda, silna, trochę nieodpowiedzialna? Może nie miałam tego doświadczenia, które posiadam obecnie.

Dlaczego teraz? To jest dla mnie tajemnica. Co się zmieniło? Czy ja się tak zmieniłam, że  dopiero teraz nadszedł mój czas? Dlaczego ja?  Pytania można mnożyć w nieskończoność.

Marzenie o pełnej rodzinie spełnia się. Pragnienie o posiadaniu dzieci zostało zaspokojone. Odnoszę wrażenie, że wszystko dzieje się poza naszym udziałem. Świadomie ze strachu nie zaplanowałabym ciąży. Nie w tym wieku. Ale na szczęście nie we wszystkim muszę decydować sama  🙂

Nigdy nie planowaliśmy z mężem ilości dzieci. Dla nas to było naturalne, że odkąd jesteśmy małżeństwem, to będą  się pojawiały. Jedno, dwoje? Bez planu. Tam, gdzie jest miłość, zgoda, oddanie, tam pojawiają się dzieci. To jest konsekwencją związku. Jego celem. Po to żyjemy. Żeby nadać życiu sens, żeby tchnąć życie  w te małe istotki i wypuścić je w świat.

Muszą sobie radzić, ale miło będzie,  jak czasami wrócą do domu, jak odnajdą do niego drogę. Żeby nie zarosła chwastami. Staram się, jak mogę, żeby pielęgnowały w sobie ogród z pięknymi chwilami, a nie traciły czasu na wyrywanie z niego chwastów. I to jest dla mnie istota macierzyństwa. Budowanie takich relacji, takich fundamentów, których nie zburzy żadna zawierucha.

Przede mną daleka droga  🙂

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Słowo na niedzielę

Czy ktoś jeszcze pamięta program , który był emitowany w sobotę przed wieczornym filmem? Nosił tytuł „Słowo na niedzielę”. Krótka wzmianka na tematy religijne poparta cytatem z Pisma Świętego. Lubiłam ten program, tym bardziej, że tłem do niego była piosenka zespołu Raz, Dwa, Trzy „Tak mówi Pismo Święte…”

I chociaż człowiek był zadumany może pięć minut, to i tak warto było skierować na niego swoją uwagę.

Dzisiaj jest pierwszy piątek miesiąca. Kolejny. Dni tak szybko lecą, że mam wrażenie, że mój czas odmierzają właśnie te piątki. Jak w klepsydrze. Idziemy do spowiedzi, a już za chwilę znów piątek.

Od kiedy syn był u Komunii Świętej, w każdy piątek miesiąca staramy się spowiadać. Pilnuję tego, ponieważ boję  się , że jak to zaniedbam, to  granica pomiędzy dobrem a złem gdzieś  mi się rozmyje, gdzieś ucieknie. Ta obowiązkowość spowiedzi w jakiś sposób reguluje to nasze życie duchowe.

Jak zwykle poszliśmy wcześniej, żeby być pierwszymi. Zależało mi na tym, żeby nie było za dużo ludzi, ponieważ musiałam  zabrać młodszego bączka. A on za długo nie usiedzi w wózku. Do tego chapnął z domu  drewnianą zabawkę, taki młyneczek z drewnianą kuleczką w środku, wydającą dźwięki w trakcie popychania. Siedział w wózku i hałasował tą kulką. Księży nie było. A ja krążyłam po kościele, czekając na spowiedź. Nie mogłam go wypuścić, bo młodszy nie dałby rady go upilnować. Mąż w pracy. To już norma.

Wreszcie zobaczyłam księdza, zaczęłam szybkim krokiem iść w jego stronę. I on też zmierzał w moją . Zastanowiło mnie, że idzie akurat do mnie, pomyślałam, że pewnie chce, abym uciszyła syna.

Zapytał, czy przyszłam do spowiedzi. Przytaknęłam. A on zaproponował mi spowiedź w kościelnej ławce przy synu, żeby mały się nie denerwował . Wrócił do konfesjonału po stułę, ludzie za nim. Myśleli, że będzie spowiadał w ławce. Poczułam się wyróżniona i zaopiekowana. Ot takie niecodzienne pochylnie się nas zwykłym człowiekiem.

Podobne refleksje miałam, kiedy prowadziłam Klub Malucha. Przychodzili do mnie rodzice i prosili o zniżki dla dzieci. Tłumaczyli się brakiem pieniędzy. Nigdy  nie było to dla mnie problemem, zawsze przystawałam na ich prośbę.

I jeżeli ktoś mówił, Aga, ale ty jesteś fajna, to nigdy tak o sobie nie myślałam. Zawsze w takich momentach patrzyłam z zazdrością na taką rodzinę, bo widziałam ludzi, których kocha Pan Bóg, który się o nich troszczy. Miałam świadomość, że to nie ja jestem dobra, tylko Bóg, który  opiekuje się nimi i wysłuchuje  ich próśb, a ja jestem tylko narzędziem w Jego rękach.

Całe życie uczę się pokory. Szacunku do innych. Uczę się, żeby nikogo nie osądzać, o nikim źle nie mówić. Na szczęście Bóg mi tego szczędzi,  stawiając na drodze ludzi, o których nie mogę powiedzieć złego słowa.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

I nie opuszczę cię aż do śmierci…

Miałam kiedyś znajomych, których dziesięcioletni brat spał w łóżku  z rodzicami. Nawet napisał do nich list, myśląc, że zrobi im nim ogromną przyjemność, że w ten sposób okaże im swoje przywiązanie Był pewien, że oni czekają właśnie na taką deklarację. Treść listu brzmiała mniej  więcej tak : do 18 roku życia będę spał z wami w łóżku. Nie muszę mówić, że czytelnikom zrzedły miny, spojrzeli po sobie i oczyma wyobraźni widzieli siebie jako zgrzybiałych staruszków z czterdziestoletnim synem  w środku, z nogami wierzgającymi na boki,  zatkanym od chrapania nosem.

Fajnie było się pośmiać z takiego żartu, tym bardziej , że nie dotyczył mnie. Śmiało się rodzeństwo, mrugając do siebie porozumiewawczo. Taki maminsynek, taki laluś. Nie wie, co mówi, a właściwie pisze.

Jeśli chodzi o ścisłość  biedaczyna nie miał swojego miejsca na ziemi (czyt. pokoju, czy nawet łózka).

Śmiałam się , śmiałam, aż w końcu i mnie dopadło. Ostatnio miałam jakieś spięcie z synem, nie pamiętam, o co poszło. Z uśmiechem na twarzy mówiłam, że już niedługo nadejdzie moment,  w którym sam będzie o sobie stanowił, w którym nie będzie musiał sprzeczać się ze starą matką, w którym pójdzie swoją drogą, a ja uniknę marudzeń namolnego syna. Pewnie już nie może doczekać się tej chwili.

A moje dziecko ze  stoickim spokojem, łagodnym głosem, bez żadnej złośliwości, wręcz z czułością i tkliwością  powiedziało, że nigdy się nie wyprowadzi i  będzie mieszkał z żoną z nami. Dodał mimochodem, że żona będzie rodziła  dzieci, a on mi je będzie oddawał pod opiekę. Perspektywa bawienia gromadki dzieci jakoś nie wywołała u mnie żywiołowej reakcji, nie wspomniawszy o lawinie śmiechu.

Myślałam , że żartuje, więc pociągnęłam temat, przyjmując jego tok rozumowania, jego klucz do tej rozmowy. Ale on nad wyraz poważnym tonem odpowiedział, że on z żoną będą mieszkać z nami. I nie ma sprzeciwu. Koniec rozmowy. A ja myślałam, że jak etap ożenku z synem mam już za sobą, to teraz będzie już tylko lepiej.

Mina mi zrzedła, mąż udawał, że nie słyszy. Boże, ja jeszcze nie wyszłam z pieluch, ja mam małe dziecko,  a on już mi kreśli wizję życia z kolejnymi jego dziećmi, wizję  ciasnoty,  wizję mieszkania na kupie, wizję chodzenia sobie po głowie.

Ale chwilę potem naszła mnie refleksja, że jeżeli moje dziecko w ten sposób  deklaruje przynależność do rodziny, do domu; nie chce z niego wychodzić, to znaczy, że jest mu w nim dobrze, że czuje się bezpiecznie i  jako matka muszę wyposażyć go w takie wartości i umiejętności, żeby taki dom  stworzył dla swoich najbliższych.

A na chwilę obecną pocieszam się, że jest jeszcze za mały na podejmowanie tak ważnych decyzji, za mały na zrozumienie konsekwencji takich działań . Na razie żyje w błogiej nieświadomości, że mieszkanie z rodzicami do końca życia to wspaniała przygoda i nic nie zmąci  jej trwania.

Ciekawa jestem deklaracji Waszych pociech. Czy można wymyśleć coś bardziej mrożącego krew w żyłach?

Pozdrawiam ciepło  🙂

Mądra miłość do dziecka

Czasami zastanawiam się, w jaki sposób zbudować dziecko, jak wyposażyć je w siłę, odwagę, wrażliwość, empatię, współczucie; w te cechy, które ułatwią mu życie, sprawią, że będzie lżej znosił porażki, zranienia. Które sprawią, że jego relacje z bliskimi będą oparte na prawdzie, na szczerości.

Które sprawią, że będzie umiał udźwignąć ciężar niepowodzeń.

Które sprawią, że będzie umiał odnaleźć się w natłoku emocji, dokonać właściwego wyboru, nie spalać się w gniewie, lęku, irytacji.

Zastanawiam się czym go nakarmić, czym napoić, żeby zdrowo się rozwijał, żeby  jego świat był harmonijny, nie zmącony dylematami, z którymi nie umiałby się uporać. Nie chcę, żeby ich nie miał; nie chcę żeby żył plastikowym, nierealnym życiem, ale żeby czerpał z niego to co najlepsze. Nie chodzi o to, żeby ochronić go przed całym złem świata, ale żeby to zło odpierał, nie ulegał mu, nie poddawał się jemu. Żeby umiał sobie z nim radzić.

Nie uchronię go przed narkotykami, nie uchronię przed kłótnią z kolegami, nie uchronię go przed bijatyką, ale mogę mu dać narzędzie, dzięki któremu będzie mógł działać, pielęgnować swoje życie, radzić sobie jak najlepiej.

Czym nakarmić dziecko, żeby zdrowe poszło w świat i budowało zdrowe relacje z ludźmi?  Sobą. Ja karmię je sobą. Sobą silną, sobą nie zalękniona, sobą cierpliwą, sobą łagodną. Nie pełną lęków i obaw, nie pełną okaleczeń i zaszłości, nie pełną kłamstw i manipulacji.

Miałam dużo momentów, kiedy martwiłam się o swoje dzieci. Najczęściej powodem była choroba. Zwykła gorączka potrafiła doprowadzić mnie o drżenie serca. Ale w takich momentach wiem jedno – dzieci też są zalęknione, tez się boją, są zaniepokojone, więc ja nie chcę epatować tymi uczuciami jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej dawać do zrozumienia całą sobą, że się boję.

Dobry rodzic, który kocha swoje dzieci, nie chce podzielać złych, nisczących uczuć.

Kiedy mój starszy syn panikuje, ja staram się zachować spokój.

Kiedy wścieka się na mnie; padają słowa , których pewnie będzie za chwilę żałował – czekam cierpliwie aż się uspokoi i wtedy rozmawiamy. Jeżeli sam nie umie nad tym zapanować, pomagam mu, przytulam, zapewniam o swojej niekończącej się miłości. Uspokajam go, ponieważ go kocham.

Nie chcę dzielić z nim złych emocji, nie chcę, żeby przechodziły na mnie, bo wtedy nie jestem w stanie mu pomóc. Chcę go zrozumieć i pokazać, jak można inaczej.

Chcę, żeby był otwarty na świat i innych ludzi. Tolerancyjny, ale nie pobłażliwy. Współczujący, ale niekoniecznie empatyczny. Tzn. nie musi od razu przejmować uczuć drugiego. Ale go zrozumieć, a nie oceniać.

Czasami zastanawiam się, jak nasi rodzice nas wychowywali bez tej ilości poradników, książek, programów edukacyjnych, blogów, doświadczeń. Po omacku i intuicyjnie. Skąd wiedzieli?  Pewnie drogowskazem było serce i miłość w nim kiełkująca. I to chyba jest najlepsza książka, najlepszy poradnik.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂