Dylematy dojrzewania

Dojrzewanie dzieci to nieunikniony bieg wydarzeń. Kiedyś nadejdzie ta wiekopomna chwila, kiedy trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy i porozmawiać na nurtujące młodzież tematy. Bez zadęcia, na poważnie – ale z dystansem, nie  zohydzając niektórych kłopotliwych zagadnień.

Kiedy mój starszy syn był jeszcze mały, nie mogłam się doczekać pytań, rozmów, rozważań na temat problemów dojrzewania, spraw damsko-męskich. Trochę się ich obawiałam, zapewne jak każdy rodzic, ale zacierałam już ręce. Jako domowy gawędziarz byłabym w swoim żywiole. Wyobrażałam sobie te nasze intelektualne dywagacje zakończone błyskotliwą puentą, niekoniecznie: „mama, mogę kupę?”.

Pamiętam, że jedyne kontrowersyjne pytania, jakie zadawał mój mały synek to:” mamo, a to jest pan, czy pani”; w sytuacji, kiedy widział kogoś, kogo trudno było zidentyfikować.

Odpowiadałam, jak można było najpiękniej. Jak osobnik bardziej przypominał mężczyznę, to był panem, jak kobietę – był kobietą. Bez wchodzenia w kontrowersyjne szczegóły. Uważałam, ze taka wiedza na temat różnorodności nie jest mu do niczego potrzebna.

Nie musi roztrząsać dylematów płci.

Dziecko dorastało, a tu nic. To ja musiałam inicjować rozmowy , bo albo mój syn był zbyt leniwy, albo zbyt niedojrzały, albo zaprzątnięty innymi dziecinnymi sprawami.

W czasie wakacji zdradził mi tajemnicę, że jego kolega oglądał gazetę z gołą panią. Zapytałam z niepokojem, czy on też zaglądał na strony tejże gazetki. Odpowiedział  oburzony, że to grzech. Zapytałam, od kogo ma takie informacje. Odpowiedział, że pani od religii tak powiedziała. Hm, czyli znów mój udział w rozmowach był znikomy. W myślach musiałam przyznać rację pani od religii – takie zdjęcia nie są dla małych dzieci.

Mało u nas rozmów inicjowanych przez syna na tak zwane „wstydliwe” tematy. Są dwa warianty: albo  wszystko już wie, albo nie wie nic. Wzięłam sprawy w swoje ręce.

Ostatnio rozmawialiśmy na temat zapachów. Mój mąż w sposób dyplomatyczny stwierdził, że im człowiek starszy, tym bardziej śmierdzi. I nie ma co się krygować, bo jest to naturalna kolej rzeczy. Najładniej, najprzyjemniej pachną malutkie dzieci. A potem to już z górki.

Szybko podchwyciłam temat, uznając, że jest ciekawym wstępem do rozmowy na temat dojrzewania i pojawienia się burzy hormonów u chłopców, w czasie której pojawiają się wąsiki i tym podobne, z akcentem na tym podobne.

Mój syn przyjął wiedzę ze zrozumieniem i z należytą powagą. Potem trochę nas poniosło, zaczęliśmy żartować i z poważnego tematu zrobił się kabaret. Ale wniosek nasunął się sam, trzeba się myć, bez względu na to, czy jest się starym czy młodym; czy rosną wąsy, czy wąsów brak.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Mieszkaniowej traumy ciąg dalszy

Może Wrocław to nie Nowy York, ale jeśli chodzi o znalezienie mieszkania  większego niż dwa czy trzy pokoje, nie jest to takie łatwe.

Jest ich trochę na rynku, ponieważ miasto musi wywiązać się z umów, ale nie spełniają naszych oczekiwań.  I nie wiem, czy jest to problem lokum czy mój. Jak jest zrobiona instalacja elektryczna, to  nie ma betonowych stropów. Jak są betonowe stropy, to instalacja sprzed wojny. Jak jest   sześć pokoi – idealne dla naszej rodziny, to nie ma widny, a mieszkanie usytuowane jest na 4 piętrze odrestaurowanej przedwojennej kamienicy.

Trochę mnie to już irytuje. Zaczynam się pomału zniechęcać i wmawiam sobie, że nasze cztery kąty to tak jak sześć kątów. Dzieci poupychamy w trzech, a w trzech kolejnych samych siebie.  I zmieścimy się bez problemu.

Trudności nastręcza fakt, że na te mieszkaniowe oględziny jeździmy całą rodziną. Mamy  takie dwa słodkie ogony, które wleczemy za sobą. Trudno skupić się na mieszkaniu i jego atrakcyjności bądź mankamentach, kiedy  w pobliżu czają się dwa pacholęcia. Oglądamy na zmianę, jedno dogląda mieszkanie, drugie pilnuje małego, żeby nic nie zniszczył, trzecie marudzi, że głodny  i pyta, kiedy wracamy do domu.

W sobotę byliśmy w starym spichlerzu z 1820 roku odrestaurowanym i przygotowanym na  na przestronne lofty. Coś pięknego. Stylowe meble, mnóstwo bibelotów, drewniane podłogi, pokój kąpielowy i … ogrzewanie elektryczne. Nigdzie nie było kaloryferów, tylko na suficie wisiało coś na kształt farelek.   Na ogrzewaniu na pewno byśmy nie zaoszczędzili.

No i moje dziecko  w tym pięknym mieszkaniu upatrzyło sobie dwie afrykańskie figurki  wyrzeźbione w jakimś szlachetnym kamieniu.

Na początku tylko grzecznie obserwował, przyglądał się, wydawał odgłosy pełne zachwytu – tak dla zmylenia przeciwnika i pokazania, że wcale nie chce tego dotknąć. Za każdym razem daję się na to nabrać.

Jak uśpi czujność rodziców,  wkracza do akcji.  No i tak zaatakował jedną z figurek, że poturlała się po podłodze i złamała na pół. Najgorsze, że wszystko odbyło się pod moim czujnym okiem, ale nie wiem, kiedy i jak.

Pomyślałam tylko, że figurka pochodzi z epoki Majów i jest warta jakieś dziesięć pensji najniższej krajowej.  Mąż wypatrzył miejsce po klejeniu i  łatwiej było się przyznać. Na szczęście właścicielka okazała się przemiłą, bardzo wyrozumiałą osobą i machnęła tylko ręką.

Najlepsze jest to, że moje dziecko było pilnowane  na zmianę przez  trzy osoby: mnie, męża i koleżankę, która jest naszą agentką. Cała trójka biegała za nim jak w ukropie, żeby  nic nie spsocił.

Kupno mieszkania to nie jest taka łatwa sprawa. Ja w  swojej naiwności myślałam, że im więcej obejrzanych domów i mieszkań, tym będę miała trudniejszy, ale jednak  wybór . A jest wręcz odwrotnie. Im więcej do tej pory zobaczyłam, tym mniej mi się podoba i decyzja jest oczywista.

Im dalej od centrum, tym taniej i ładniej. Im bliżej centrum, tym brzydziej i drożej.

Dylematów związanych z dojazdem do pracy nie da się tak pochopnie rozwiązać. W dużych miastach odległości to jest jakaś zmora. Traci się pół dnia na dojazdy. Ale to już jest kolejna bariera do pokonania bądź nie do pokonania. Można tak wymieniać bez końca, gubiąc początek.

Ja już tylko wiem, że nic nie wiem.

Pozdrawiam jesiennie 🙂

Mieszkanie potrzebne od zaraz

Kiedyś gwiazdka serialu „Klan” Kaja Paschalska śpiewała piosenkę „Przyjaciel potrzebny od zaraz”, a ja parafrazując słowa refrenu, zaśpiewam „mieszkanie potrzebne od zaraz”. Dodam tylko na marginesie – duże mieszkanie.

Rodzina nam się powiększyła i nadal powiększa, więc naturalną koleją rzeczy jest powiększenie mieszkania. A jak najskuteczniej powiększyć mieszkanie? Kupując nowe, większe, przestronne, słoneczne, korzystnie położone….

Ostatnio odnoszę wrażenie, jakoby nasze mieszkanie zaczęło panować nad nami, jakbyśmy stracili nad nim kontrolę. Wciąga nas  swoimi mackami i zaczyna dyktować warunki: nie sprzątaj, nie myj, nie podnoś, takie słyszę rozkazy, nie schylaj się – niech leży. Czasami ulegam i posłusznie nie podnoszę.

Czuję się zdominowana przez dysharmonię i chaos w nim panujący. Kiedy potrzebuję wyciskarki do cytryn, nie zaglądam do szuflady w kuchni, bo jestem pewna, że jej tam nie znajdę. Na szczęście ma intensywny pomarańczowy kolor, więc pamięć podpowiada mi , że ostatni raz widziałam ją na zlewie w łazience. Zgadza się, leży. Przy okazji znajduję wieczko od pojemnika na kaszę.

Kiedy szukam łyżek, zaglądam pod łóżko, tak będzie łatwiej i zaoszczędzę sobie wiele nerwów związanych z grzebaniem w pustej szufladzie.

Są chwile, kiedy nie jest to takie łatwe. Zdarza się, że butelki po mleku i kubka do wody szukam kilka dni. Wtedy kupuję zgrzewkę niekapków i mam spokój.

Odkąd zaczęłam znajdować lego duplo w zamrażarce, w garnkach i w piekarniku,  pilnuję intensywnie, żeby leżały w jednym miejscu. To uspokajacz mojego dziecka i zabawka, którą potrafi się rozkosznie bawić, układając i przekładając klocki w małych paluszkach, przestawiając zwierzątka i naśladując ich odgłosy. Więc i ja mam chwilę wytchnienia, popychając pociąg zbudowany z kolorowych elementów.

Decyzja została podjęta. Szukamy mieszkania. Może być domek. Mamy już za sobą intensywne oględziny. Niestety opisy i zdjęcia zamieszczone w internecie po konfrontacji znacznie się różnią od tych rzeczywistych. Trudno jest znaleźć idealne lokum. Po wstępnej wizytacji nasze mieszkanie, za każdym razem, wydaje mi się super przytulnym miejscem, ciepłym i klimatycznym, z dużą kuchnią i przestronnym wnętrzem, a nasz stary dom na wsi nie zawsze docenianym przeze mnie pałacem.

Może o to wszystko chodzi. Nie podejmować pochopnych decyzji. Szukajcie, a znajdziecie. Z ufnością.

Dzisiaj mamy następne umówione spotkanie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie zmiany miejsca. Musiałam mieszkać w obrębie naszego osiedla. Teraz jest mi to obojętne, z dwójką małych dzieci  moje życie kulturalne i towarzyskie poległo. Już dawno przestałam być wymagająca.  Potrzebuję tylko warzywniaka, rzeźnika, dużego sklepu, kawiarni, fryzjera, masażysty,  dentysty, szkoły, fitnessu – W POBLIŻU. To mi w zupełności wystarczy  🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Moje drugie urodziny

Tak się złożyło, że moje dziecko urodziło się 1 listopada i właśnie dzisiaj obchodzi swoje drugie urodziny. Ten mały aniołek jest z nami już dwa lata. Dwa lata ogromnej radości, miłości, bałaganu, chaosu. Rodzinny tygiel emocji, uczuć, słów, kolorów.

To pierwsze ząbki, pierwsze słowa. Zęby pojawiły się nagle i bezobjawowo. Prawie wszystkie naraz. Któregoś dnia mój synek otworzył buzię i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam cały garnitur zębów, jak u rekina. Dwa rzędy za jednym zamachem. Zęby  zdolne do zgryzienia najtwardszego plastiku, nie bułki z masłem, nie marchewki, a plastikowych elementów. Zęby jak imadło; wkładasz do środka palec i wyjmujesz  w zmienionej formie, podziurkowanej. Patyczek u lekarza – nie ma problemu, trzask – słychać dźwięk łamiącego się drewienka.

Zrobić ze strzykawki płaską łyżeczkę – już się robi.

Jeśli chodzi o pierwsze słowa, to cieszymy się z dwóch opanowanych do perfekcji: „nie” i „bleeeee”, no i czekamy na więcej.

Dzisiaj moje dziecko zdmuchnęło świeczkę na torcie. Kiedy straszy brat zaczął grać na pianinku „sto lat”, a my pełnym wdzięku głosem chcieliśmy odśpiewać tą wzniosłą urodzinową pieśń, jubilat zaczął płakać, patrząc przestraszonym wzrokiem na rodziców. Kiedy się uciszyło, wrócił do konsumpcji tortu.

Za chwilę męża wezwali do komputera, dzieci się rozproszyły po pokojach, a ja zostałam w kuchni, racząc się tortem. Usłyszałam, jak obok w pokoju starszy syn składał życzenia młodszemu. Słodkie to były życzenia, takie dziecięce i mało wymagające. Życzył mu dużo słodyczy, fajnych kolegów i zdrowia. Ciepło mi się zrobiło na sercu.

Wtedy zastanowiłam się , czego ja mogłabym Tobie pożyczyć, synku?

Żebyś nigdy nie był samotny, osamotniony, sam. Żeby otaczali Cię ludzie mądrzy, ze światłem i radością bijącą z serca.

Żebyś był zawsze zadowolony i usatysfakcjonowany swoim życiem.

Życzę Tobie, żebyś w świecie pełnym chorób uniknął tych najcięższych. Żebyś umiał się podnieść  nawet z najcięższego upadku, najbardziej bolesnego kryzysu.

A sobie życzę żebyś zawsze znalazł drogę do domu, żebyś chciał do niego wracać. Umiał wybaczać i kochać.

Chcę mieć zawsze czas dla Ciebie, chociaż miłość i bycie tu i teraz  jest tak wymagające i czasochłonne. Nie chcę zobojętnieć, nie chcę wyczerpać zasobów tej przysłowiowej studni pełnej uczuć. Nie mogę doprowadzić do jej pustki, chcę zawsze zapełniać ją sobą, tobą, codziennością, oddaniem.

Chciałabym mieć przed sobą dużo czasu, żeby Cię tego wszystkiego nauczyć i cieszyć się Tobą na zawsze.

Pozdrawiam ciepło i refleksyjnie 🙂

 

 

 

 

Tęsknota

Ostatnio za czymś tęsknię. Za czymś nieokreślonym. I nie wiem, czy jest to jakieś konkretne miejsce, czy jest to osoba, czy stan, w którym było mi nad wyraz dobrze i przyjemnie.

Nie jest to moment długotrwały, czasami zanim zdążę na dobre się w nim rozgościć – mija. Ale   lubię wymościć sobie w nim dogodne miejsce, wyciszyć się, zaszyć, wspomnieć , oddalić się na chwilę poza cztery ściany.

Lubię ten stan. Umiejętność wchodzenia w tęsknotę bez szwanku dla obciążenia psychiki pozwala mi na oderwanie się od codzienności. Potem znów wydobywam  się tej głębi, gramolę się na górę, by  wrócić do swoich obowiązków.

Zawsze tak mam, kiedy za oknem szaro, mgliście i deszczowo. Przywołuję wtedy słońce, letnie obrazy, wakacje, beztroskę, która towarzyszy wakacyjnym wojażom.

Staram się odnaleźć to coś, co mnie chce dogonić, ale jakoś tak nieskutecznie. Może jest to lato i czas beztroskiego pobytu nad morzem.

Może to nasza mała przystań na końcu świata, ukryta wśród zieleni i pól.

Może stan permanentnej afirmacji życia. Akceptacji wszystkiego i wszystkich. Dobrego i złego.

Wtedy chciałabym zrobić coś szalonego, ale jedyna szalona rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to podróż zatłoczonym tramwajem z dzieckiem na ręku i wózkiem do centrum. Nie ma bardziej ekstremalnej wyprawy  niż ta. Doświadczyłam tego i osobiście. Na szczęście tylko raz.

Kiedyś z koleżanką zastanawiałyśmy, dlaczego ci wszyscy ludzie nie są w pracy tylko w autobusie albo tramwaju. Ooo, ale tu już włącza mi się narzekanie…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Infantylizacja języka polskiego

Z zawodu jestem nauczycielką. Polonistką. I trochę historyczką, może też histeryczką. Może nie brzmi to zbyt dumnie i nobilitująco. Może gdybym napisała, że jestem kardiochirurgiem albo  laureatką nagrody Nobla, może wtedy zdobyłabym większe uznanie. Bycie nauczycielką nie jest aż tak bardzo faworyzowane jak np. w Luksemburgu, gdzie nauczyciel zarabia 7000 euro. Marzenie.

Ale ja nie o zarobkach, ja bardziej infantylnie, mianowicie o transformacji języka w momencie, kiedy pojawiają się małe dzieci w domu.

Kiedy pojawiły się u mnie, nastąpił upadek literackiego języka polskiego, totalne uproszczenie, jeśli mogę tak powiedzieć, to uległ lekkiej degradacji, lekkiemu ułatwieniu.

Pamiętam czasy, kiedy słownik wyrazów obcych i bliskoznacznych był moim sprzymierzeńcem. Bez niego nie ruszałam się z domu, bez niego nie oglądałam telewizji, bez niego nie czytałam książek. Był zawsze w gotowości.

Uwielbiałam wyłapywać nowe, niezrozumiałe wtedy dla mnie  słowa, tłumaczyć je, zapisywać , zapamiętywać, a potem z pełną satysfakcją ich używać. Tak, znam znaczenie słowa utensylia i poczwarka. Bardziej to drugie.

Tego samodzielnego szukania i pracy nauczył mnie mój tata. Za każdym razem, kiedy pytałam go o jakieś zagadnienie, słowo, cokolwiek, zawsze odsyłał mnie do słownika bądź encyklopedii.

Owszem wiedział, ale wolał, żebym sprawdziła sama. Nie było to zamierzone pedagogiczne działanie, po prostu nie chciało mu się za bardzo gadać. Informacje wolał zachować dla siebie. Poza tym  miał lepsze zajęcie, czytanie książek.

Obecnie w naszym domu dominują wyrazy dźwiękonaśladowcze. Czas jedzenia to czas amu, amu.  Nikomu nie chce się za bardzo deliberować na nurtujące tematy, np. co dziś na kolację. Kiedy pytam męża, na jaki posiłek ma ochotę, uprzejmie odpowiada: tak.  Czytam między ubogimi wierszami, że inicjatywa przygotowania tego wspaniałego posiłku należy do mnie.

Ostatnio rozmawiałam z sąsiadką, tłumaczką angielskiego, na temat znaków zodiaku. Ja nie bardzo się znam na tych sprawach. Pytała, kiedy urodził się mój synek. I kiedy okazało si, że w listopadzie, ucieszyła się, że podobnie jak ona jest skorpionem. Zaraz sprostowała, że ten znak nie jest taki do końca przyjazny. Zaczęła szukać słowa na określenie siebie jako kobiety skorpiona. Ja jako wytrawna polonistka od razu przyszłam jej z odsieczą i rzuciłam propozycję: czyli pani jest taka be, be.

Miłe było to, że podłapała temat i poszła za moim tokiem myślenia. No właśnie, dodała, jestem czasami taka be, be.

Na szczęście z tej przepastnej otchłani wyrazów dźwiękonaśladowczych, które uwielbiam, ratuje mnie mój starszy syn. W rozmowie z nim dbam o estetykę języka, ale też pozwalamy sobie na małe grzeszki językowe. To jest nasz kod językowy. Dlatego wszystkim dziś  mówię bim bobli. Gdyby ktoś nie wiedział, co znaczą te magiczne słowa, odsyłam do słownika wyrazów obcych 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Zaborcze dziecko czy mały policjant?

Czas miłych, uległych zwierzątek w moim domu minął bezpowrotnie, odszedł w niepamięć. Jest jeszcze nadzieja w nienarodzonym bobasie, że może  jemu uda się zapełnić tę lukę i przypomni rodzicom ten beztroski czas.

Gdzie te borsuczki, gdzie te kosmate misie. Nastała era kierowników zamieszania i policjantów, którzy współpracują ze sobą, pilnując porządku w domu.

I tak w naszym domu zamieszkał policjant. Mały jeszcze, niepozorny, ale skuteczny. Jeszcze trzeba zmieniać mu pieluchy, ale to nie przeszkadza mu w pełnieniu bardzo aktywnej służby. Jest niesamowitym fachowcem, któremu niestraszne przeciwności losu. Zawsze dopnie swego tylko sobie znanym sposobem. Jak nie dobrowolnie, to pod przymusem.

Jeszcze nie umie mówić, jeszcze nie skleci poprawnie żadnego zdania, ale słowo „nie” opanował do perfekcji. Nie „mama”, nie „tata”, tylko leniwe, długie, dosadne „nniieeee”. A jak to nie pomoże, użyje swojego silnego sopranu, który  w tym przypadku nie jest melodią dla uszu.

Jest niezawodnym systemem przeciwciążowym. Wystarczy, że mąż zbliży się do mnie na odległość kilku centymetrów, a już słychać tupot bosych stópek, następnie widać policjanta udaremniającego spotkanie tych dwojga stęsknionych siebie rodziców. Najpierw wyłania się wyciągnięta rączka ze wskazującym palcem. Tak, tak, wskazującym na mnie i kuchnię – komunikat jest bardzo czytelny: marsz do kuchni, mamusiu.

Kiedy mąż próbuje mi towarzyszyć w tej niedoli, maluch bez obiekcji, z zimną krwią toruje mu drogę, wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki, które w jego żargonie znaczą : tatusiu (tu wymowny uśmiech), panom wstęp wzbroniony.

Wcześniej tego nie zauważałam, ale natłok obowiązków i chęć odpoczynku po przyjściu męża z pracy, spowodował, że uważniej zaczęłam się temu wszystkiemu przyglądać.

No właśnie po przyjściu męża jest już spięty i gotowy. Czujny, żeby odległość pomiędzy nami była odpowiednio duża.

Mam swoją tajną kryjówkę, do której czasami uciekam niepostrzeżenie, żeby odetchnąć. Zaszywam się w sypialnianych ciemnościach, ale i tam dopada mnie mój strachowyj. Co zrobić, słodki strachowyj.

Z czasem policjant przejmuje rolę kierownika zamieszania i wtedy  już możemy odetchnąć. Wspólna zabawa, poszerzanie przestrzenie dla wszystkich przynosi po godzinie oczekiwane rezultaty. Wtedy robi miło i rodzinnie, razem możemy się pobawić, powygłupiać i pośmiać. To jest czas dla nas.

A my z mężem, pomimo, że w różnych kątach pokoju, mamy swój kod porozumiewawczy i  hulaj dusza…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Infantylizacja ciężarnej

Z pewnym  niepokojem i niedowierzaniem   obserwuję , jak z oczytanej, wiedzącej, co się czyta i ogląda dziewczyny staję się totalną ignorantką w kwestii literatury i filmu.

Wcześniej nie można mnie było wyciągnąć z księgarni. Nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kilku książek miesięcznie i ich namiętnym czytaniem. Teraz nie wiem, co wychodzi nowego, kto się pojawił na firmamencie , jakie książki są na topie. Nie wspomnę o wizycie w księgarni. A co to takiego?

A film? Co się ogląda, co tak bardzo wciąga, że ludzie oglądają całe serie za jednym zamachem. Słyszę na prawo i lewo o jakichś nowych serialach, które lecą na kanałach, o których nawet nie mam pojęcia. A tytuły? Nie potrafię ich powtórzyć. Zapytam nieśmiało, czy „Barwy szczęścia się liczą”? Bo jak nie, to z impetem wypadam na margines życia.

Pocieszam się, że wiem, jak ma na imię kot listonosza Pata, że krecik ma nowego przyjaciela, że  strażak Sam oprócz tego, że do tej pory był strażakiem, teraz również nurkuje, lata helikopterem, jodłuje, wspina się po skałach i potrafi tańczyć. To jest moja nisza.

A ryjówka Florka? Nie każdy wie, że nie można mylić ryjówki z nornicą i myszą, bo będą kłopoty.

A krecik? Poczciwy czeski krecik, który już nie jest czeski tylko chiński. Krecika wykupili Chińczycy, zmienili całą scenografię, dodali mu do towarzystwa misia pandę, żeby nie było mu smutno samemu w tej jego małej norce, przenieśli do chińskiego lasu i pozbawili charakterystycznego, słodkiego głosiku. Teraz krecik mówi ludzkim głosem i ma przyjaciela. A poza tym dwukrotnie zwiększył obojętność, teraz to mu się na pewno powodzi.

Ostatnio mój syn wbiegł zaaferowany do kuchni i z przejęciem, jakby chodziło o sprawę wagi państwowej krzyczał  na cały regulator, że pokazali krecika na wycieczce w Czechach. Oczywiście wizyta nie była pozbawiona swoistej propagandy: w Czechach padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie, krecik był smutny, a poza tym  chciał wracać jak najszybciej do domu. Nowego domu. Kiedy wrócił do chińskiego lasu, świeciło słońce, latały kolorowe motyle, a na ryjku krecika pojawił się zbawienny uśmiech. Ciekawe, co na to Czesi.

I tym sposobem wypełniam lukę z dzieciństwa, stając się powierniczką i wiernym kompanem dla swoich dzieci w trakcie oglądania bajek. Śpiewamy piosenki, dyskutujemy w trakcie oglądania i zastanawiamy się, kiedy strażak Sam się ożeni.

Ostatnio złapałam się na tym, że namawiałam syna, żeby jednak oglądał programy adekwatne do jego wieku, nie zdając sobie sprawy z tego, że jedziemy na tym samym wózku. Pocieszam się, że to kiedyś minie i znów będziemy sobą. Ja wrócę do mojej ambitnej literatury, a starszy syn do swoich Ninja. Tylko pytanie, kiedy?

Może nie mam czasu na czytanie książek, ale coś tam wiem, co się dzieje na świecie. Milik miał kontuzję, która zakończyła się operacją i pobytem w szpitalu. Jego wiązadłami zajął się światowej sławy włoski – profesor – chirurg – lekarz- doktor – ortopeda. I tak mu pięknie je zoperował, że przy następnej kontuzji noga mu odpadnie, a wiązadła będą się trzymać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Jakby ktoś miał wątpliwości, to mój synek na zdjęciu siedzi w mojej patelni 🙂

 

 

 

 

Rywalizacja na porody

W czasach kiedy nie było tak rozbuchanych mediów, tyle bodźców, ale też agresji i wylewających się z każdego kąta toksyn, nasze mamy rywalizowały ze sobą na zaprawy. Która zrobi lepsze ogórki kiszone, kapustę , która ma okna bez smug i pięknie wypastowaną podłogę. Która zebrała obfitsze plony na działce. Jaką altanką może się pochwalić. Akurat w tej kwestii nic nie mieliśmy do gadania, bo mogliśmy się poszczycić jedynie skrzynią na narzędzia.

Pewnie, że jest to jakieś uproszczenie, ale bezpieczne dla zachowania zdrowych relacji i dobrego samopoczucia.

Dzisiaj nie jest tak łatwo; trzeba zmierzyć się z ogólnie dostępnym hejtem, krytyką. Na szczęście mamy wybór i otaczamy się takimi ludźmi, którzy nam nie szkodzą, a wręcz wspierają i przyczyniają się do naszego dobrego samopoczucia. Budują nas, powstrzymują przed upadkiem.

Czasami jednak mimochodem można  natrafić na nieprzychylność innych, wpaść w sam środek agresji, której udziałem wcale nie chcemy być. I ja właśnie wpadłam w taką spiralę agresji, chociaż nie byłam jej bezpośrednim odbiorcą, ale pośrednim już się poczułam.

Byłam świadkiem dyskusji w mediach społecznościowych, a właściwie nagonki na dziewczyny, które rodziły dzieci za pomocą cesarskiego cięcia. Zostałam wzbogacona o nowe informacje, o których nie miałam  pojęcia. Mianowicie dowiedziałam się, że moje dziecko nie powinno obchodzić urodzin, bo go nie urodziłam, tylko „wydobyciny”, ponieważ zostało ze mnie wydobyte.

Poza tym nie powinnam sobie schlebiać, że urodziłam syna, bo cytuję ” ani nie ważcie się nazywać prawdziwymi matkami. Byłyście w ciąży, ale nie rodziłyście”.

Tak pisały matki matkom, kobiety kobietom w czasach, kiedy mówi się o sile kobiet, o wspieraniu się kobiet, o ich solidarności.

Pomijam fakt, że większość mam zaczyna zazwyczaj  rodzić naturalnie, ale jakieś okoliczności związane z akcją porodową zmuszają  lekarzy do wykonania cesarskiego cięcia. To już nie jest  takie istotne, bo jeżeli ktoś chce się dowartościować, to zawsze znajdzie sposób, nawet kosztem drugiej osoby. Jak już nie ma się nic do zaoferowania światu, nie ma konkretnych argumentów, to każdy powód jest dobry, żeby wznieść swoją osobę ponad inne, żeby zdeprecjonować innych.

Nie jest to problem wyłącznie z  polskiego podwórka. Niedawno czytałam artykuł, w którym aktorka Kate Hudson zapytana przez dziennikarkę, jaką najbardziej leniwą rzecz zrobiła w życiu, odpowiedziała, że cesarskie cięcie, dziewczyny z nieopisaną satysfakcją  skrytykowały ją za tą straszną zbrodnię.

Nie mam zamiaru oceniać hejterek ani poddawać tego zjawiska domowej psychoanalizie , ale naprawdę są inne skuteczne metody na podniesienie własnej wartości. Proponuję kurs kroju i szycia.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Rodzicielskie dylematy

Odkąd młodszy synek zamieszkał w pokoju starszego, odpadło mi parę rytuałów. Żeby nie powiedzieć uciążliwych obowiązków. Na przykład usypianie malucha. Ze starszym należałam się i nausypiałam za wszystkie czasy. Leżąc w łóżku, miętolił moją rękę . Trwało to długie lata, zanim zwolnił mnie z tego przywileju.

Kiedy już leżał w łóżku, czekał cierpliwie na matczyną obecność. Musiałam wszystko zostawić w tyle, żeby z nim być. Czasami tak leżał godzinę, rozmyślał, a ja głaszcząc go po główce, modliłam się, żeby już zamknął oczka i dał mi odetchnąć.

Potem  były wędrówki ludów do naszej sypialni. Co noc lądował w łóżku jakiś krasnal, kopiąc nas gdzie popadło, tłukąc się do rana, pozbawiając snu tych najbardziej potrzebujących.

Kiedy urodził się jego brat, smutno mu było, że jest daleko od naszej trójki, poczuł się odrzucony. Sielanka, która odbywała się co noc bez jego udziału, sprowokowała go do przeprowadzki. Spakował materac na plecy i przeprowadził się do sypialni na rok.  I już całą rodziną, we czwórkę, spaliśmy wszyscy na kupie.

Jakoś nie przeszkadzał mu płacz niemowlaka i nocne zamieszanie związane z karmieniem i przewijaniem. Nie przeszkadzało mu deptanie po głowie, szturchanie w trakcie podchodzenia do łóżeczka. Chęć zbliżenia do brata i uczestnictwa w tym kieracie była silniejsza od wygody we własnym pokoju.

Aż w końcu nadszedł czas, że trzeba było odciąć pępowinę, pozbawić syna miłego korytka, wypuścić w świat. I tak jak pić można tylko w dwóch wypadkach: kiedy jest zagryzka i kiedy jej nie ma, tak samo w przypadku mojego syna były tylko dwie drogi, którymi mógł pójść: dobrowolne opuszczenie sypialni lub przymusowe. W tym wypadku trzeba było uciekać się do podstępu i siłą pozbawić syna przytulnego kąta.

Prawie rok czekał na małego sublokatora. Wreszcie się doczekał. Trochę się obawiałam, ale czas pokazał, że  to była słuszna decyzja. Obydwoje kładą się do łóżka bez gadania i bez konieczności towarzyszenia im w wieczornych rytuałach. Zostawiliśmy sobie jedynie wspólną modlitwę.

Dzisiaj pierwszy raz, odkąd alkowa należy tylko do rodziców, maluszek nie przyszedł po obudzeniu do sypialni, nie ciągnął mnie   za rękę, krzykiem wyciągając z łóżka. Nie rzucał we mnie klapkami. Mogłam bezkarnie poleżeć, delektując się słonecznym porankiem. To było naprawdę miłe.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

,