Infantylizacja języka polskiego

Z zawodu jestem nauczycielką. Polonistką. I trochę historyczką, może też histeryczką. Może nie brzmi to zbyt dumnie i nobilitująco. Może gdybym napisała, że jestem kardiochirurgiem albo  laureatką nagrody Nobla, może wtedy zdobyłabym większe uznanie. Bycie nauczycielką nie jest aż tak bardzo faworyzowane jak np. w Luksemburgu, gdzie nauczyciel zarabia 7000 euro. Marzenie.

Ale ja nie o zarobkach, ja bardziej infantylnie, mianowicie o transformacji języka w momencie, kiedy pojawiają się małe dzieci w domu.

Kiedy pojawiły się u mnie, nastąpił upadek literackiego języka polskiego, totalne uproszczenie, jeśli mogę tak powiedzieć, to uległ lekkiej degradacji, lekkiemu ułatwieniu.

Pamiętam czasy, kiedy słownik wyrazów obcych i bliskoznacznych był moim sprzymierzeńcem. Bez niego nie ruszałam się z domu, bez niego nie oglądałam telewizji, bez niego nie czytałam książek. Był zawsze w gotowości.

Uwielbiałam wyłapywać nowe, niezrozumiałe wtedy dla mnie  słowa, tłumaczyć je, zapisywać , zapamiętywać, a potem z pełną satysfakcją ich używać. Tak, znam znaczenie słowa utensylia i poczwarka. Bardziej to drugie.

Tego samodzielnego szukania i pracy nauczył mnie mój tata. Za każdym razem, kiedy pytałam go o jakieś zagadnienie, słowo, cokolwiek, zawsze odsyłał mnie do słownika bądź encyklopedii.

Owszem wiedział, ale wolał, żebym sprawdziła sama. Nie było to zamierzone pedagogiczne działanie, po prostu nie chciało mu się za bardzo gadać. Informacje wolał zachować dla siebie. Poza tym  miał lepsze zajęcie, czytanie książek.

Obecnie w naszym domu dominują wyrazy dźwiękonaśladowcze. Czas jedzenia to czas amu, amu.  Nikomu nie chce się za bardzo deliberować na nurtujące tematy, np. co dziś na kolację. Kiedy pytam męża, na jaki posiłek ma ochotę, uprzejmie odpowiada: tak.  Czytam między ubogimi wierszami, że inicjatywa przygotowania tego wspaniałego posiłku należy do mnie.

Ostatnio rozmawiałam z sąsiadką, tłumaczką angielskiego, na temat znaków zodiaku. Ja nie bardzo się znam na tych sprawach. Pytała, kiedy urodził się mój synek. I kiedy okazało si, że w listopadzie, ucieszyła się, że podobnie jak ona jest skorpionem. Zaraz sprostowała, że ten znak nie jest taki do końca przyjazny. Zaczęła szukać słowa na określenie siebie jako kobiety skorpiona. Ja jako wytrawna polonistka od razu przyszłam jej z odsieczą i rzuciłam propozycję: czyli pani jest taka be, be.

Miłe było to, że podłapała temat i poszła za moim tokiem myślenia. No właśnie, dodała, jestem czasami taka be, be.

Na szczęście z tej przepastnej otchłani wyrazów dźwiękonaśladowczych, które uwielbiam, ratuje mnie mój starszy syn. W rozmowie z nim dbam o estetykę języka, ale też pozwalamy sobie na małe grzeszki językowe. To jest nasz kod językowy. Dlatego wszystkim dziś  mówię bim bobli. Gdyby ktoś nie wiedział, co znaczą te magiczne słowa, odsyłam do słownika wyrazów obcych 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Zaborcze dziecko czy mały policjant?

Czas miłych, uległych zwierzątek w moim domu minął bezpowrotnie, odszedł w niepamięć. Jest jeszcze nadzieja w nienarodzonym bobasie, że może  jemu uda się zapełnić tę lukę i przypomni rodzicom ten beztroski czas.

Gdzie te borsuczki, gdzie te kosmate misie. Nastała era kierowników zamieszania i policjantów, którzy współpracują ze sobą, pilnując porządku w domu.

I tak w naszym domu zamieszkał policjant. Mały jeszcze, niepozorny, ale skuteczny. Jeszcze trzeba zmieniać mu pieluchy, ale to nie przeszkadza mu w pełnieniu bardzo aktywnej służby. Jest niesamowitym fachowcem, któremu niestraszne przeciwności losu. Zawsze dopnie swego tylko sobie znanym sposobem. Jak nie dobrowolnie, to pod przymusem.

Jeszcze nie umie mówić, jeszcze nie skleci poprawnie żadnego zdania, ale słowo „nie” opanował do perfekcji. Nie „mama”, nie „tata”, tylko leniwe, długie, dosadne „nniieeee”. A jak to nie pomoże, użyje swojego silnego sopranu, który  w tym przypadku nie jest melodią dla uszu.

Jest niezawodnym systemem przeciwciążowym. Wystarczy, że mąż zbliży się do mnie na odległość kilku centymetrów, a już słychać tupot bosych stópek, następnie widać policjanta udaremniającego spotkanie tych dwojga stęsknionych siebie rodziców. Najpierw wyłania się wyciągnięta rączka ze wskazującym palcem. Tak, tak, wskazującym na mnie i kuchnię – komunikat jest bardzo czytelny: marsz do kuchni, mamusiu.

Kiedy mąż próbuje mi towarzyszyć w tej niedoli, maluch bez obiekcji, z zimną krwią toruje mu drogę, wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki, które w jego żargonie znaczą : tatusiu (tu wymowny uśmiech), panom wstęp wzbroniony.

Wcześniej tego nie zauważałam, ale natłok obowiązków i chęć odpoczynku po przyjściu męża z pracy, spowodował, że uważniej zaczęłam się temu wszystkiemu przyglądać.

No właśnie po przyjściu męża jest już spięty i gotowy. Czujny, żeby odległość pomiędzy nami była odpowiednio duża.

Mam swoją tajną kryjówkę, do której czasami uciekam niepostrzeżenie, żeby odetchnąć. Zaszywam się w sypialnianych ciemnościach, ale i tam dopada mnie mój strachowyj. Co zrobić, słodki strachowyj.

Z czasem policjant przejmuje rolę kierownika zamieszania i wtedy  już możemy odetchnąć. Wspólna zabawa, poszerzanie przestrzenie dla wszystkich przynosi po godzinie oczekiwane rezultaty. Wtedy robi miło i rodzinnie, razem możemy się pobawić, powygłupiać i pośmiać. To jest czas dla nas.

A my z mężem, pomimo, że w różnych kątach pokoju, mamy swój kod porozumiewawczy i  hulaj dusza…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Infantylizacja ciężarnej

Z pewnym  niepokojem i niedowierzaniem   obserwuję , jak z oczytanej, wiedzącej, co się czyta i ogląda dziewczyny staję się totalną ignorantką w kwestii literatury i filmu.

Wcześniej nie można mnie było wyciągnąć z księgarni. Nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kilku książek miesięcznie i ich namiętnym czytaniem. Teraz nie wiem, co wychodzi nowego, kto się pojawił na firmamencie , jakie książki są na topie. Nie wspomnę o wizycie w księgarni. A co to takiego?

A film? Co się ogląda, co tak bardzo wciąga, że ludzie oglądają całe serie za jednym zamachem. Słyszę na prawo i lewo o jakichś nowych serialach, które lecą na kanałach, o których nawet nie mam pojęcia. A tytuły? Nie potrafię ich powtórzyć. Zapytam nieśmiało, czy „Barwy szczęścia się liczą”? Bo jak nie, to z impetem wypadam na margines życia.

Pocieszam się, że wiem, jak ma na imię kot listonosza Pata, że krecik ma nowego przyjaciela, że  strażak Sam oprócz tego, że do tej pory był strażakiem, teraz również nurkuje, lata helikopterem, jodłuje, wspina się po skałach i potrafi tańczyć. To jest moja nisza.

A ryjówka Florka? Nie każdy wie, że nie można mylić ryjówki z nornicą i myszą, bo będą kłopoty.

A krecik? Poczciwy czeski krecik, który już nie jest czeski tylko chiński. Krecika wykupili Chińczycy, zmienili całą scenografię, dodali mu do towarzystwa misia pandę, żeby nie było mu smutno samemu w tej jego małej norce, przenieśli do chińskiego lasu i pozbawili charakterystycznego, słodkiego głosiku. Teraz krecik mówi ludzkim głosem i ma przyjaciela. A poza tym dwukrotnie zwiększył obojętność, teraz to mu się na pewno powodzi.

Ostatnio mój syn wbiegł zaaferowany do kuchni i z przejęciem, jakby chodziło o sprawę wagi państwowej krzyczał  na cały regulator, że pokazali krecika na wycieczce w Czechach. Oczywiście wizyta nie była pozbawiona swoistej propagandy: w Czechach padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie, krecik był smutny, a poza tym  chciał wracać jak najszybciej do domu. Nowego domu. Kiedy wrócił do chińskiego lasu, świeciło słońce, latały kolorowe motyle, a na ryjku krecika pojawił się zbawienny uśmiech. Ciekawe, co na to Czesi.

I tym sposobem wypełniam lukę z dzieciństwa, stając się powierniczką i wiernym kompanem dla swoich dzieci w trakcie oglądania bajek. Śpiewamy piosenki, dyskutujemy w trakcie oglądania i zastanawiamy się, kiedy strażak Sam się ożeni.

Ostatnio złapałam się na tym, że namawiałam syna, żeby jednak oglądał programy adekwatne do jego wieku, nie zdając sobie sprawy z tego, że jedziemy na tym samym wózku. Pocieszam się, że to kiedyś minie i znów będziemy sobą. Ja wrócę do mojej ambitnej literatury, a starszy syn do swoich Ninja. Tylko pytanie, kiedy?

Może nie mam czasu na czytanie książek, ale coś tam wiem, co się dzieje na świecie. Milik miał kontuzję, która zakończyła się operacją i pobytem w szpitalu. Jego wiązadłami zajął się światowej sławy włoski – profesor – chirurg – lekarz- doktor – ortopeda. I tak mu pięknie je zoperował, że przy następnej kontuzji noga mu odpadnie, a wiązadła będą się trzymać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Jakby ktoś miał wątpliwości, to mój synek na zdjęciu siedzi w mojej patelni 🙂

 

 

 

 

Rywalizacja na porody

W czasach kiedy nie było tak rozbuchanych mediów, tyle bodźców, ale też agresji i wylewających się z każdego kąta toksyn, nasze mamy rywalizowały ze sobą na zaprawy. Która zrobi lepsze ogórki kiszone, kapustę , która ma okna bez smug i pięknie wypastowaną podłogę. Która zebrała obfitsze plony na działce. Jaką altanką może się pochwalić. Akurat w tej kwestii nic nie mieliśmy do gadania, bo mogliśmy się poszczycić jedynie skrzynią na narzędzia.

Pewnie, że jest to jakieś uproszczenie, ale bezpieczne dla zachowania zdrowych relacji i dobrego samopoczucia.

Dzisiaj nie jest tak łatwo; trzeba zmierzyć się z ogólnie dostępnym hejtem, krytyką. Na szczęście mamy wybór i otaczamy się takimi ludźmi, którzy nam nie szkodzą, a wręcz wspierają i przyczyniają się do naszego dobrego samopoczucia. Budują nas, powstrzymują przed upadkiem.

Czasami jednak mimochodem można  natrafić na nieprzychylność innych, wpaść w sam środek agresji, której udziałem wcale nie chcemy być. I ja właśnie wpadłam w taką spiralę agresji, chociaż nie byłam jej bezpośrednim odbiorcą, ale pośrednim już się poczułam.

Byłam świadkiem dyskusji w mediach społecznościowych, a właściwie nagonki na dziewczyny, które rodziły dzieci za pomocą cesarskiego cięcia. Zostałam wzbogacona o nowe informacje, o których nie miałam  pojęcia. Mianowicie dowiedziałam się, że moje dziecko nie powinno obchodzić urodzin, bo go nie urodziłam, tylko „wydobyciny”, ponieważ zostało ze mnie wydobyte.

Poza tym nie powinnam sobie schlebiać, że urodziłam syna, bo cytuję ” ani nie ważcie się nazywać prawdziwymi matkami. Byłyście w ciąży, ale nie rodziłyście”.

Tak pisały matki matkom, kobiety kobietom w czasach, kiedy mówi się o sile kobiet, o wspieraniu się kobiet, o ich solidarności.

Pomijam fakt, że większość mam zaczyna zazwyczaj  rodzić naturalnie, ale jakieś okoliczności związane z akcją porodową zmuszają  lekarzy do wykonania cesarskiego cięcia. To już nie jest  takie istotne, bo jeżeli ktoś chce się dowartościować, to zawsze znajdzie sposób, nawet kosztem drugiej osoby. Jak już nie ma się nic do zaoferowania światu, nie ma konkretnych argumentów, to każdy powód jest dobry, żeby wznieść swoją osobę ponad inne, żeby zdeprecjonować innych.

Nie jest to problem wyłącznie z  polskiego podwórka. Niedawno czytałam artykuł, w którym aktorka Kate Hudson zapytana przez dziennikarkę, jaką najbardziej leniwą rzecz zrobiła w życiu, odpowiedziała, że cesarskie cięcie, dziewczyny z nieopisaną satysfakcją  skrytykowały ją za tą straszną zbrodnię.

Nie mam zamiaru oceniać hejterek ani poddawać tego zjawiska domowej psychoanalizie , ale naprawdę są inne skuteczne metody na podniesienie własnej wartości. Proponuję kurs kroju i szycia.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Rodzicielskie dylematy

Odkąd młodszy synek zamieszkał w pokoju starszego, odpadło mi parę rytuałów. Żeby nie powiedzieć uciążliwych obowiązków. Na przykład usypianie malucha. Ze starszym należałam się i nausypiałam za wszystkie czasy. Leżąc w łóżku, miętolił moją rękę . Trwało to długie lata, zanim zwolnił mnie z tego przywileju.

Kiedy już leżał w łóżku, czekał cierpliwie na matczyną obecność. Musiałam wszystko zostawić w tyle, żeby z nim być. Czasami tak leżał godzinę, rozmyślał, a ja głaszcząc go po główce, modliłam się, żeby już zamknął oczka i dał mi odetchnąć.

Potem  były wędrówki ludów do naszej sypialni. Co noc lądował w łóżku jakiś krasnal, kopiąc nas gdzie popadło, tłukąc się do rana, pozbawiając snu tych najbardziej potrzebujących.

Kiedy urodził się jego brat, smutno mu było, że jest daleko od naszej trójki, poczuł się odrzucony. Sielanka, która odbywała się co noc bez jego udziału, sprowokowała go do przeprowadzki. Spakował materac na plecy i przeprowadził się do sypialni na rok.  I już całą rodziną, we czwórkę, spaliśmy wszyscy na kupie.

Jakoś nie przeszkadzał mu płacz niemowlaka i nocne zamieszanie związane z karmieniem i przewijaniem. Nie przeszkadzało mu deptanie po głowie, szturchanie w trakcie podchodzenia do łóżeczka. Chęć zbliżenia do brata i uczestnictwa w tym kieracie była silniejsza od wygody we własnym pokoju.

Aż w końcu nadszedł czas, że trzeba było odciąć pępowinę, pozbawić syna miłego korytka, wypuścić w świat. I tak jak pić można tylko w dwóch wypadkach: kiedy jest zagryzka i kiedy jej nie ma, tak samo w przypadku mojego syna były tylko dwie drogi, którymi mógł pójść: dobrowolne opuszczenie sypialni lub przymusowe. W tym wypadku trzeba było uciekać się do podstępu i siłą pozbawić syna przytulnego kąta.

Prawie rok czekał na małego sublokatora. Wreszcie się doczekał. Trochę się obawiałam, ale czas pokazał, że  to była słuszna decyzja. Obydwoje kładą się do łóżka bez gadania i bez konieczności towarzyszenia im w wieczornych rytuałach. Zostawiliśmy sobie jedynie wspólną modlitwę.

Dzisiaj pierwszy raz, odkąd alkowa należy tylko do rodziców, maluszek nie przyszedł po obudzeniu do sypialni, nie ciągnął mnie   za rękę, krzykiem wyciągając z łóżka. Nie rzucał we mnie klapkami. Mogłam bezkarnie poleżeć, delektując się słonecznym porankiem. To było naprawdę miłe.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

,

 

Żegnaj lato na rok…

To nieuniknione, to już koniec lata. Na pewno nie jestem odosobniona w rozpaczy nad przemijającym długim i ciepłym dniem, słońcem. Wszyscy żegnają lato i z niecierpliwością czekają na kolejne.

Chętnie pożegnałabym lato szampanem, ale jeszcze nie w tym roku. Nawet mąż, kiedy kupi butelkę cydru, ukrywa się przede mną, żebym nie miała na niego chętki, a w lodówce zostawia piwo, bo wie, że go nie lubię i nie ma ryzyka,  że będę popijać cichaczem.

Żegnam lato i znów nie dociera do mnie, że zacznie się wieszanie prania na suszarce w domu. Wiem, że nie ma w tym nic z wyrafinowania, nic z poetyckości i subtelności, nic z odchodzącym na kilka miesięcy śpiewem ptaków.

To przyziemne zjawisko spędza mi sen z powiek. To przyziemne zjawisko przesłania mi połowę pokoju, połowę moich mebli, do których przez kilka miesięcy nie mam dostępu. Dlatego z taką tęsknotą wypatruję  pierwszych promyków słońca.

Zawsze z drżeniem serca obserwuję, jak moje małe dziecko (wcześniej starsze) plącze się pomiędzy sznurkami, zawijając się w mokre pranie, ciągnąc za sobą mokre ubrania. Bardzo lubi pomagać mi przy ich wieszaniu. Wygląda to tak, że wywraca miskę do góry dnem, wysypując zawartość, a miskę wkłada sobie na głowę, udając pewnie jakiegoś dzielnego rycerza, którego historię będzie dopiero poznawał.

Żegnam lato i witam nowy rok szkolny. Nerwowo. Można powiedzieć, że się doigrałam, opisując zjawisko osiedlowych czarownic, postrachu dzieci. Moja szkolna latorośl na samym starcie przyrównała mnie do czarownicy z okna. No właśnie, przyganiał kocioł garnkowi.

Pytam, dlaczego. Czy ja się czepiam? Tak, ciągle zwracam mu uwagę. Ale jak podrzuca w zabawie bratem , potem go nie łapie w locie tylko robi unik, a brat ląduje na ziemi, to ja mam nie zareagować. Pytam, już spokojnie. Tak, słyszę odpowiedź. Usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Ale żeby zaraz wiedźma z podwórka?

Pozdrawiam ciepło, już prawie jesiennie 🙂

Wiedźma – postrach dzieci

Jeżeli ktoś myśli, że czasy baby Jagi i czarownicy  mamy już za sobą, to się grubo myli. Takie wiedźmy to już relikt przeszłości, ale na starych osiedlach budowanych w latach 7o-tych maja się całkiem nieźle.

Kiedy dzieci bawią się w najlepsze, krzyczą, śmieją się na podwórku, wtedy niepostrzeżenie wyskakują z okna. Pojawiają się znienacka, krzycząc na cały głos, przeganiając dzieci. Mają cudowną moc przemieszczania się w błyskawicznym tempie z pokoju do kuchni, z kuchni na balkon, z balkonu do sypialni. Nie można przed nimi uciec, nie można się schować. Ich wyczulony węch, ich radar skierowany na obecność dzieci nigdy ich nie zawodzi.

Krzyczą wniebogłosy, coś tam blublają pod nosem, straszą dzieci. Ostatnio nawet słyszałam, jak groziły, że pozamykają je w piwnicy i miotłą przetrzepią tyłki. W  tych swoich wrzaskach są już mało wiarygodne. Wzbudzają uśmiech na twarzy i litość, ale co gorsze prowokują ataki kontrolowanej agresji u rodziców tych rozkrzyczanych pociech. Niestety, nie u dzieci, które na paluszkach przemieszczają się z drżeniem serca pod ich oknami.

Nie pomagają argumenty mądrych rodziców, że cisza nocna zaczyna się o 22.00. Zostają zaatakowani agresją, przekrzyczani, zagłuszeni, obrzuceni kalumniami i oblani jadem.

Zimą zapadają w zimowy sen, nabierając siły, by latem znów zaatakować ze zdwojoną siłą.

Myślę, że większość z nas miała styczność z wiedźmą z okna. Pamiętacie ten dreszczyk emocji, kiedy w zabawie coś głośniej się powiedziało, krzyknęło, zerkając w okno, czy wiedźma jest w pogotowiu. Jest. Aaaaaa…….Ucieczka.

W Zielonej Górze postrachem była pani Tereska, konduktorka, mistrzyni w swoim fachu. Kto ją jeszcze pamięta – palec w górę.

Czy taka kobieta mogłaby się zmienić? Czy mogłaby polubić dzieci, nierzadko posiadając swoje. Czy mogłaby pozbyć się jadu, aplikując sobie dawkę endorfin? Hmm, odradzam, bo mogłyby tej zmiany nie przeżyć. Podobnie jak z permanentnymi palaczami, którym lekarze odradzają rezygnację z palenia, twierdząc, że organizm mógłby przeżyć szok i mogłoby dojść do nieodwracalnych zmian.

Myślę, że takie drastyczne przejście na dobrą stronę, dla tych ludzi wypełnionych jadem mogłoby się tragicznie zakończyć. Więc niech się już konserwują w tych toksynach, a my bądźmy czujni i wyrozumiali dla tych nieszczęśliwców.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Poskromienie hiperaktywnego malucha

Niedawno wybrałam się z moimi chłopakami do fryzjera. Takiego kameralnego, osiedlowego różanego atelier. Starszy syn usiadł wygodnie w fotelu, a młodszy zaczął eksplorować gabinet. Buteleczki, suszarki, wszystkiego był ciekaw. Starałam się nie ograniczać mu przestrzeni, ale był tak podekscytowany miejscem, że musiałam co jakiś czas wychodzić na zewnątrz, by po chwili wrócić do tego pachnącego wnętrza.

Fryzjerka też była bardzo miła. Zagadywała syna w rozmiarze L, kątem oka zerkała na drugiego w rozmiarze M, ze współczuciem przesuwając wzrok na najmniejszego, w rozmiarze S- jeszcze w bezruchu.

Czaiła się, czaiła, w końcu nie  wytrzymała i zapytała, czy mój niespełna dwuletni syn był już przebadany w kierunku  ADHD.

Dobrze, że nie popijałam kawki, bo bym mogła się nieodwracalnie zakrztusić.

Szczerze mnie to rozbawiło. Po pierwsze kto bada dwuletnie dzieci pod kątem ADHD, a po drugie dziecko z takim temperamentem potrzebuje przestrzeni, żeby ten nadmiar energii znalazł swoje ujście. W zamkniętym pomieszczeniu trudno jest maluchowi trzymać emocje w ryzach. A poza tym nowe miejsce to całą skarbnica skarbów, tym bardziej u fryzjera.

Pewnie nie ma dzieci, stąd to pytanie. Niestety, pokutuje takie stereotypowe myślenie, że jak dziecko ma nadmiar energii, biega, śmieje się, to chyba musi być z nim coś nie tak i najlepiej byłoby coś z tym zrobić. Wyprowadzić z placu zabaw takiego delikwenta albo przytrzymać siłą w wózku. Brutalne? Ale prawdziwe. Dlatego w takich sytuacjach zawsze jestem po stronie dzieci, nie ulegam presji spojrzeń, zachowuję anielską cierpliwość, żeby nie dać nikomu satysfakcji albo poczucia wyższości.

Pewnie, że stacjonarny maluch to ogromny komfort dla rodzica. I ja takiego komfortu również doświadczyłam. Mogłam godzinami plotkować z innymi mamami, gdy moje dziecko taplało się w piaskownicy. Teraz z koleżankami nie pogadam. Ale ułożyłam sobie w głowie hierarchię potrzeb; czy to ja wychodzę z dzieckiem  na dwór, czy dziecko wychodzi ze mną. I wszystko jasne.

Czasami mąż denerwuje się na starszego syna, że biega po domu, że krzyczy, miauczy, rzuca się na podłogę, pokazując różne parkurowe sztuczki. Pytam wtedy, czy wolałby patrzeć na leżące dziecko bez życia albo siedzące w kącie i dłubiące w ścianie. Pewnie nie.

Dla mnie śmiech, ruch, aktywność to życie. Młode, dopiero co rozwijające się, kwitnące, zaczynające swoją drogę życie. Oby więcej tego śmiechu było w każdym domu. Oczywiście w tym wszystkim ważne jest stawianie granic. Ale mądrzy rodzice wiedzą, jak sobie z nimi poradzić.

Trochę się rozpisałam, ale górę wzięła moja dygresyjna natura. Znalazłam sposób na poskromienie małego odrzutowca, ale tak naprawdę to mój synek sam siebie okiełznał, naśladując brata i  nakładając na głowę kask rowerowy, który wymusił na nim ślimacze ruchy. Sytuacja analogiczna z nałożeniem gorsetu, dzięki któremu chód jest bardziej wyrafinowany, prosty.

Moje dziecko z obawy, że ten ogromny  kask spadnie mu z głowy, szedł pomału, spokojnie, stawiając spacerowe, malutkie kroczki. A my , rodzice, szczęśliwi, objęci jak za dawnych lat, wpatrzeni w siebie, pomału za naszym dzieckiem, zerkający co jakiś czas na przesuwający się wśród zieleni ogromny kask, mogliśmy wreszcie odsapnąć. Polecam.

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

 

 

Wolontariat ciążowy

Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby  ciąża była  zaliczana jako jednostka chorobowa podlegająca bezsprzecznie L4. Dodatkowo podlegająca zwolnieniu matki od obowiązków rodzicielskich i domowych w trakcie jej trwania.

Pomyślałam sobie niedawno, że przydałby mi  się wolontariat ciążowy.

Ktoś wymyślił instytucję douli. Kobiety, która wspiera ciężarną podczas ciąży, porodu, połogu. Daje jej emocjonalne wsparcie, służy swoją wiedzą , doświadczeniem. Jest dla niej psychicznym oparciem. Na kontrze wsparcia psychicznego przydałoby się wsparcie fizyczne.

Ja psychicznie jestem naładowana ze wszystkich czterech stron, z każdej otacza mnie inny rodzaj wsparcia, z każdej czerpię inną energię. Każda daje mi inne poczucie bezpieczeństwa. To są cztery światy, które współgrają ze sobą; współpracują na moje dobre samopoczucie.

Na tym polu mogę dzielić się dobrymi emocjami z każdym, kto znalazł się na emocjonalnej pustyni.

Niestety na innych już coś tam szwankuje. Coś niedomaga. Coś zgrzyta. Tu bałagan. Tu brudne naczynia. Tu dziecko kwiczy, że na spacer. Tu kwiczy, że chce lizaka. Kolejna zmiana pieluchy. Kolejne gimnastykowanie się i maraton po pokojach w celu złapania uciekającego dwulatka. To jedyna sytuacja, kiedy marzę o kawalerce.

A gdzie czas na regenerację? A może jakaś mała drzemka między tymi czynnościami?

I tu dziarsko wkracza wolontariat ciążowy.

Wysoce wyspecjalizowany zespół, drużyna A. Młodzi, silni, chętni do roboty, chętni do pomocy, chętni – z uśmiechem na twarzy, bez grymaszenia. Chcący umilić życie ciężarnym, zmęczonym, toczącym się przez każdy dzień kobietom.

Nadzieja wszystkich umęczonych mam borykających się z problemami dnia codziennego. Oczekujących na potomka. Niech to oczekiwanie nie będzie dla nich balastem, trudem. Niech będzie cudowną lekkością bytu, wisienką na torcie. Niech ta słodka pozostałość po pamiętnej nocy dojrzewa w sile i mocy.

Drużyno A – przybywaj!

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Zmącić ciszę…

Czytam ostatnio, że cisza to towar deficytowy, pożądany; taki, który lekarze będą zapisywali na receptę jako lekarstwo. Lekarstwo, które ma przedłużyć życie i poprawić jego jakość.

Kiedy pracowałam w szkole i wracałam do domu obarczona hałasem dzieci, który nie był jakoś szczególnie stresogenny, lubiłam położyć się na łóżku w zupełnej ciszy  i poleżeć kilkadziesiąt minut. Obok mnie leżał mój nowofundland, mój niedźwiadek, który musiał znosić moje natarczywe pieszczoty, czochranie po ogromnym łbie. Nie miałam, kogo się przyczepić, to dręczyłam biednego psa. Ile ona musiała ze mną znieść, a ile okazać cierpliwości dla mojej natarczywości. Teraz mam dzieci 🙂 I męża 🙂 No.

Ale wtedy byłam niezamężną, bezdzietną młodą dziewczyną. Co za luksus. Mogłam sobie pozwolić na takie szaleństwo jak leżenie i błogie niemyślenie. Wyleżałam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Bardzo lubię ciszę na wsi. Wolną od wielkomiejskiego gwaru, pędu, ale nie głuchą. Cisza na wsi nie może być głucha. To symfonia dźwięków dochodzących z każdej strony, z każdego zakątka, z każdej dziury. Bzyczenie owadów, leniwe ćwierkanie ptaków, szmer w trawie, dźwięk samochodu jednego na milion. I nie ma w tym nic niepokojącego.

To przypomina mi wakacje na wsi u babci. Poranki z „Latem z radiem”, z tą nieśmiertelną poleczką. Nudziłam się tam jak mops. Rejestrowałam z nudów cały dzień klatka po klatce. Buszowałam setny raz po strychu, szukając przetrzebionych skarbów. Szykowałam leśne śniadanie z polnych grzybów i się nim delektowałam. Mus z czarnych porzeczek, cukru i śmietany. Jakie to było pyszne.  Kto teraz je cukier i śmietanę, przecież są zdrowe zamienniki.

To była cisza kojąca, odprężająca, w której można było wyłączyć myślenie, poszukać zagubionych myśli, bez strachu, że znajdzie się te niepożądane, te złowrogie, od których chciałoby się uciec.

Ale czasami taką piękną ciszę może zmącić niepotrzebny szmer, jakiś odgłos zasłyszany z oddali, płacz dziecka.

Jestem wyczulona na płacz dziecka, zwłaszcza w nocy. Dla mnie nie wróży nic dobrego. Wzmaga się mój niepokój. Naruszona zostaje cisza.

Wczoraj miałam taką noc pełną obawy i lęku. Mój mały synek całą noc przepłakał. Wcześniej w dzień byłam z nim na szczepieniu. Płakał dramatycznie, wtulony we mnie jak mały, zalękniony niedźwiadek, bojący się otworzyć oczy. Siedziałam z nim na łóżku, kiwając się jak w transie i wpatrywałam się w  obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który stoi u nas na parapecie. Zauważyłam, że mieni się kolorami.  Czerwony, zielony, niebieski, barwy zmieniały się rytmicznie.

O Boże, pomyślałam i serce mi prawie stanęło. Tu mi szlocha dziecko, a tu mam objawienie. W swojej pysze i naiwności pomyślałam, że to znak, że zostałam wybrana, kiedy mój wzrok przesunął się na łóżeczko i ujrzałam źródło światła. Wcześniej włączyłam  melodyjkę, na której wyświetlały się obrazki i zmieniały kolory.

Ulżyło mi, bo tyle emocji i atrakcji w ciągu jednej nocy to dla mnie naprawdę za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂