Bomba witamin – jarmuż

Po raz pierwszy jarmuż jadłam na studiach w czasie kolacji w restauracji. Oprócz zamówionej przeze mnie ryby na talerzu znalazły się różne dodatki: pikle, surówki  i nieznany dotąd mały zielony, mięsisty listek, który pochłonęłam jako pierwszy. Był chrupki, kruchy i smakował wybornie. Pewnie miał być tylko ozdobnikiem talerza, ale ja pożarłam go w pierwszej kolejności i oniemiałam. Nie wiedziałam, co jem, ale długi czas miałam go w pamięci i rozglądałam się za nim. Niestety zniknął mi z oczu na długie lata. Zresztą kiedyś nie było takiego wielkiego wyboru w doborze zieleniny. Latem – sałata z działki, kiszonki –  zimą. Ot i cała warzywna filozofia.

Jak już zdobyłam elementarną wiedzę na temat tych zielonych liści i znalazłam miejsce do posadzenia, nie zastanawiałam się ani chwili. Wyrosły wielkie, rozłożyste liście, którymi nacieszyłam oko i na tym się skończyło. Przyszły przymrozki,  liście dalej w całej ozdobie, a ja z lenistwa i braku inspiracji pozwoliłam ślimakom na ich degradację. Wstyd.

Musiałam chyba dojrzeć do jarmużu, bo teraz nie wyobrażam sobie lodówki bez niego. Musi być. Przed ciążą codziennie piłam zielony  koktajl, potem mi się pomieszały  smaki  i nie mogłam na niego patrzeć, nie wspomnę o konsumpcji. Ale i na to znalazłam sposób – jarmuż na ciepło. Pychota. Zawsze w towarzystwie boczniaków, boczku ( u mnie bez niego ani rusz) i sera halumi. Może być to danie obiadowe, może być sałatką na kolację. Zawsze się sprawdza.

To co mnie do niego przekonało, to fakt, że posiada ogromne pokłady wapnia, nawet więcej niż nabiał. Dla mnie to bardzo ważne, ponieważ wyeliminowałam mleko i jego przetwory z diety. Czasami skuszę się na owcze jogurty i sery, ponieważ nie posiadają szkodliwej kazeiny A1 jak mleko krowie tylko kazeinę A2. Ale to informacje na odrębnego posta.

Do sałatki smażę boczniaki na złoto, osobno boczek lub inne mięso, na osobnej patelni duszę jarmuż (nie radzę dodawać wody, bo się ugotuje i nie będzie chrupiący). Następnie mieszam ze sobą tak przygotowane produkty, a na talerz dokładam grilowany ser halumi. Można dodać pomidora, na pewno nie popsuje smaku. Smacznego 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Zapiekanka z bakłażana i pomidorów

Bardzo chciałabym napisać, że po raz pierwszy zapiekankę z bakłażana i pomidorów jadłam na greckiej wyspie Mykonos albo na Santorini , siedząc z mężem w tawernie, skąpani w blasku zachodzącego słońca. Zanurzeni w bieli i błękicie tamtejszych domków.

Albo w Prowansji, otuleni fioletem lawendy i ich pięknym zapachem. W idyllicznej krainie pełnej kolorów, ciepła i słońca.

Prawda jest zawsze bardzo przyziemna i nie ma nic wspólnego z powyższym romantyzmem. Zapiekankę przygotowała moja siostra dawno temu, kiedy jej synek miał roczek. Teraz zaczyna studia, duży chłopak.

Przyjechałam do niej z odsieczą. Jako młodsza, studiująca siostra miałam sporo czasu, żeby pomóc jej ogarnąć to całe zamieszanie związane z pojawieniem się dziecka. Siostra ledwo co skończyła studia, pracowała.  Po pracy zajmowała się synkiem, a jej mąż ciężko pracował na ich nowy dom.

Było już późno, jakoś uporałyśmy się z pełnym życia i energii małym bobasem. Postanowiłyśmy przygotować sobie coś pysznego. Ja nie znałam tego przepisu, więc się tylko przyglądałam. Gotowe danie jadłyśmy prosto z żeliwnej patelni. Było naprawdę pyszne.

Długie lata nie szykowałam bakłażana. Chyba o nim zapomniałam, a może w sklepach było ich jak na lekarstwo. Od dłuższego czasu często gości na moim stole. Czasami w wersji wegetariańskiej, czasami z boczkiem i mozzarellą.

Do przygotowania potrzebny jest jeden bakłażan, dwa pomidory, plasterki boczku, 2 jajka, mozzarella. Akuratna porcja dla dwóch osób.

Bakłażana kroję w plastry i griluję na patelni na złoty kolor. Taki jest najsmaczniejszy. Musi być przypieczony. Do formy wkładam bakłażana, na niego pokrojonego pomidora, potem warstwę  boczku, na boczek pokrojoną mozzarellę i zalewam to masą jajeczno- mleczną. Boczek można wcześniej przysmażyć. Oczywiście solę, pieprzę, a na pomidory sypię oregano

Tak przygotowaną formę wkładam do nagrzanego piekarnika i zapiekam około 30 minut, aż wszystko zaczyna bulgotać.

Na koniec niech trochę ostygnie. I można się zajadać ze smakiem.

Życzę smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

Wiosenno-letnia sałatka

To jest sałatka, która królowała w moim rodzinnym domu. Autorski przepis mojej mamy. Można ją jeść cały rok, ale najlepiej smakuje latem, kiedy dostępne są świeże warzywa.

Pamiętam, że było to letnie, dyżurne danie, kiedy nie chciało nam się z mamą szykować obiadu. Kiedy wracałyśmy znad jeziora w upalny dzień albo miasta. Kiedy ni było nic w lodówce. Robiłyśmy ogromną michę takiej warzywnej mozaiki i zajadałyśmy się nią do woli.

Szybkie krojenie warzyw i jedzonko gotowe. Pyszne, pożywne, pachnące, świeże i mało kaloryczne.

Mój syn niestety nie gustuje w sałatkach, nie uznaje kolorowych papek. Musi  mieć pokrojone osobno warzywa, niezmieszane. Trochę ubolewam, bo te smaki świetnie się ze sobą komponują; ale głową muru nie przebiję.

Do sałatki zużyłam: sześć jajek, trzy malinowe pomidory, duży ogórek, szczypior (niekoniecznie), puszka kukurydzy, dwie duże czerwone papryki.

Ugotowane jajka i pozostałe warzywa pokroiłam w kostkę, dodałam majonez wymieszany z odrobiną jogurtu greckiego, posoliłam , popieprzyłam.

Proponuję dodawać po małej ilości majonezu, ponieważ warzywa puszczają sok i z jego nadmiarem  robi się zupka.

Sałatki wyszła duża micha. Lubię podjadać, a na drugi dzień mąż zawsze może zabrać ją na śniadanie. Polecam gorąco i życzę smacznego 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Domowe leczo

Bardzo lubię potrawy jednogarnkowe. Wszelkie gulasze, bigosy, potrawki z warzyw, młodą kapustę z koperkiem, leczo. Latem wychodzą najlepiej, ponieważ ta pora roku oferuje największe bogactwo barw i smaków. Lato to również świeżość warzyw i owoców. Jędrne kalafiory, papryki, pomidory . Nie mam mowy o zimowej konkurencji.

Wykorzystuję letnie produkty maksymalnie, jak mogę. Staram się najeść do syta, nawąchać, pogłaskać i zapamiętać. Nawet ostatnio powiedziałam do męża, że już mi smutno, gdy pomyślę, jaka posucha będzie zimą i co my będziemy jedli. Ciągle czuję się nienajedzona i czekam na kres tych katuszy. A on dobrotliwym tonem powiedział: nie martw się, będziemy kupować w sklepie. Trochę mnie uspokoił, ale co kupować? Oto jest pytanie.

Leczo kojarzy mi się z gulaszem, ale w lżejszej wersji. Lubię rozgotowane warzywa, które przypominają bardziej zupę, niż potrawę do konkretnego gryzienia. Wiem, że w trakcie gotowania traci się dużo witamin i wszystkich dobroci z warzyw, ale pocieszam się, że jedna dziesiąta zawsze zostanie. Zresztą można zagryźć surową papryką po obiedzie. I wszystko się zrównoważy.

Dzisiaj przygotowałam leczo. Potrzebowałam do niego cztery duże papryki (różne kolory), dużą cukinię, dwie cebule, dwa ogromne pomidory malinowe bez skóry. Wszystko pokroiłam, wrzuciłam do gara na rozgrzane masło klarowane, ale po kolei: cebula, cukinia, papryka, na końcu pomidory.

Posoliłam, popieprzyłam, dodałam chili, niestety za dużo. Znów sypałam na oko z myślą, że może się uda. Niestety za każdym zrazem się nie udaje.

No i wisienka na torcie: kiełbasa. Usmażyłam pokrojoną w dużą kostkę. Proponuję  kupić dwa razy tyle do ewentualnego podjadania. Ja znów o tym nie pomyślałam i wyjadłam połowę, zanim trafiła do garnka. W kwestii jedzenia nie można ufać kobietom w ciąży.

Wczoraj mój mąż wrócił z zakupów po 21.00. Nadźwigał się biedaczyna, do tego miał za towarzysza najbardziej upierdliwego doradcę smaku – naszego syna, który naciągał go na wszystko, co się da. I co ja zrobiłam po jego powrocie, kiedy zaczęłam przygotowywać kolację? Stwierdziłam, że nie mam, co jeść i zeszłam do naszego osiedlowego sklepiku po gołąbki. To jest dopiero niewdzięczność. Ale wynagrodziłam mu mój nietakt i podzieliłam się z nim gołąbkami.

Życzę smacznego i pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Uzdrawiająca moc kaszy jaglanej

Kaszy jaglanej zawdzięczam bardzo wiele. Druga obok quinoi, którą przygotowuję w domu. Co rano w formie jaglanki ze startym jabłkiem, miodem i cynamonem.

Kasza jaglana należy do najbardziej lekkostrawnych wśród pełnoziarnistych kasz. W medycynie chińskiej zaliczana jest do superzdrowych pokarmów i traktowana jak lekarstwo. Jest naturalnym antybiotykiem.

I ja też potraktowałam ją jako lekarstwo, kiedy już nic nie pomagało i została tylko operacja.

Mój starszy syn borykał się z przerostem trzeciego migdałka. Trafiliśmy na bardzo dobrego laryngologa. Próbowaliśmy różnych naturalnych terapii – syropy, dmuchanie baloników, które wyrównywały ciśnienie w uszach. Pomagało na jakiś czas, by po chwili znów powrócić. I tak w kółko. Ciągłe katary, przeziębienia, zapalenia uszu, powiększone węzły chłonne na szyi, ubytek słuchu.

Doszło do tego, że moje dziecko nie słyszało na jedno ucho. W gabinecie okazało się, że uszy ma zalane i zaklejone płynem. Skierowanie na operację, wycięcie trzeciego migdałka.

W międzyczasie mój syn nie mógł zostać zaszczepiony, ponieważ ciągle był chory, zakatarzony, z ogromnymi kulami na szyi.

Kiedy usłyszał diagnozę, bardzo się przestraszył. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale bał się, że nie wybudzi się z narkozy. Ciągle to powtarzał. Odraczaliśmy pobyt w szpitalu, ale coś trzeba było z tym fantem zrobić.

Miałam jakąś nikłą wiedzę na temat zdrowego odżywiana, nie jestem ekspertem. Ale na szczęście są mądrzy ludzie, z ogromną wiedzą, którzy lubią się nią dzielić. Zbiegło się to z wyeliminowaniem z mojej diety glutenu i nabiału. Pomyślałam sobie, że drogą eliminacji pewnych produktów możemy coś zdziałać.

Zaczęłam od odrzucenia owsianki z mlekiem. Od kilku lat na śniadanie jedliśmy owsiankę gotowaną na wodzie, ale zalaną mlekiem. Zastąpiłam ją właśnie kaszą jaglaną. Trudne były początki i zmiana nawyków. Mleko jest pyszne, słodka owsianka również. A tutaj jakieś grudy do gryzienia. Nie dałam za wygraną. Zresztą argumenty dotyczące wyeliminowania operacji naprawdę pomagały.

I tak z dnia na dzień coraz bardziej przyzwyczajał się do nowego smaku. Nie minęło kilka tygodni i przestał chrumkać jak świnka. Katar zniknął, prychanie zniknęło, węzły chłonne się zmniejszyły. Wróciły do normalnych rozmiarów.  I co najważniejsze, wreszcie mogłam go zaszczepić.

Minął niecały rok, a zmiany są namacalne, słyszalne i widzialne.

Dzisiaj dla odmiany przygotowałam kaszę na obiad.

Ugotowałam kaszę jaglaną do miękkości. Usmażyłam całą cukinię pokrojoną w kostkę, osobno boczniaki. Wymieszałam, dodałam porwany szpinak, a na końcu ugotowaną kaszę. Posoliłam, popieprzyłam. I zjadłam z ogórkiem, a mój mąż z maślanką.

Niestety moje dziecko się zbuntowało i powiedziało, że z boczniakami nie lubi. I dogódź tu takiemu.

Pozdrawiam ciepło i życzę smacznego 🙂

 

 

 

Quinoa z boczkiem i warzywami

Dzisiaj  pokusiłam się o przepis. Ośmielił mnie syn, który zajadał się tym  daniem, aż mu się uszy trzęsły. Zapytał, czy jutro też będzie na obiad. Dla mnie znak, że to quinoa z warzywami  wejdzie na stałe do naszego menu.

Chociaż na popołudniowe pytanie, co będziemy  jeść , obawiałam się udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Miałam pewne wątpliwości, co do jego zaangażowania w zjedzenie obiadu. Dlatego skwitowałam, że zobaczy, bo będzie niespodzianka. A mój syn na to: jak tak mówisz, to znaczy, że zrobiłaś coś, czego nie lubię; albo zrobiłaś coś nowego, czego jeszcze nie jadłem. I jak tu nie ufać dziecięcej logice.

Przypomnę tylko, że quinoa nie posiada glutenu, jest bardzo bogata w białko, lizynę – aminokwas, który posiada właściwości wzrostu i  odnowy tkanek, posiada kwasy omega-3. Jest bogatym źródłem manganu, magnezu, wapnia, żelaza, miedzi i fosforu.

Co dodałam do komosy ryżowej;

-boczek ( niestety w trakcie przygotowań połowę pochłonęłam z patelni )

-cukinia

-papryka czerwona

-cebula

-pieczarki

-kalafior

Żeby to danie było naprawdę smaczne, wszystkie składniki szykowałam osobno. Dzięki temu nie zrobiła się z tego jednolita masa. Najpierw  usmażyłam pokrojony w kostkę boczek. Potem osobno cebulę, po cebuli paprykę, pieczarki, a na końcu ugotowany kalafior poszatkowałam na drobnicę i podsmażyłam na maśle klarowanym. Wszystkie składniki wymieszałam, a na koniec dodałam quinoe. Posoliłam, popieprzyłam i danie gotowe.

Jeżeli chodzi o proporcje składników, to wszystko wedle uznania, w zależności od ilości domowników. Ja lubię, jak jest większa ilość warzyw w stosunku do komosy. Ważne, żeby warzywa były chrupkie, a nie rozpaćkane. Polecam także w wersji wegetariańskiej.

Życzę smacznego  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Rosół

Rosół gotuje każdy: na kościach, na mięsie, na kosatkach , warzywny, możliwości i konfiguracji jest bez liku. Jeden zalewa mięso zimną, drugi ciepłą woda, i tak dalej i tak dalej…

Kiedyś nie lubiłam rosołu, wyłapywałam z zupy tłuste oka. Wiosłowałam łyżką, aż zupa stygła, tłuszcz tężał, a ja miałam odruch wymiotny. Pewnie nie byłam odosobniona, każdy ma jakieś niezwykłe wspomnienia z dzieciństwa związane z jedzeniem.

O rosole powstało tyle historii, tyle wpisów, że i mój nie jest niczym wyjątkowym. Wyjątkowe jest to, dla kogo go gotuję. Wyjątkowe jest to, z kim usiądę przy stole . Wyjątkowe jest mlaskanie przy jedzeniu, trafienie dużą łyżką do małej buźki. Wyjątkowe jest kapanie tłustych oczek z brody i oblizywanie ich różowym języczkiem. I to czyni go niecodziennym, rodzinnym rytuałem.

Smacznego:)