Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Zawieszeni na wichurze

 

Wichura pochłonęła nas bez reszty. Wyrwała z betonowej klatki, otuliła zielenią, słońcem i wiatrem. Ale też zablokowała dostęp do świata, odcięła nas od spraw doczesnych.

Sprawy doczesne – pilot od telewizora i internet. Pilot nie działał. Trzeba było znaleźć winnego. W trakcie  śledztwa przeprowadzonego przez mojego męża wyszło, że pilotem bawił się najmłodszy w rodzinie. I chociaż przekonywałam go , że synek nawet go nie tknął i że błąd tkwi w sprzęcie, ten upierał się przy swoim. Oczami wyobraźni widział, jak zjada baterie, a najlepiej całego pilota.  Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mąż zabrał z domu nie tego pilota, co trzeba. Tajemnica Poliszynela została rozwikłana.

Dzięki temu nie wiedziałam, jaki mamy dzień tygodnia. Nie wiedziałam, czy świat funkcjonuje, jak należy. Wyjmowałam z lodówki poszczególne produkty, patrzyłam uważnie na datę ważności , zerkałam na czarny ekran telefonu, który rozładował się z naszym przyjazdem na wichurę, i myślałam po raz kolejny ” może się uda”. Na szczęście nie otrułam żadnego z członków rodziny. Chłopaki mają się dobrze.

Wichura tak mnie pochłonęła, że umknęły mi badania prenatalne. Tak naprawdę ograniczono ich ilość i na NFZ już się nie załapałam. Następny termin we wrześniu.  Proszę poszukać innej przychodni albo wykonać je prywatnie – głos pani w telefonie był bardzo uprzejmy.

Zbuntowałam się, poczułam niemoc i złość na cały ten system. Odezwała się we mnie ludzka niezgoda na to, co politycy wyprawiają kosztem kobiet. Do lekarzy chodzę prywatnie, dzieci również. Badania na koszt własny ( badamy się systematycznie, więc uzbiera się niemała sumka), więc może tym razem nie powinno być problemu z badaniami, które należą się każdej kobiecie po czterdziestce. Obligatoryjnie.

No i przeleciała koło nosa.

Na szczęście jestem osobą wierzącą i wierzę, że siłą sprawczą w moim życiu jest Bóg, więc  pomyślałam sobie w duchu, że jeżeli On nie postawił na mojej drodze przychodni, lekarza, nie zaciągnął mnie tam za uszy, to tak właśnie ma być i muszę Mu zaufać. To mnie uspokoiło.

Nie miałam w sobie na tyle determinacji, żeby tę sprawę doprowadzić do końca, ale mam w sobie ufność dziecka, które wierzy, że jego Ojciec go nie skrzywdzi i otuli go rodzicielską opieką.

Wczorajsze badanie piętnastotygodniowego dzidziusia potwierdziło, że rozwija się prawidłowo. Brzuszek, główka, wymiary kości- wszystko w normie. Wiadomo, że takie badanie nie określi nieprawidłowości w budowie genotypu, ale to nie zmąci mojej radości związanej z oczekiwaniem na dzidziusia i zaczęcia kolejnego rozdziału w życiu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Kupowanie prezentu

Zastanawiałam się, czy jest coś gorszego od upałów, jakie nawiedziły ostatnio Wrocław? Tak, kupowanie prezentu urodzinowego w czasie takiego okropnego upału.

O urodzinach wiedzieliśmy z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, ale jak to bywa w naszej rodzinie, wszystkie decyzje i działania podejmowane są  na ostatnią chwilę. Ostatnia chwila  wypadła we wtorek, urodziny miały być w środę.

Wyjechaliśmy około 19.00, idealna pora na chodzenie po sklepach. Odwiedziliśmy kilka, ale prezentu ani widu ani słychu. Umieraliśmy z głodu wykończeni upałem. Na szczęście głos z głośnika kazał nam opuścić sklep z powodu zamknięcia. I to było wybawienie. Do domu wróciliśmy z pustymi rękoma.

Najgorsze przed mężem. W środę rano wyruszył na poszukiwania. Na szczęście przed samymi urodzinami wrócił z zakupionym pistoletem. Wiadomo, chłopaki.

Ale coś fajnego wydarzyło się w sklepie. Byłam dumna z mojego starszego syna.

Staliśmy w kolejce do kas samoobsługowych. Prezentu nie kupiliśmy, ale milion niepotrzebnych rzeczy już tak. Młodszy syn wyrywał się z uścisku, dręczył swojego tatę, aż w końcu wywalczył pozycję bardziej stacjonarną. Upatrzył sobie torbę mąki, którą pewien klient zdążył skasować   i odstawić na półkę z produktami  gotowymi do zapakowania.

Podbiegł do torebki, złapał ją i chwilę pomęczył, zanim mąż zdołał go od niej odciągnąć. W trakcie pakowania mąka zaczęła się delikatnie sypać. Rzekomy mężczyzna podniósł ją do góry i zobaczył małą dziurę, z której się sypała.

Pierwsze co zrobił, to uderzył z pretensjami do męża, jak pilnuje dziecko i jak mały smyk mógł zrobić dziurę w mące. Już chciałam biec po następną, żeby mieć spokój z kłopotliwym klientem, kiedy odezwał się mój starszy syn. Spokojnie, z pełną asertywnością: proszę pana, tego nie zrobił mój brat, pan już miał wysypaną mąkę na wadze, wziął pan torebkę z dziurą.

Jaka byłam szczęśliwa, jaka dumna z mojego syna. Moje ukochane dziecko, co do którego lojalności nigdy nie miałam wątpliwości , po raz kolejny pokazał, co jest dla niego najważniejsze. Lojalność i prawda. Zrobił to z taką gracją, spokojem, że mężczyzna już nic nie powiedział, szybko spakował mąkę i odszedł. Ja oczywiście wtrąciłam swoje trzy grosze, że w tak krótkim czasie, dziecko nie byłoby w stanie zrobić dziury i  to na dnie torebki.

Pochwałom nie było końca. W cudowny sposób ten incydent odciągnął naszą uwagę od fiaska związanego z zakupem prezentu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Wizyta na komisariacie

Ostatni raz na komisariacie policji byłam osiem lat temu. Trafiłam tam z powodu   zboczeńca, który klepnął mnie w tyłek w kościele. Koszmarna rzecz. Nikomu tego nie życzę. Najpierw struchlałam, opryskliwie zapytałam, co robi i wybiegłam z kościoła z krzykiem, że facet maca mnie po pupie. Mąż akurat spacerował z dwuletnim wtedy synkiem przed kościołem. Nie wiedział, co się dzieje, podbiegł do niego w te pędy, ale jak zobaczyłam nad nim dwumetrowego, nasterydowanego osiłka z obłędem w oczach, stwierdziłam, że lepiej będzie, kiedy zawiadomimy policję.

Ja dzwoniłam bezskutecznie, a mąż go śledził. Tamten wsiadł do autobusu i odjechał. Mąż poszedł po auto i krążył po osiedlu jak satelita w poszukiwaniu delikwenta. Niestety, nie udało mu się go odnaleźć.

Postanowiliśmy, że pojedziemy na komisariat.

W drodze na policję zobaczyliśmy na przystanku siedzącą  parę. On ubrany jak kościelny  zboczeniec, ona – chyba jego dziewczyna. Zatrzymaliśmy samochód na środku ulicy, a mąż zaczął robić im zdjęcie. Dziewczyna w lekkim szoku, krzyknęła : co pan wyprawia! A mój mąż na te dictum acerbum: pani mąż maca moją żonę w kościele. Zdezorientowanych zostawiliśmy na ławce na przystanku i odjechaliśmy.

To niestety nie był on, ale był identycznie ubrany. Mój mąż w tej złości i bezsilności z poszukiwań stwierdził, że pokażemy zdjęcie mężczyzny z przystanku. Twarz ma niewyraźną, ale będą wiedzieli chociaż, jak jest ubrany.

Oczywiście w konsekwencji nie zrobiliśmy tego. Złapaliby nieodpowiedniego człowieka.

Wizyta na komisariacie nie należała do najprzyjemniejszych. Musiałam odpowiadać na szereg krępujących pytań, z ostatecznym wnioskiem, że złapanie zboczeńca graniczy z cudem i nie mam co na niego liczyć.

Tak myślałam, ale chciałam mieć czyste sumienie , że zrobiłam, co mogłam w tej sprawie.

Faceta widziałam w kościele jeszcze parę razy. Obrał sobie taką taktykę, że wyłapywał z tłumu dziewczyny i je obmacywał. Koszmarny typ, na dopalaczach i  sterydach. Strach się bać, w mózgu chyba już same prześwity.

A wczoraj odświeżyłam znajomość z komisariatem. Zostałam wezwana jako świadek zdarzenia w związku z chłopcem, którego widziałam na osiedlu bez opieki.

To spotkanie na szczęście nie było dla mnie stresogenne. Tym bardziej, że jak zwykle pojechaliśmy całą rodziną – takie są uroki mieszkania z dala od rodziny. Ale to nas jeszcze bardzie zbliża do siebie, cementuje naszą rodzinę. Więc nie ma tego złego…

Jedyne co dobre w tej całej sprawie to to, że moje małe dziecko w trakcie mojego przesłuchania mogło się wybiegać i wylatać po ogromnych korytarzach komendy. Padał deszcz, trudno byłoby utrzymać go w wózku. A tak miało  całą komendę do dyspozycji. Ot taki policyjny plac zabaw. A i policjanci okazali się całkiem mili i przystępni.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Smaki moich dzieci

Dwoje dzieci. Dwie różne planety wirujące wokół planety-matki z prędkością światła. Czasami trudno za nimi nadążyć. Czasami trudno okiełznać. Czasami nawet to nie chce mi się już ich tłumić i ograniczać i pozwalam na spontaniczność; tak stawiając granice niewidoczną ręką, że dzieci w swojej nieświadomej naiwności ich nie przekraczają. Dobre, nie? Pewnie każda sprytna mama ma na to swój sobie tylko znany patent.

Czasami jestem pełna zadziwienia, jak bardzo się różnią. Starszy bardzo szybko zaczął mówić, czytać, grać na instrumencie, ale był dzieckiem, jak ja to mówię, stacjonarnym. Drugi – mówi coś zrozumiałym, dla siebie językiem, jednym słowem blubla, ale spryciarz z niego nie z tej ziemi, łobuziak z błyskiem w oku, kot-indywidualista, nie idący na żaden kompromis. Boże, a nie ma jeszcze dwóch lat. Oczywiście wszystko przed nami, ale widać, jak kształtuje się młody buntownik. Tu popchnie, tam kopnie – stereotyp by podpowiedział, że przykład bierze z domu.

Ale to też dwa smaki. Starszy łagodny, słodki. Młodszy wyrazisty, wytrawny, ostry. Ze starszym wyjadamy  na wyścigi pistacjowe ferrero, bo uwielbiamy ten smak. Szkoda, że w opakowaniu jest go najmniej. Kiedy kupujemy baklawę, gdzie są różne smaki i kształty, obydwoje lubimy te same. I znów problem, jak to podzielić. Teraz jestem trochę usprawiedliwiona i nie mam wyrzutów, że cichaczem wyjadam te pyszniejsze kąski. Nie jestem sama. Zresztą, głośno mówię: chłopaki, nie czekajcie aż podam, bo zdążę wyjeść.

Z młodszym lubujemy się w rybkach z puszki, moim ulubionym salcesonie mięsnym, który salceson przypomina tylko z nazwy, w kanapkach z szynką bez chleba; no i rośnie mi konkurent do mojej wybornej galaretki z kurczaka.

Najpierw gotuję ogromny gar rosołu, do którego wkładam porcję rosołową wołową, porcję rosołową z kurczaka i porcję rosołową z indyka. Dodaję bardzo dużo warzyw i gotuję na maleńkim ogniu kilka godzin. Zazwyczaj z takiego gara starcza mi na cztery galaretki i mały garnek zupy dla chłopaków na dwa dni. Robi się z tego tak esencjonalny, wyrazisty w smaku rosół, że nie trzeba dodawać żelatyny, zastyga bez żadnych wspomagaczy.

Na drugi dzień można się nim objadać ze smakiem. Kolagenu na stare kości nigdy za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Kiedy zaginie dziecko – część 2

Wczoraj dostałam wezwanie na policję. Związane jest to ze sprawą chłopca, który rzekomo się zagubił. Napisałam „rzekomo”, ponieważ pojawiły się nowe fakty.

Sytuacja się jednak bardziej skomplikowała i ma swój dalszy ciąg. Gdyby można było cofnąć czas…

Parę dni temu spotkałam na osiedlu kobietę, która szukała z chłopcem jego rodziców. To właśnie do jej drzwi zapukał późnym popołudniem. Ale, jak się później okazało ,  chłopca przyprowadziła sąsiadka – głuchoniema staruszka. Zapukała do drzwi i wcisnęła jej dziecko.  Tamta kobieta była bardzo zdziwiona, ale jeszcze zdążyła zadać jej na kartce pytanie: czy pani zna tego chłopca?

Głuchoniema staruszka zaczęła wydobywać z siebie dźwięki, które miały znaczyć, że chłopca nie zna i trzeba znaleźć jego mamę. Pokazała na drzwi od góry do dołu, a swoje zatrzasnęła z impetem. Kobieta została z obcym dzieckiem i zaczęła poszukiwania.

I w tym momencie nasze drogi się złączyły. Skojarzyłam chłopca z piaskownicy i zadzwoniłam na policję.

W artykule, który podesłała mi moja włoska koleżanka, nierzetelny dziennikarz opisał zaistniałą sytuację. Napisał, że policja przyjechała od razu. Nieprawda. Czekałyśmy ponad godzinę. Po drugie napisali, że kiedy pojawili się mundurowi, chłopiec błąkał się samotnie po osiedlu. Nieprawda. Chłopiec   był przez nas zaopiekowany. Nie płakał, czuł się bezpiecznie. Na koniec była wzmianka o promilach alkoholu we krwi. Dziennikarz podał trzy promile, a ja wiem, że miał mniej.

Pytanie, skąd wiem. No właśnie.

Wieczorem kobieta od dziecka (ciągle powtarzam kobieta od dziecka, ponieważ nawet nie wiem, jak się nazywa) usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi, a tam stoi ojciec chłopca, który przyszedł po niego.

Okazało się, że głuchoniema kobieta to jego ciocia, u której zostawił syna. Ale że tamta miała zaniki pamięci, odstawiła małego do innego mieszkania. Chłopiec był zdezorientowany, coś mówił o babci, ale żadna z nas nie skojarzyła. Był podpity, ale nie miał trzech promili alkoholu. Przepraszał, że zostawił dziecko u chorej ciotki, żalił się, że żona chce go pozbawić praw do syna. Nie miał pretensji o wezwanie policji.

Powiem szczerze, że mi ulżyło. To go stawia w innym świetle. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak i kiedy mógł zostawić dziecko. Tak po prostu odejść z placu zabaw, nic nie mówiąc chłopcu. Na szczęście syn był wtedy pod opieką. Gdyby ta kobieta wspomniała o sąsiadce, to zaoszczędziłoby nam nerwów, czasu poszukiwania i oczekiwania na policję, a chłopcu stresu, traumy. Co to dziecko czuło, kiedy ciocia wyprowadziła go z mieszkania i oddała w cudze ręce? Biedne dziecko.

Ta sprawa pewnie nie zakończy się na jednym przesłuchaniu. Gdzie leży prawda? Pewnie po środku, jak zawsze.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

Niemoc w ciąży

Mówią, że ciąża to nie choroba, a ja mam wrażenie, jakbym była obłożnie chora. Stoję i już mam ochotę usiąść. Myję naczynia i myślę, kiedy będę mogła się położyć. Wieczorem, kochana, wieczorem. Nie chcę narzekać, bo w konsekwencji ten kiepski czas okołociążowy wynagrodzi pojawienie się na świecie malutkiej istotki. Ale czy ja w tych boleściach i niemocy mam czas i chęci, żeby o tym myśleć. Nie bardzo. Nie skupiam się też z namaszczeniem i lubością nad moim obecnym stanem, bo domowe obowiązki mi na to nie pozwalają. Chociaż bardzo bym chciała się nad sobą rozczulić i obarczyć wszystkich swoją ospałością i otępieniem. Mam nadzieję, że mi to zniknie. Kiedyś.

Inaczej było, kiedy byłam w pierwszej ciąży. Bezdzietna mężatka. Luksus. Mogłam całymi dniami leżeć i spać na zmianę, przerywnikiem było czytanie. A jedynym obowiązkiem wyjście z psem na spacer i przygotowanie jedzenia. Wtedy odpoczęłam za wszystkie czasy.

W drugiej ciąży było mniej bajkowo, ale nie narzekałam. Odebrać dziecko ze szkoły, przygotować obiad, zaprowadzić na zajęcia perkusyjne. Ot i cała filozofia. W międzyczasie mogłam odpoczywać, spać, cieszyć się przywilejami kobiety na zwolnieniu i czekać na narodziny upragnionego dzidziusia.

W trzeciej ciąży przywileje, luksusy i wygoda ustąpiły miejsca prozie życia matki na pełnym etacie.  Rozmyły się pragnienia o odpoczynku,  kanapa stała się niedoścignionym, pożądanym, upragnionym, ale jakże odległym dobrem narodowym. Nawet, kiedy położę się razem z moim malutkim synkiem, nie wiem kiedy, ale budzę się z nim na mojej głowie. Wyskakuje z łóżeczka. Żegnaj wolności.

Mogłoby być tak, że w ciąży obligatoryjne wszystkie przyszłe mamy czują się trochę gorzej. Tylko trochę.  Jak to jest możliwe, że niektóre kobiety uwielbiają ten stan, czują się na tyle dobrze, że dokonują cudów (np. remont pokoju, egzaminy na prawo jazdy, codzienne chodzenie do pracy), czują, że są niesione na fali dobrego samopoczucia i sił witalnych. Słyszałam opinie, że w ciąży czują się lepiej niż przed ciążą. Ale to już chyba herezje 🙂

Żadna chyba nie chce być toczącą się kulką cięższą o trzydzieści kilo.

Kiedy dwa lata temu urodziłam drugiego synka, kilka tygodni po porodzie znalazłam się na Mszy Św. . Znajoma, widząc mnie, podeszła i czułym głosem wyszeptała do ucha: udanego porodu, będzie dobrze. Owszem był udany, ale już ponad dwa tygodnie temu.  Ze szpitala wychodziłam , jakbym była w 9 miesiącu ciąży. Dobrze, że zaczynała się jesień, z szafy wyciągnęłam grube kurtki, szale i mogłam jakoś zakamuflować te niedoskonałości i pozostałości po ciąży. Te mankamenty urody.

Chciałabym uniknąć tego samego tym razem. Wiecznie głodna, tłumaczę sobie: dziecko nie potrzebuje kolejnej porcji lodów, ani kawy z bitą śmietaną; przyznaj, że ty tego pragniesz ponad wszystko. A teraz wypij grzecznie to obrzydliwe zielone smoothi z awokado i jarmużu. Bleeee…

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Życie na wichurze

Co takiego fajnego jest na wichurze, że mnie do niej ciągnie? Że nie potrafię się zmobilizować do wyjazdu do miasta, do wygody.

Co takiego ciekawego może mi zaofiarować? Zimne ściany i chłód w letnie, upalne południa? Całą symfonię rozśpiewanych ptaków budzących mnie rano. Wirtuozerię ich przemyślanych odgłosów.

Maliny tak panoszące się po ogrodzie, że wchodzą mi do kuchni. Nie mogę nad nimi zapanować. Już stukają swoimi liśćmi w okno, strasząc mnie w czasie burzy. I to jest takie miłe?

A te ogromne pokrzywy, które rosną z prędkością światła. Dlaczego nie rośniesz pomidorze tak pięknie i okazale; dlaczego kalafior zanim wyrośnie, zostaje zjedzony ze smakiem przez jakieś wstrętne robale.

A remont? Dlaczego sam się nie może zrobić. Domie złoty nie jesteś jeszcze taki stary i  brzydki. Dlaczego nie masz siły, żeby się samemu zregenerować. Zmuszasz nas do tylu wyrzeczeń i pracy. Skąd brać na to wszystko siły i czas?

Domie złoty. Co chciałbyś nam powiedzieć? Przytul nas do siebie mocno. Otwierasz gościnnie drzwi i zapraszasz nas serdecznie. Świeże owoce, prosto z krzaczka. Dla dzieci. Przestrzeń do zabawy w domu, dla dzieci.

Ulicą mknie zając. Jaki to niesamowity widok. Skacze na tych swoich długich nogach podobnych do kangura. Kic, kic. Mamo, patrz.

A późnym wieczorem syn woła mnie do ogrodu na niesamowity pokaz, za który jestem mu wdzięczna.

Wieczorem, w najciemniejszym kącie ogrodu tańczą świetliki, wabiąc się zielonym światłem. Migocąc  w powietrzu w swoim tańcu godowym. Malutkie latarenki zapalają się i gasną jednocześnie. Co za piękny widok. Mamo, o tutaj, i tutaj. Zobacz, usiadł na gałęzi!

Szczęście mojego dziecka, beztroska, która jemu towarzyszy jest dla mnie bezcenna. W mieście dawno leżałby w łóżku, tutaj dom stoi otworem. Drzwi zamyka się dopiero z pójściem spać.

Tutaj towarzyszy nam niespieszność dnia i uważność każdej chwili. Na zarzuty dziecka, że się nudzi odpowiadam uśmiechem. Kiedyś mnie to stresowało, kombinowałam, żeby tylko miał, co robić. Prowadziłam do sąsiadów, gdzie bawił się z chłopakami. A teraz sam organizuje sobie zabawę. Oczywiście muszę mieć ją pod niezauważalną przez niego kontrolą, ponieważ do najlepszych zajęć należą te najmniej pożądane; kopanie dołów w miejscu niedozwolonym przez tatę, obrywaniu tynku ze ścian, wybieranie kamieni przeznaczonych do usypania czegoś tam, wchodzenie na najwyższe szczyty we wsi.

Wakacje to czas dla dzieci. Leniuchowanie. Obcowanie z przyrodą. Amerykanie, którzy przebadali już prawie wszystkie, zbadali również wpływ natury na dziecko. I co im wyszło, że dzieci obcujące na co dzień z przyrodą lepiej się rozwijają. Ale i w tym temacie nie jestem odkrywcza.

Życzę sobie jak najwięcej takich spotkań z wichurą.

Pozdrawiam wakacyjnie  🙂

 

 

Bolesny powrót do domu

Żegnam cię, morze, na rok…

Powrót do domu z wakacji jest zawsze bolesny. W momencie wyjazdu już tęsknię za tym miejscem, już mi go zaczyna brakować. Zostawiam za sobą wspólne spacery, zostawiam wzburzone morze i fale dryfujące ponad nim. Zostawiam śpiew mew, w który lubiłam się wsłuchiwać, a który przypominał, że jesteśmy w nadmorskiej miejscowości.

Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, co roku wyjeżdżałam na kolonie. To były długie trzy tygodnie poza domem. I pamiętam do niego powroty. Autokarem zwanym potocznie ogórkiem, w którym kierowca kopcił papierosa za papierosem i raczył nas gruźliczym kaszlem. Smutni, wymieniając się adresami, obiecywaliśmy sobie jak najszybsze spotkanie. Różnie z tym bywało.

A w domu raz czekał na nas z siostrą kolorowy telewizor, zawsze owoce – czereśnie, maliny, brzoskwinie. Czy nas to cieszyło? Nigdy. Zalane łzami wspominałyśmy zielone i białe noce, a jeżeli była to kolonia w NRD – Michaela o niebieskich oczach, którego przywoziłam w sercu do Polski na…, no może tydzień.

Ile ja bym teraz dała za takie ilości owoców. Świeżych i pachnących, zbieranych w palącym słońcu, z mrówkami łażącymi po nogach i latającymi nad głowami pszczołami. Kto miał kiedyś działkę, ten wie, jaki to był urok lata dla dziecka.

Obecnie trzeba płacić za nie jak za zboże, a i tak ich jak na lekarstwo.

Dzisiaj nawet kupiłam koszyczek agrestu, kwaśnego, który powinien jeszcze wisieć na krzaczku. Ale z obawy przed wiatrem, deszczem i mrozami rolnik postanowił go jak najszybciej zerwać. W konsekwencji zamiast słodyczy pojawia się kwaśność. Mój syn chyba pierwszy raz widział takie owoce, bo powiedział: mamo, ten winogronek jest jakiś kwaśny. A ja na to: synu, to agrest, taki owoc podobny do winogrona.

 

Będę tęsknić za flakami. Nad morzem jadłam najsmaczniejsze flaki i traktuję je jako odkrycie roku. Jestem w ciąży i jestem ciągle głodna. Mdli mnie całymi dniami i całymi dniami myślę o jedzeniu, rozmawiam o jedzeniu, śnię o jedzeniu i w konsekwencji jem.

Jaka to pyszna zupa, wspaniale przyprawiona. Taki rosołek z majerankiem z mięsem o nieokreślonym smaku. Wyborny.

Już jesteśmy w domu. Aby osłodzić sobie ten czas poza morzem, czas na Dolnym Śląsku, już uwarzyłam sobie rosołek, z tego przygotowałam galaretę, w drugim garze upichciłam bigos. Brakuje mi tylko jeszcze gołąbków.

Pozdrawiam ciepło  🙂