Długi, jesienny tydzień

Właśnie trwa jeden z tych najfajniejszych tygodni, kiedy jesteśmy całą rodziną w domu. Nikt nie idzie do szkoły, nikt nie idzie fizycznie do pracy. Możemy być razem.

Jesień ma to do siebie, że czasami jest piękna,  czasami złota, czasami potrafi mienić się cudnymi kolorami. Ale przychodzi taki rok jak ten i jesień robi nam psikusa. Jest szara, deszczowa, zimna, bywa mroźna. Wtedy atakuje mojego starszego syna i straszy go kaszlem, katarem, czasami gorączką. A jak straszy, to my wtedy pędem do lekarza.

Kiedy nie pomagają naturalne metody, lekarz to ostateczność.  Musi obejrzeć, osłuchać, zajrzeć gdzieniegdzie, postukać i wypisać receptę. Tym razem nie obyło się bez antybiotyku. A jak antybiotyk, to nie ma szkoły.

W drodze powrotnej czułam, że ze mną jest coś nie tak. Mdłości ciążowe i wymioty za mną, więc dlaczego tak mnie mdli. Czyżby kolejna jelitówka? Oszczędzę szczegółów, ponieważ nie każdy ma przyjemność z czytania o takich sprawach, ale siarczyście chlusnęłam pod drzewem. Ledwo wróciliśmy do domu i znów. To musi być jelitówka. Telefon do męża. Nie minęło kilkadziesiąt minut i mąż zjawił się do pomocy.

Chłopaki to tchórze, dlatego  kiedy w pracy  dowiedzieli się, że u nas w domu nietęgo w tych zdrowotnych sprawach, wystraszyli się (każdy ma małe dzieci) i szef kazał mu zostać w domu i pracować zdalnie. Co za radość. Cały tydzień.

Jelitówka trwała do południa, potem  jak ręką odjął. Nie wiem, co to było. Najważniejsze, że tym razem przyczyniła się do czegoś naprawdę miłego.

Wiadomo –  mąż pracuje, ale mam go pod ręką. Kiedy syn pyta, gdzie tata, odpowiadam, że w pracy, czyli w sypialni.

Dzisiaj rano mąż był zaaferowany , zamyślony – dotyczy to kupna nowego mieszkania, ale o tym następnym razem – chodził w kółko, a syn chciał uzyskać od niego odpowiedź na jakieś zadane pytanie. Chodził za nim, a tata nic. W końcu syn patrzy zatroskany na niego i pyta: tata,  a ty jesteś chory?

To mnie rozłożyło na kolejne kilkadziesiąt minut, śmiałam się do rozpuku. To jest naprawdę miły, rodzinny tydzień. Niech trwa…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Sezon gorączek u dzieci trwa

Szaro, pusto, mokro, wietrznie…Zaczęły się katary, gorączki, jakiś kaszel. Trzeba to zadaniowo ogarnąć, uzbroić się w cierpliwość i czekać na zdrowe jutro. Ostatnio zmieniam tylko buteleczki z syropami, dokupuję nowe, wyrzucam stare. Mieszam mikstury, parzę herbatę z czarnego bzu. I kiedy ogarniam jedno pacholę, drugie przejmuje pałeczkę i wszystko zaczyna się od nowa.

Od kilku dni walczę z gorączką u młodszego syna. Przyczepiła się i nie ma zamiaru go opuścić; kiedy wydaje się, że została opanowana i poskromiona, z impetem pojawia się znowu. Nie chciałabym znaleźć się w szpitalu z jej powodu, ponieważ już przez to przechodziłam. W konsekwencji moje dziecko przestało mówić. Wyrazy, które w sposób naturalny wypowiadał, czyli cudowne pierwsze najprostsze słowa mama, tata, odeszły w zapomnienie. I to na długie zapomnienie. Ingerencja strzykawek, kroplówek, wenflonów zrobiła swoje. Wyszedł zdrowy, ale z traumą i awersją do wszelkich badań i języka .

I tak chodzimy sobie po domu. To znaczy ja chodzę, a maluszek na moich rękach. Moja Basieńka w brzuchu się przewraca na prawo i lewo. Nie wiem, czy jest jej wygodnie z przyduszonym do brzucha bratem.

A kierownik zamieszania albo płacze ,  albo wskazującym palcem kreśli drogę, jaką mam pokonać w mieszkaniu. Kroki do sypialni wywołują histerię; źle się kojarzy, za duże łóżko. Kroki do pokoju brata wywołują jeszcze większą histerię i płacz; źle się kojarzy, tam stoi jego łóżeczko. A on nie chce spać, jak na dziecko w malignie ma wyjątkowo dużo zapału do płaczu i niespania.

W saloniku może być, tam jest telewizor i bajki. Skończyły się pokoje. Jest jeszcze kuchnia, w której najbardziej lubi przebywać. Na moich rękach; wpatrując się w garnki i wrzucając do nich  to, co aktualnie trzyma w małych rączkach.

Jego brat pyta, dlaczego on ciągle płacze. Jego tata pyta, dlaczego on ciągle krzyczy i ratuje się internetem, szukając skutecznego sposobu na wyeliminowanie płaczu. Ja nie mam na kogo scedować pytania, chyba że na małego „winowajcę”, dlatego nie pytam tylko tłumaczę: dziecko jest chore, rozdrażnione, gorączkuje, miało ciężką noc. Nie oczekujmy , że będzie skakał jak pajacyk i zabawiał rodzinę.

Nie kupujemy dzieci w sklepie, nie wybieramy ich według naszego widzi mi się. Dostajemy całą paletę barw, emocji, chorób, pretensji, miłości, złości. Dostajemy małe zawiniątko, które już ma zaznaczoną mapę życia i trzeba  się z nią uporać. Tak ją dopracowywać, tak rysować, żeby namalować na niej najpiękniejsze dni, najmądrzejsza historię tego małego człowieczka. Nerwy nic tu nie zdziałają.

Ja też schowałabym się w kącie i cicho siedziała, co wczoraj uczyniłam, ale mój syn intuicyjnie od razu wiedział, w którą stronę skierować kroki. Gdzie szukać mamy.

Mama – najprostsze a zarazem najpiękniejsze słowo świata.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przebojowy garnitur

Dzisiaj robię sobie przerwę od dzieci i zajmuję się mężem 🙂

Kiedy mój mąż zapowiedział, że musi kupić sobie nowy garnitur do pracy, bardzo się ucieszyłam. Wreszcie. Ale kiedy zaczął namiętnie czytać informacje na ten temat czyli dokształcać się z garniturologii, pomyślałam, że sprawa robi się poważna.

Nawet nie wiedziałam, że kolor garnituru jest istotny w dress codzie . Moje kryteria to ładny, brzydki. U mojego męża w szafie wiszą dwa: jasny  i grafitowy, czyli za duży i za mały. Obydwa zakupione na śluby: siostry i nasz.

Kiedy dziesięć lat temu kupowaliśmy garnitur na nasz ślub, oddaliśmy się w ręce profesjonalistki, czyli  pani w sklepie. Jak na tamte czasy był naprawdę dobrze skrojony, szyty jak na miarę, w modnym  ciemnografitowym kolorze. Nie mogłam się napatrzeć na pana młodego. Zresztą każdy pan młody ubrany w garnitur wzbudza we mnie te same uczucia. Nie bez kozery ktoś kiedyś powiedział „za mundurem panny sznurem”. A jeśli jest to jeszcze nasz osobisty mundur, zdobyty krwią i blizną, wtedy jego wartość znacznie rośnie.

Kiedy w zeszłym roku dostaliśmy zaproszenie na wesele, ze zgrozą obserwowałam męża wyciągającego  z szafy ślubny mundurek. Napięcie wzrosło, kiedy go ubrał. Musiałam robić dobrą minę do złej gry, żeby go nie zniechęcić  do udziału w imprezie i nie dopuścić do pochopnej rezygnacji. Na zakup nowego nie było już czasu. Marynarka za duża, spodnie w pasie za małe. Ale znalazłam sposób na ciasnotę w spodniach – maskujący pasek; sposób jest bardzo prosty: nie zapina się spodni, zakłada pasek  i po krzyku.

Śmialiśmy się  z szerokości spodni: typ hippi, spodnie dzwony. To znaczy ja śmiałam się w duchu i przytulałam czule do męża.

Od wczoraj stałam się ekspertką od garniturów.  W przeciągu tych wszystkich lat bardzo dużo się zmieniło. Już nie szyją prostych, długich marynarek , jakie wiszą w naszej szafie, teraz są taliowane marynarki, slimowane spodnie. Z mieszanych materiałów – do pracy, z wełny z podwójnym skrętem – na bardziej oficjalne spotkania.

My wybraliśmy z ogromną pomocą ekspertki ze sklepu garnitur bizness. Mogłabym odnowić śluby z takim panem w garniturze, który narzuca sylwetce męskość, dostojność. Wyprostowana sylwetka i schowany brzuch to atrybuty mężczyzny w garniturze. W dżinsach i koszulce tak się nie wygląda. W przymierzalni mąż kroczył dostojnym krokiem, prezentując swoje ukryte wdzięki, ale trzeba było go w końcu zdjąć i wbić się w te przysłowiowe dżinsy i trampki. Jednym słowem wrócić do rzeczywistości.

Wypadałoby, żeby kobieta przy tak ubranym mężczyźnie równie elegancko wyglądała. Może jakaś mała czarna? Jak na razie odbicie w lustrze nie było dla mnie zbyt przychylne: wielki brzuch i nogi z parówek powstrzymały mnie przed zakupem. Do odwołania.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Już po badaniach prenatalnych

Badania prenatalne wypadły w dniu apogeum jelitówki. Mąż na zwolnieniu, syn też. Nie miałam sumienia, żeby kogokolwiek prosić o pozostanie z dziećmi w domu z powodu choroby, wszystkie moje koleżanki są dzieciate i nie chciałam narażać ich i ich dzieci na te jelitowe męki. Niestety nie mogłam przesunąć terminu, ponieważ tego typu badania robi się w konkretnym tygodniu ciąży, potem nie są już tak miarodajne i nie mają sensu.

Chłopaki zostali w aucie, ja doczłapałam się do przychodni i czekałam z dwugodzinnym poślizgiem. Starszy syn przychodził co chwila do automatu z gorącą czekoladą i sprawdzał, czy działa i czy  tym razem uda się wrzucić monetę. Za każdym razem wypadała.

Ale on się nie poddawał, miał nadzieję, że może za setnym razem automat zadziała. Wielka szkoda, że nie ma takiej determinacji, kiedy ćwiczy na ksylofonie czy perkusji, tam ma wszystko wymierzone co do minuty i ani sekundy dłużej. Pocieszam się, że to tylko genialne dzieci lubią  grać na instrumentach, reszta szkolnej populacji, czyli jakieś 99,9% tego nie znosi.

Wreszcie padł zmęczony w fotelu i prawie zasnął. Dziewczyny w poczekalni myślały, że nie poszedł do szkoły z powodu badań, pewnie chciał zobaczyć dzidziusia; uśmiechając się dyskretnie, nie wyprowadzałam ich z błędu.

Wreszcie moja kolej. Jestem pełna podziwu dla umiejętności i profesjonalizmu lekarzy wykonujących takie badania. Z niewidocznego dla takiego ignoranta jak ja, widzą i z obrazu czytają najmniejsze szczegóły. Budowa mózgu, szczeliny w mózgu, czaszka, sierp mózgu, połączone naczynia, fałd karkowy, twarz, nos, cztery jamy serca, pnie tętnicze, żołądek, nerki, jelitka, narządy płciowe, rączki, nóżki, szkielet. Wszystko wymierzone, wszystko sprawdzone, wszystko w normie. Uff…

Pamiętam, jak lekarz badał serce( które było wielkości paznokcia ) mojego drugiego synka w 12 tygodniu ciąży. Lekarz od badań prenatalnych wysłał mnie do swojego znajomego ( który pochodzi z Żar), ponieważ coś mu się nie spodobało na wykresie.

Tamten nie miał jakiegoś super sprzętu, ale doświadczenie, umiejętność skupienia i wyłapania fal, dźwięków bijącego serca pozwoliła mu na wydanie rzetelnej diagnozy. Obserwowałam jego skupienie podczas badania, to charakterystyczne wsłuchiwanie się w odgłosy przepływów i wyłapywanie szmerów i nie mogłam się nadziwić, a jednocześnie dziękowałam w duchu za stawianych na mojej drodze lekarzy, którzy opiekowali się mną i moim dzieciątkiem.

Podczas środowego  badania usłyszałam wreszcie kogo noszę pod sercem. Dziewczynka. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Zareagowałam chyba zbyt egzaltowanie, z niedowierzaniem, że aż badający mnie lekarz zaczął się śmiać i zapytał, dlaczego jestem taka zdziwiona. Dlaczego?! Przez ostatnie tygodnie wmawiałam sobie i innym, jaka to jestem pewna, że  będzie chłopiec. Byłam w szoku. Lekarz stwierdził, że zareagowałam tak, jakbym usłyszała informację, że będę miała trojaczki. Ojej, nie pogardziłabym trojaczkami.

Moja konsekwencja w utwierdzaniu siebie, że będę miała chłopca, teraz utrudnia mi myślenie o dzidziusiu jak o dziewczynce. Nie potrafię używać zaimka ona. Może dlatego, że nigdy nie marzyłam o dziewczynce, nie projektowałam w myślach obrazów zawiązanych z posiadaniem córeczki. Nie wiem, ile minie czasu zanim oswoję się z tą myślą. Cieszę się ogromnie, jestem podekscytowana, ale to nie zmienia faktu, że muszę to sobie poukładać w głowie.

Róż, falbany, tiule, warkocze.., ? może,  ale  na pewno nie spodnie z łatami.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Światowe życie

W sobotę na naszym osiedlu było bardzo światowo, bardzo medialnie, po prostu show biznes  w pigułce.  Powiało światem filmu. Od samego rana kręcili jedną scenę do serialu  „Policjanci” albo „Szpital”. Męczyli się tak do późnego popołudnia. Akurat mieliśmy okazję obserwować zmagania super aktorów.

Dziewczyna siedziała pod drzewem z wbitym w serce nożem i czekała na karetkę. Reszta ekipy musiała bardzo zgłodnieć, bo zajadała się chińszczyzną z pudełka. Catering nie zawiódł.

Karetka przyjechała, zabrała dziewczę i odjechała. Super dron filmował z góry, gdy nagle odezwał się głos chłopaka: a torebka!?

I znów scena od początku. Ciężka praca. Nawet  górnik nie zniósłby takiego napięcia.

Nasze osiedle jest w ogóle bardzo medialne. Telewizja kręci tam „Policjantów”, „Pierwszą miłość” – dla niewtajemniczonych to taki stuletni serial o pięknym Wrocławiu. Często można spotkać pod moim balkonem (no prawie) męża Aleksandry Natalli-Świat, która zginęła w katastrofie smoleńskiej, komentującego bieżące sprawy polityczne. Dzieciaki mają radochę. Kamery, światła, włochate mikrofony. Czają się wśród rozmówców, skaczą, uciekając fukającym na nich operatorom. Ja w takiej sytuacji nie przyznaję się do swoich synów. Stojąc w bezpiecznej odległości, udaję, że to nie moje dzieci.

Kiedy już napatrzyliśmy się na te potworności , na tą krew z farby, kiedy nasłuchaliśmy się sygnału karetki, poszliśmy na plac zabaw.

A tam już mniej  światowo, typowe swojskie klimaty. Tradycyjnie: mamy w domu gotujące obiad, a znudzeni ojcowie uganiają się za swoimi pociechami.

Nagle słyszę z oddali wołanie dzieci: Iwona, Dorota… Dotarły do moich uszu imiona, których nie słyszałam latami. Bardzo mnie to rozczuliło, wręcz urzekło. Były też Zosie, Jagódki, Antosie, ale to nie one wydały mi się   archaiczne i zapomniane, tylko tamte,  typowe z lat 70-tych, 80-tych przeniosły mnie w podróż sentymentalną do podstawówki i liceum. Ciepło zrobiło mi się na sercu.

Imiona zapomniane, dawno przeze mnie nie słyszane, ale  pozbawione pretensjonalności i zadęcia. Niewymuszone w swojej prostocie, wypowiedziane bez kombinowanej interpretacji. Prawdziwe, przaśne imiona.

W tym towarzystwie imion to Antosie i Jagody wydały mi się pospolite . Iwona, Dorota – one nabrały nowego brzmienia,  sensu; zostały odkurzone i zaświeciły dawnym blaskiem. To był autentyczny powiew świeżości. Sama byłam zdziwiona swojej reakcji, znając moje tendencje do wyszukanych, nieznanych nikomu imion.

Malutkie, dwuletnie Iwonki i Dorotki – to dopiero jest egzotyka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Wiedźma – postrach dzieci

Jeżeli ktoś myśli, że czasy baby Jagi i czarownicy  mamy już za sobą, to się grubo myli. Takie wiedźmy to już relikt przeszłości, ale na starych osiedlach budowanych w latach 7o-tych maja się całkiem nieźle.

Kiedy dzieci bawią się w najlepsze, krzyczą, śmieją się na podwórku, wtedy niepostrzeżenie wyskakują z okna. Pojawiają się znienacka, krzycząc na cały głos, przeganiając dzieci. Mają cudowną moc przemieszczania się w błyskawicznym tempie z pokoju do kuchni, z kuchni na balkon, z balkonu do sypialni. Nie można przed nimi uciec, nie można się schować. Ich wyczulony węch, ich radar skierowany na obecność dzieci nigdy ich nie zawodzi.

Krzyczą wniebogłosy, coś tam blublają pod nosem, straszą dzieci. Ostatnio nawet słyszałam, jak groziły, że pozamykają je w piwnicy i miotłą przetrzepią tyłki. W  tych swoich wrzaskach są już mało wiarygodne. Wzbudzają uśmiech na twarzy i litość, ale co gorsze prowokują ataki kontrolowanej agresji u rodziców tych rozkrzyczanych pociech. Niestety, nie u dzieci, które na paluszkach przemieszczają się z drżeniem serca pod ich oknami.

Nie pomagają argumenty mądrych rodziców, że cisza nocna zaczyna się o 22.00. Zostają zaatakowani agresją, przekrzyczani, zagłuszeni, obrzuceni kalumniami i oblani jadem.

Zimą zapadają w zimowy sen, nabierając siły, by latem znów zaatakować ze zdwojoną siłą.

Myślę, że większość z nas miała styczność z wiedźmą z okna. Pamiętacie ten dreszczyk emocji, kiedy w zabawie coś głośniej się powiedziało, krzyknęło, zerkając w okno, czy wiedźma jest w pogotowiu. Jest. Aaaaaa…….Ucieczka.

W Zielonej Górze postrachem była pani Tereska, konduktorka, mistrzyni w swoim fachu. Kto ją jeszcze pamięta – palec w górę.

Czy taka kobieta mogłaby się zmienić? Czy mogłaby polubić dzieci, nierzadko posiadając swoje. Czy mogłaby pozbyć się jadu, aplikując sobie dawkę endorfin? Hmm, odradzam, bo mogłyby tej zmiany nie przeżyć. Podobnie jak z permanentnymi palaczami, którym lekarze odradzają rezygnację z palenia, twierdząc, że organizm mógłby przeżyć szok i mogłoby dojść do nieodwracalnych zmian.

Myślę, że takie drastyczne przejście na dobrą stronę, dla tych ludzi wypełnionych jadem mogłoby się tragicznie zakończyć. Więc niech się już konserwują w tych toksynach, a my bądźmy czujni i wyrozumiali dla tych nieszczęśliwców.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Chłopiec czy dziewczynka?

Brzuch rośnie, więc siłą rzeczy słyszę zewsząd pytania o płeć dzidziusia. Pyta sąsiadka, pyta sąsiad, pyta moja ulubiona koleżanka z Włoch, która zaprasza mnie co jakiś czas na kawę z Donatellą Versace i szampana w sklepie Louis Vuitton. Niestety, kiedy szykuję się do podróży, jej zazwyczaj wypadają imprezy urodzinowe dzieci. Takie życie.

Jeszcze za wcześnie na sprawdzanie płci. Poza tym jakoś intensywnie o tym nie myślę. Niestety nie mam na to wpływu. Podobnie, jak nie mam wpływu na to , czy będzie zdrowe. Często słyszę : byle zdrowe. Pewnie, zdrowie najważniejsze. Ale nie wszystko ode mnie  zależy. Ja w tej kwestii robię, co mogę: zdrowo się odżywiam, nie palę, nie piję, reszta w rękach Opatrzności.  Nie żebym była  ignorantką, tylko głowę zaprząta mi proza życia: kiedy pranie, co na obiad, dlaczego boli, o której na spacer, spanie.

Słyszę: fajnie by było, gdyby teraz trafiła się dziewczynka. Czy ja wiem? Mam trzech chłopaków, czwarty do obstawy jak najmilej widziany. Instrukcję obsługi chłopaka mam opanowaną,  może nie do perfekcji, ale umiem radzić sobie z męską prostolinijnością. Humory?  Miewają, ale dzięki umiejętnej sile perswazji i matczynym argumentom dochodzimy szybko do porozumienia. Trochę sobie schlebiam, ale naprawdę nie mam powodów, żeby narzekać.

Poza tym ubranka te same; zabawki, które wyławiam ze strychu te same, niezmiennie samochody i koparki. Oszczędność. Męskie zabawy pomiędzy braćmi, dusianki, przepychanki, braterstwo, chłopięce porozumienie – to znam.

Czasami mąż w rozmowie obawia się takiej małej królewny;  tego, jak sobie poradzi z dziewczęcą psychiką. Na chłopaka krzyknie, tupnie nogą, doprowadzi do porządku, a z dziewczynką …, będzie chyba jej ulegał.

Oczywiście to tylko gdybanie. Wszystko wychodzi w praktyce i nie ma co nadmiernie deliberować. Ale czasami miło pomyśleć, jak to będzie mieć małego sprzymierzeńca.  Ale czy ja go potrzebuję w charakterze córki? No dobrze, taką małą Agniesię, małe alter ego mnie samej. No, no, robi się ciekawie 🙂

Intuicja podpowiada mi, że to będzie chłopak. W niedzielę widziałam w kościele rodzinę z piątką dzieci. Same dziewczynki. Słodkie, pełne kokardek i różu, warkoczyków. Tata  dumny, dzieci szczęśliwe, mama…, pewnie zarobiona, zaganiana, ale wyglądała kwitnąco.

Dzisiaj, kiedy zobaczyłam mojego synka w rozmiarze M, jak przymierzał moje baleriny, pomyślałam: jak dobrze, że nie noszę butów na obcasie. I pomimo, że nie mam córki, ten etap właśnie przechodzę.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Zawieszeni na wichurze

 

Wichura pochłonęła nas bez reszty. Wyrwała z betonowej klatki, otuliła zielenią, słońcem i wiatrem. Ale też zablokowała dostęp do świata, odcięła nas od spraw doczesnych.

Sprawy doczesne – pilot od telewizora i internet. Pilot nie działał. Trzeba było znaleźć winnego. W trakcie  śledztwa przeprowadzonego przez mojego męża wyszło, że pilotem bawił się najmłodszy w rodzinie. I chociaż przekonywałam go , że synek nawet go nie tknął i że błąd tkwi w sprzęcie, ten upierał się przy swoim. Oczami wyobraźni widział, jak zjada baterie, a najlepiej całego pilota.  Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mąż zabrał z domu nie tego pilota, co trzeba. Tajemnica Poliszynela została rozwikłana.

Dzięki temu nie wiedziałam, jaki mamy dzień tygodnia. Nie wiedziałam, czy świat funkcjonuje, jak należy. Wyjmowałam z lodówki poszczególne produkty, patrzyłam uważnie na datę ważności , zerkałam na czarny ekran telefonu, który rozładował się z naszym przyjazdem na wichurę, i myślałam po raz kolejny ” może się uda”. Na szczęście nie otrułam żadnego z członków rodziny. Chłopaki mają się dobrze.

Wichura tak mnie pochłonęła, że umknęły mi badania prenatalne. Tak naprawdę ograniczono ich ilość i na NFZ już się nie załapałam. Następny termin we wrześniu.  Proszę poszukać innej przychodni albo wykonać je prywatnie – głos pani w telefonie był bardzo uprzejmy.

Zbuntowałam się, poczułam niemoc i złość na cały ten system. Odezwała się we mnie ludzka niezgoda na to, co politycy wyprawiają kosztem kobiet. Do lekarzy chodzę prywatnie, dzieci również. Badania na koszt własny ( badamy się systematycznie, więc uzbiera się niemała sumka), więc może tym razem nie powinno być problemu z badaniami, które należą się każdej kobiecie po czterdziestce. Obligatoryjnie.

No i przeleciała koło nosa.

Na szczęście jestem osobą wierzącą i wierzę, że siłą sprawczą w moim życiu jest Bóg, więc  pomyślałam sobie w duchu, że jeżeli On nie postawił na mojej drodze przychodni, lekarza, nie zaciągnął mnie tam za uszy, to tak właśnie ma być i muszę Mu zaufać. To mnie uspokoiło.

Nie miałam w sobie na tyle determinacji, żeby tę sprawę doprowadzić do końca, ale mam w sobie ufność dziecka, które wierzy, że jego Ojciec go nie skrzywdzi i otuli go rodzicielską opieką.

Wczorajsze badanie piętnastotygodniowego dzidziusia potwierdziło, że rozwija się prawidłowo. Brzuszek, główka, wymiary kości- wszystko w normie. Wiadomo, że takie badanie nie określi nieprawidłowości w budowie genotypu, ale to nie zmąci mojej radości związanej z oczekiwaniem na dzidziusia i zaczęcia kolejnego rozdziału w życiu.

Pozdrawiam ciepło 🙂