Czarny biały bez

Właśnie pojawiły się owoce czarnego bzu na rozłożystych krzakach. Małe, czarnofioletowe kuleczki o charakterystycznym, nieprzyjemnym smaku. Nie są to pyszne jagódki jedzone prosto z krzaczka. Ale za to pełne zdrowotnych dobroci: bardzo dużo witaminy C, A, wapń, potas, glin, sód, żelazo, można tak wymieniać bez końca. Ważne jest to, że mają właściwości napotne, przeciwbólowe, przeczyszczające i moczopędne.

Do czarnego bzu jakoś nie mogłam się przekonać, pomimo że słyszałam zewsząd, jakie ma wspaniałe właściwości. Nagabywała mnie teściowa, ale ja się uparłam i nic i nikt nie mógł zmienić moich przyzwyczajeń. W wyborze ziół mających właściwości lecznicze kieruję się tylko sobie znaną logiką. Nie wiem, na czym polega ta logika u osoby kompletnie nielogicznej. A może to intuicja. W naszym domu jedyną ziołową leczniczą herbatą był gojnik, o którym pisałam nie raz. A z którym byłam na tyle mocno związana, że nie bardzo chciałam wprowadzać nowości.

Poza tym czas. Im więcej ziół i specyfików, tym więcej potrzebuję czasu na ich przygotowywanie. Musiałabym cały dzień pilnować godzin podawania różnych herbatek. Moi chłopcy by tego nie znieśli. No chyba, że byłaby to coca-cola.

Mój mąż nie dawał za wygraną i pomimo moich sprzeciwów i niczym nie uzasadnionej niechęci suszył kwiaty czarnego bzu, ogromne baldachy o okropnym, ostrym zapachu. U nas na wichurze pełno jest tych krzaków, szkoda  byłoby nie skorzystać z takich dobrodziejstw natury.

No i przyszła kryska na Matyska. Kiedy zachorowało moje dziecko, pojawiła się gorączka, kaszel, katar, przekonałam się do herbaty z suszonych kwiatów i aplikowałam synowi co kilka godzin przez dwa dni wywar z tychże kwiatów.

Dosładzałam miodem, dodawałam cytryny dla zamaskowania niezbyt ciekawego smaku. Ale w chorobie, w tej malignie nie było jakieś sprzeciwu i syn posłusznie wypijał szklankę za szklanką.

Muszę powiedzieć, że te wszystkie sterole, garbniki, olejki eteryczne, minerały, witaminy – cała ta kompozycja składników spowodowała, że syn solidnie się wypocił, gorączka minęła po dwóch dniach i obyło się bez lekarza i mocniejszych leków. Oczywiście trzeba działać od razu, jak tylko pojawiają się pierwsze objawy chorobowe.

W tym roku już nie protestowałam, kiedy mój mąż zbierał kwiaty, żeby je zasuszyć. Poddałam się i przestałam kwestionować ich dobroczynne właściwości.

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

Sposób na wypadające włosy

Nigdy nie należałam do właścicielek pięknych, gęstych, puszystych włosów. Musiałam sobie jakoś radzić i tylko mi znanym sposobem kamuflować ten mój mankament.

Ciąża dla takich włosów jak moje, to zbawienny czas. Zrobiły się grube, gęste, ale ten czas nie trwał długo. Niestety po kilku miesiącach od porodu znów zaczęły mi wypadać.

Znalazłam na to sposób w postaci diety warzywnej. Dużo warzyw z siarką: kapusta, kalafior, brukselka, sałata, szparagi. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku, włosy przestały wypadać, zaczęły pomału rosnąć nowe. Na moje nieszczęście zapragnęłam zmienić kolor. Jednym słowem rozjaśniłam swoje ciemne naturalne. I to był chyba błąd, bo nie pomagały już porcje warzyw z siarką; właściwie obciążone chemią, zrobiły się bardzo słabe. Na domiar złego fryzjerka w renomowanym salonie wychapała mi połowę moich włosów.

Długo szukałam jakiegoś antidotum na ten stan i znalazłam. Produkt sam wpadł mi w ręce. W takiej zwykłej drogerii. Stał sobie na półce, do tego  niedrogi. Używam tych produktów od kilku tygodni i mogę powiedzieć, że efekty nie są może spektakularne, ale są na pewno zadowalające. Wypadających włosów jakby mniej, nie zostają już na grzebyku. Nie wiem, jakiej mikstury użyli, ale działa.

Są to preparaty firmy L’biotica Professional Therapy (szampon i odżywka) intensywnie regenerujące do włosów zniszczonych, ze skłonnością do wypadania. Kosmetyki zostały opracowane i przetestowane przez kreatywny zespół mistrzów fryzjerstwa. Na pewno zapewniają moim włosom intensywną regenerację i nawilżą je bez zbędnego obciążenia. Włosy nie są ciężkie, tylko delikatne i puszyste.

A jeżeli ktoś chciałby pokusić się o efekt fal morskich, to polecam produkt odkrytej niedawno przeze mnie firmy zajmującej się włosami Bumble & bumble –  spray  nadający włosom puszystości. Trochę je skleja, ponieważ zawiera sól. Ale czego się nie robi, żeby pięknie wyglądać.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Kleszcze

Kleszcze od zawsze budziły moją odrazę. Takie małe, płaskie robale, które potrafią zwiększyć swoją objętość nawet dwustukrotnie. Nigdy nie miały dobrego PR. Kto zawinił, że jest ich tak dużo. Gdzie szukać przyczyny takiego ich namnożenia? Na pewno wpływ ma  ocieplenie klimatu, ale również zaburzenie łańcucha pokarmowego. Wyginęły ptaki, które kiedyś się nimi żywiły.

Jeszcze parę miesięcy temu wydawało mi się, że jestem odpowiedzialną mamą i żoną, ponieważ sugerowałam mężowi, żebyśmy  z powodu naszych letnich wojaży na wieś, zaszczepili się cała czwórką przeciwko odkleszczowemu zapaleniu opon mózgowych. No właśnie tylko wydawało mi się, bo temat rozpłynął się w codzienności, w upływającym czasie. Zakleszczył się codziennym widmie wiecznej pracy mojego męża. I pozostał tam do dnia dzisiejszego, kiedy zaczęłam pluć sobie w twarz, że jednak tego nie dopilnowałam.

Tak chroniłam dzieci przed kleszczami; tak pilnowałam, żeby żaden wampir nie splamił swoim jadem moich pociech, ich delikatnej skóry. Tak pilnowałam, że tylko pilnowałam, bo kleszcz ugryzł moje młodsze dziecko w główkę. Najgorsze jest to, że szukałam na ciele tych potworów, przebrałam w czyste ubranko, zaglądałam we włosy i nic nie widziałam. Do tej pory myślałam, że znalezienie kleszcza na ciele nie jestem jakimś problemem, że zanim się wbije, szuka dogodnego miejsca. W stanach Zjednoczonych stosują na te krwiożercze bestie strumień wody pod prysznicem. My wróciliśmy z siedliska późno, syn spał, był bardzo zmęczony i wylądował w łóżeczku. Nie pomyślałam, żeby go męczyć, spryskując wodą.

Rano, kiedy syn otrzymywał ode mnie poranną porcję buziaków, przytuleń, uścisków, pieszczot, zauważyłam  w jego cudownej, pachnącej główce tego wstrętnego robala z girami wywalonymi do góry. I choć w swoim krótkim życiu wyciągnęłam dziesiątki kleszczy, tym razem spanikowałam i oddałam palmę pierwszeństwa lekarzowi, który okazał się na tyle odważny i na tyle sprawny, że wyciągnął kleszcza za drugim podejściem. Nie odprawił nas z przysłowiowym kwitkiem, tylko podjął się tej niezwykle delikatnej operacji.

Czytałam o takich wspaniałych lekarzach, którzy nie chcieli pomóc pacjentom i biedacy chodzili od Annasza do Kajfasza i nic. Trzy placówki zostały ukarane karą grzywny w kwocie 49 tyś zł. za niewyciągnięcie kleszcza z ucha dwuletniej dziewczynce. Lekarze twierdzili, że stan dziecka nie zagraża jego życiu. Dwie placówki się odwołały od wyroku, ale na szczęście NFZ nie przychylił się do ich prośby.

Lekarka przepisała antybiotyk. Ale jak to bywa w kontrowersyjnych przypadkach medycznych – tyle opinii ile lekarzy. Jedni – czekać na rumień; drudzy – podać antybiotyk profilaktycznie. Trzeci – nie panikować. Czwarci – no nie wiem, no nie wiem. I ja też nie wiem. Od ugryzienia do podania lekarstwa mam siedem dni. Lekarstwo wykupione. Czekam. Już nic nie czytam w internecie, chcę mieć niczym niezmącone myśli. Nie chcę przyswajać  żadnych informacji mrożących krew w żyłach.

Boże, wszystko będzie dobrze?

A może ktoś z Was miał podobne doświadczenia i chciałby się ze mną nimi  podzielić, uspokoić? Chętnie wysłucham  🙂

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

 

 

Śmiech to zdrowie

O tym, że śmiech to zdrowie wiedziano już dawno temu. Jeżeli chcemy, żeby śmiech działał jak lekarstwo, jeżeli chcemy by nas uzdrawiał, musi współgrać z wartościami, które są dla nas ważne, które wyznajemy; inaczej będzie budził odrazę i złość.

Ja uwielbiam się śmiać. Największym moim rozśmieszaczem jest mój mąż. Nie mamy czasu na spotkania ze znajomymi; nie mamy, kiedy odreagować napięć  i spięć spowodowanych życiem. Całą naszą dotychczasową codzienność zdominowały dzieci i  praca. Nasze życie towarzyskie niebezpiecznie zbliża się do granicy ubóstwa. Dlatego staramy się wprowadzić dużo dystansu w tą naszą szarą prozę życia. Wiadomo, nie zawsze to działa, ale przynajmniej się staramy.

Jak tamto nie wychodzi, to zanurzam się  się we wspomnieniach. Jeżeli jest to jeszcze inkrustowane (uwielbiam to słowo) zdjęciami, uśmiech od razu pojawia się na mojej twarzy na samą myśl o minionych chwilach. Pozostaje mi jeszcze tak prowokować rozmowę z moim mężem, żeby chociaż zmęczony, uraczył mnie jakimś dowcipem. Czasami widzę, jak się stara, żeby mnie rozśmieszyć, doceniam to bardzo. Najmniej w trakcie oglądanie filmu  🙂

Aczkolwiek najlepsze rozśmieszanki są wtedy, kiedy się ich nie spodziewamy i często jest tak, że mój mąż coś powie, ja zaśmiewam się godzinami, a on w dalszym ciągu nie wie, o co mi chodzi; nie ma pojęcia, co takiego powiedział, że mnie to tak rozbawiło. I to jest dopiero sam smaczek.

Pamiętam, jak nie mieliśmy jeszcze dzieci i mogliśmy wylegiwać się na wersalce , która pamiętała czasy Gierka. Leżeliśmy sobie w takim błogostanie i nieświadomości, co nas czeka za kilka lat i oglądaliśmy Drzyzgę. Nabijaliśmy się z pytań i z całej tej otoczki, która aspirowała do talk show Oprah Winfrey. Wymyślaliśmy coraz to bardziej absurdalne  tematy do programu, miedzy innymi: „Mój pies podał mnie do sądu” – chyba naprawdę nam się nudziło.

Albo wczoraj. Naprawdę miałam ubaw.  Co drugi dzień gotuję rosół. Cały ogromny gar rosołu. Dodaję do niego mnóstwo warzyw, ale najwięcej głąbów z kapusty, które mi zostają po moich paleo-surówkach. Cały gar głąbów z kapusty. Zupy starcza na kilka talerzy, może na dwa dni, bo wygotowuję go maksymalnie (zapominam). Zostaje sama esencja. Mnie to smakuje, ale mój mąż grymasi. Zjada, ale kwęka nad talerzem.

No i stoję nad tym garem, mieszając zupę i na to wchodzi mój mąż. Po minie widzę, że zaczną się elaboraty na temat mojego rosołu, więc uprzedzam jego krytykę:

-No co tam.

-Ten rosół mi nie smakował (tu należny grymas obrzydzenia).

-Ok, ty nic nie mów, ja wiem, ty się nie znasz.

-Ta kapusta mi nie pasowała. Lepiej, żebyś zrobiła kapuśniak.

-Ale to był kapuśniak.

-Ale z makaronem?!

Poczucie humoru to cecha, która mnie urzeka w ludziach. Do tego dochodzi dystans do siebie, do ludzi. Życie jest zbyt serio, dlatego tą powagę trzeba jakoś poskramiać. Śmiech jest dobrym antidotum.

Lubię humor sytuacyjny, trochę złośliwy, ale nie podszyty agresją, uprzedzeniami, wzgardą. Humor, ale bez obrażania i wtargnięcia w czyjąś intymność. Humor, ale taki, który nie celuje w czyjeś słabości, który nie  obnaża wad, z którymi się borykamy.

Kiedy zapytałam męża, czy podoba mu się tytuł niedawnego postu „Borsuki i dziki w moim domu”, odpowiedział: na pewno lepszy niż „Rambo 2”, „Rambo 3”, „Rambo 4″…

Dlatego ja, wierząc w jego uzdrowicielską moc, śmieję się na całego.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

Sole Epsom

 

Sól Epsom to nic innego jak siarczek magnezu. Kiedyś wspominałam, że mam problem z magazynowaniem magnezu w mięśniach, który pod wpływem stresu wypłukuje się z mojego organizmu, dlatego zaopatrzyłam się w takową sól jakiś czas temu. Zwykłe tabletki z magnezem podrażniały mój żołądek, a ja chciałam  spróbować czegoś naturalnego, czegoś co mój organizm wchłonie bez żadnych zdrowotnych konsekwencji. Żeby jakoś funkcjonować zaczęłam od picia jednej porcji kakao dziennie. Wydawało mi się, że to jednak za mało, że muszę znaleźć inny sposób, żeby pozyskać ten pierwiastek, zaopatrzyć w niego każdą komórkę, każdą żyłkę, każdy włos, dlatego  postawiłam na kojące kąpiele z dodatkiem tego cennego składnika.

Nazwa soli pochodzi od popularnego miasta Epsom w Anglii, gdzie związek ten był odparowany ze źródeł wody mineralnej. Zalet ma bardzo dużo, nie chciałabym się jednak za bardzo  rozpisywać; informacji na ten temat jest sporo w internecie. Skupię się nad tym , co najprzyjemniejsze – czyli kąpiele.

Sól kupiłam kilka miesięcy temu. Czekałam  na moment, w którym będę mogła spokojnie, bez pośpiechu, stresu wypróbować ich działanie. Zawsze coś stawało mi na drodze do szczęścia; a to dzieci zbyt późno poszły spać, a to kolacja się opóźniła, a to goście przyjechali, a to mi się nie chciało (ważne jest, żeby w trakcie moczenia nie używać mydła). Sól stała na pralce i czekała na swoje pięć minut. Wreszcie nadeszła ta doniosła chwila, syn wyjechał na zieloną szkołę, drugi zasnął od razu po butli kaszy.

Żeby kąpiele przyniosły wymierne korzyści i spektakularne efekty do wanny wsypałam dwie szklanki soli. Jakie są zalety?

-Łagodzi stres, relaksuje ciało – zgadza się, jak każda kąpiel w gorącej wodzie z dodatkiem różanego olejku, w swojej łazience z przytłumionym światłem, po której roznosi się zapach różanego ogrodu. Faktycznie można się odstresować i zrelaksować.

-Obniża ciśnienie krwi i poprawia jakość snu – co do ciśnienia, to tego aspektu nie kontrolowałam (ciśnienie mam w normie), a sen przyszedł od razu, kiedy przyłożyłam głowę do poduszki. Myślę, że wpływ na szybkie zaśnięcie miała późna pora:) Spałam jak niemowlę do rana.

-Łagodzi ból i skurcze mięśni – ta zmora akurat bardzo mnie  dotyczy, czasami skurcze budzą mnie w nocy; tym razem w trakcie przeciągania się po obudzeniu nic sobie nie nadwyrężyłam, żadne skurcze mnie nie dopadły, czyli sukces.

-Poprawia stan skóry, leczy takie schorzenia jak grzybica, łuszczyca, trądzik – na tematy skórne się nie wypowiadam, ponieważ mnie nie dotyczą, ale wszystko przede mną:)

Oprócz korzystania z soli staram się za bardzo nie stresować, nie ulegać złym emocjom, żeby nie dać satysfakcji kortyzolowi, hormonowi stresu, który bardzo chętnie i szybko wkupuje się w nasze łaski,  budując szkodliwe oponki – wiadomo gdzie.

Pozdrawiam ciepło:)

Shinrin – yoku czyli kąpiel w lesie

 

Niedawno czytałam wywiad z filozofem Marcinem Fabjańskim („Wysokie Obcasy”), w którym mówił o japońskiej tradycji shinrin yoku – czyli kąpieli w lesie. Wędrówki, spacery w miejscach zalesionych korzystnie wpływają na nasze zdrowie, samopoczucie, duszę. Chodząc po lesie, uwrażliwiamy się na przyrodę, nie myślimy o pracy, o problemach, staramy się wyciszyć. Niesamowite, że każde zjawisko można nazwać, nadać mu jakiś sens, przeprowadzić badania i opublikować.

Japońskie badania wykazały, że shinrin:

  • obniża ciśnienie krwi
  • reguluje puls
  • zmniejsza poziom kortyzolu (hormonu stresu)
  • dodaje sił witalnych
  • stanowi rodzaj szczepionki immunologicznej

Japońscy naukowcy twierdzą, że wdychając lotne substancje aromatyczne, które uwalniają drzewa, uodparniamy się na choroby.

Teraz już wiem, dlaczego nie choruję. W dzieciństwie bardzo często chodziłam na spacery z moimi rodzicami, to był taki nasz stały punkt programu wychowawczego. Pamiętam, jak tata mówił: „idziemy na spacer; jak chcesz, to idziesz dobrowolnie, a jak nie – to na przymus”. Nie miałam wyboru, więc spacerowałam zawsze.

Japończycy za shinrin yoku płacą duże pieniądze, my mamy go za darmo.

Pozdrawiam ciepło:)

 

Olejek lawendowy

Jeden z wielu olejków, które należy mieć w domu. Znany jest sposób na aromatyczny zapach w   szafie  z ubraniami : suszone kwiaty lawendy przechowywane w płóciennym woreczku na długo pozwolą zachować świeżość ubrań. Ja wykorzystuję lawendę do trochę innych celów. Lubię wieczorem zakropić poduszkę i kołdrę olejkiem lawendowym, to wpływa kojąco na układ nerwowy. Ten zapach mnie uspokaja, łagodzi skutki stresu i  zmęczenie po całym dniu bieganiny. Niweluje napięcie, odpręża. Ułatwia mi zasypianie. I tak wieczorem, kiedy nie mogę zasnąć , otulam się tą lawendową pierzynką, kojący zapach przenosi mnie do krainy pięknych snów.

Pozdrawiam ciepło:)

 

Bądź zdrów- smacznego!

Wydawnictwo Watra, Warszawa 1984

Irena Gumowska, która napisała książkę „Bądź zdrów-smacznego”,  jest również współautorką książki, o której pisałam wcześniej „Kuchnia i medycyna”. Nie jest to najświeższa pozycja, ale warta polecenia i godna przeczytania. Książka, która zajmuje w mojej kuchni ważne miejsce, która przypomina mi o odżywczej i leczniczej roli roślin. W sposób bardzo przystępny i jasny opisuje i charakteryzuje kolejne ziarna, rośliny strączkowe, warzywa i owoce. Do każdego rozdziału dodaje przepisy, bardzo szybkie i proste w przygotowaniu.

Wydaje mi się, że bardzo ważna jest profilaktyka. Jak mówi porzekadło „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Tak naprawdę jesteśmy zdani na siebie i to od nas zależy stan naszego organizmu, od nas zależy jakość naszego życia. Mamy wybór. Odpowiednim żywieniem nie tylko możemy utrzymać zdrowie, ale również wyleczyć się z wielu chorób i niedomagań. Racjonalne odżywianie pozwala niwelować skutki stresu, pozwala odtruć organizm w i tak już bardzo zanieczyszczonym środowisku.

Książka wydana w latach 80-tych, ale zagadnienie bardzo aktualne. Kochajmy siebie i dbajmy o nas samych i najbliższych. W ten sposób wyrażamy troskę o jakość naszego życia.

Pozdrawiam gorąco:)

 

Probiotyki

Po raz  pierwszy o roli probiotyków dowiedziałam się z książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”.   Przewód pokarmowy to nasz drugi mózg , a wytwarza więcej niż on neuroprzekaźników czyli  głównych związków biochemicznych regulujących nastrój i poziom energii. Probiotyki wspierają układ trawienny dzięki namnażaniu w jelitach zdrowych bakterii. Oczywiście najlepsze są naturalne probiotyki (kiszonki),  i tak codziennie naprzemiennie zjadam porcję kapusty kiszonej, ogórków i moje odkrycie sok z buraków kiszonych. Naprawdę pyszny. Ale od czasu do czasu wspomagam moje jelita zdrowymi bakteriami z kapsułki.

Tak mnie wciągnął ten temat, że zaczęłam dużo o nich czytać i  szukać najlepszej dla mnie opcji. Oczywiście były to poszukiwania amatora, moja wiedza na ten temat nie jest obszerna , ale wyszperałam, że jeżeli stosować probiotyki, to te najwyższej jakości. Muszą to być produkty zawierające żywe kultury  ludzkich szczepów bakterii – od 10 do 60 miliardów jednostek dziennie. Minimum cztery szczepy bakterii w kapsułce (jeden szczep DDS-1). Ważne jest zdrowe odżywianie, wspomaganie organizmu najwyższej jakości jedzeniem , gęstym w substancje odżywcze, bez tego nawet probiotyki zagubią się w otchłani chemicznie przetworzonej żywności.

Znalazłam taki probiotyk firmy Doppel herz aktiv na drażliwe jelita – spełnił wszystkie możliwe kryteria i oczekiwania.

Pozdrawiam gorąco:)

Olejek Tamanu

Przy okazji pisania o przebarwieniach wspomniałam o olejku Tamanu. Nie rozpisywałam się na temat jego cudownych właściwości, ponieważ zaczęłam go stosować od niedawna.Ale  już widzę efekty. To działa!

Trochę teorii: jest bardzo skuteczny w leczeniu problemów skórnych, pomaga przy łuszczycy, trądziku, bliznach. Mieszkańcy Polinezji używali go jako kosmetyku przeciwsłonecznego. Lepiej korzystać ze źródła niż z chemicznie przetworzonych preparatów. Poza tym ma właściwości gojące, nawilżające i przeciwzapalne, działa przeciwbólowo, zmniejsza opuchliznę, regeneruje skórę; dodatkowo zwalcza bakterie, grzyby i wolne rodniki. Nadaje się do każdego rodzaju cery.

Ja stosuję go bezpośrednio na skórę twarzy, na krem, rano i wieczorem. Oprócz tego smaruję suchą narośl na kostce, która niezmiennie towarzyszy mi od kilku lat i nie chce opuścić. Ale myślę, że nadszedł jej kres, bo zaczyna się zmniejszać, jest wyraźnie spłaszczona.

Wracając do przebarwień. Wiem, że jest to proces, może kilkuletni, ale widzę światełko w tunelu. Cera jest rozjaśniona, rozświetlona , opuchlizna pod oczami wchłania się w skórę. To jest już mój hit!

Pozdrawiam gorąco:)