List do Św. Mikołaja

Mało chcę. Trochę kolorów, bo obecne już trochę wyblakły.

Zostaw czerwień z płaszcza  pod poduszką . Pokoloruj serce, żeby było gorące i pełne czułości. Żeby żar nie tlił się nikłym blaskiem, a płonął codzienną miłością. Żywą jak krew czerwona.

Dodaj bieli z długiej, miękkiej brody. Żeby życie czyste było, bez utrapień i smutków. Pozbawione grudek piasku, co łzę wyciskają z oka.

Dodaj zielonego. Zazieleń każdy dzień nadzieją, że jutro będzie dobrze, a pojutrze jeszcze lepiej.

Jakie masz jeszcze dla mnie   kolory? Czerń i złoto.

Wybieram złoto, jak złoty jest kolor włosów moich dzieci pachnących wiatrem, jak złoty blask ich oczu skąpany w niewinności poranka…

Tyle…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Basia…

Niedawno pisałam o moim dziewięciotygodniowym szczęściu, a ono ma już 32 tygodnie i jest całkiem pokaźną dwukilową dziewczynką. Pływającą po nieograniczonych wodach płodowych, rozpychającą się nogami i rękami, rozciągając mi tym samym wszystkie możliwe warstwy skóry i mięśni. Miesiąc temu ułożyła się do wylotu. Po miesiącu zmieniła strategię i wypłynęła głową do góry, odbijając się boleśnie od dna.

Obecnie znów czeka, przygotowana do wyjścia. A my  czekamy razem z nią. Do stycznia jeszcze dużo czasu. Ale czasami odnoszę wrażenie, jakby już, w tej chwili chciała ujrzeć światło dzienne i poznać rodziców.

Jeszcze do niedawna ciąża to były mdłości, słabości, rosnący brzuch i ten charakterystyczny ucisk ograniczający oddychanie. Do każdego dnia podchodziłam zadaniowo, nie rozczulając się nad sobą, nad ciążą. Czego oczy nie widzą…

Wreszcie zobaczyły. Pierwszy raz w życiu widziałam dzieciątko w obrazie 3D. Rozczuliło mnie to totalnie. Szkoda, że byłam sama, bo mąż przez pół godziny krążył wokół przychodni, szukając miejsca  do parkowania. Niestety we Wrocławiu to graniczy z cudem i jeżeli w pobliżu nie ma galerii handlowej, gdzie można zostawić samochód, a potem przejść  do celu, to nie ma szans na zaparkowanie pod wybranym obiektem. Bez względu na godzinę.

Więc mam dowód w postaci dwóch zdjęć. Można było odebrać filmik upamiętniający to niezwykłe spotkanie, ale  „Nie zabrałam filmiku, bo mi się nie chciało – parafrazując słowa z  mojego ulubionego wiersza „Leń”. Kocham pana, panie Brzechwa. Pomyślałam, że niedługo będę mogła zobaczyć moją ukochana Basieńkę na żywo i pobiegłam szukać chłopaków.

Pokazałam zdjęcie mężowi. Był wzruszony. Ta realna istotka, ta żywa kuleczka chwyciła go za serce  podobnie jak mnie. Te drobniutkie rączki, które wkładała do buzi, te stópki, którymi zakrywała oczka chciałabym całować i przytulać do siebie już teraz.

Jeszcze muszę chwilę poczekać na Ciebie; rośnij zdrowo.

Kiedy lekarka zdziwiła się, że  ciąża jest naturalna i bez stymulacji hormonalnej, jeszcze bardziej doceniłam, jakim to dzieciątko  jest kolejnym cudem pojawiającym się w naszej rodzinie. I jak warto było na niego czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Sałatka z makaronem ryżowym i warzywami

Ubolewam nad tym, ale to nie jest mój autorski przepis. Niestety nie posiadam aż tak wysublimowanej wyobraźni kulinarnej. Moje kulinaria ograniczają się ostatnimi czasy do bigosu, zimnych nóżek (uwielbiam tą nazwę na galaretę z kurczaka) i jajek w majonezie, które mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację. Niestety, jak mam zapas (jakoś tak sprytnie mi wychodzi) to tak wygląda moje menu. Jaja nigdy mi się nie znudzą, mogę je pochłaniać w każdej odsłonie.

Ale przychodzi taki czas, że trzeba się odchamić i przygotować coś bardziej szykownego i wykwintnego, żeby odzwyczaić podniebienie od tych przaśnych dań i połechtać je czymś lekkim i ożywczym.

Kiedy mam chwilę, poszukuję przepisów w internecie na zasadzie „jak się uda i trafi, to fajnie”. I tym sposobem znalazłam przepis na sałatkę z makaronem ryżowym. Zjedliśmy ją z mężem na obiad na zimno, była pyszna. Danie trochę zmodyfikowałam, ponieważ w pierwotnej wersji było mango. U nas nikt oprócz mnie za nim nie przepada, więc znalazłam doskonały substytut w postaci ananasa.

Najpierw namoczyłam makaron, czyli zalałam go wrzątkiem. Po wyciągnięciu polecam go pokroić na krótsze niteczki. Łatwiej się je.

Następnie starłam marchewkę, kilkanaście rzodkiewek, ( nie miałam dużej rzodkwi), pokroiłam pomidora, ananasa.

Potem zielenina. Dużo zielonej pietruszki, dużo szczypiorku i dużo kolendry.

Na koniec dodałam makaron ryżowy i zalałam sosem. W sosie znalazły się: czosnek, imbir (oczywiście zbebłane), sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek, sos sojowy. W oryginalnym przepisie był olej sezamowy, tamari i sos rybny. Nie wystarczy oliwa i cytryna, trzeba dodać trochę smaków z kuchni azjatyckiej, wtedy sałatka będzie miała wyrazisty smak. Dzięki świeżym warzywom i owocom jej smak jest orzeźwiający i unikalny. Wreszcie mogłam się poszczycić wyrafinowanym obiadem. Życzyłabym sobie więcej takich dań. Są szybkie w wykonaniu, trzeba tylko przygotować odpowiednie produkty i wyzbyć się wymówek i lenia, który u mnie coraz częściej gości.

Na szczęście ta sałatka smakowała mojemu mężowi, dzieci nie wliczam, bo one nawet na nią nie spojrzały; ale czasami bezpieczniej jest podać sprawdzony bigos i uniknąć podejrzanego wzroku i  kwaśnej miny, a potem znów siedzieć w kuchni i kombinować, wymyślać co podać ukochanym pociechom do jedzenia. Aluzja dotyczy moich dzieci, dla których wszelkie nowości przyprawiają je o zawrót głowy i epitety „bleeeee”.

A’ propos kolacji, to u nas dzisiaj królują jajka w majonezie. Zapraszam 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przełom w budzeniu rodziców

Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale dzisiaj rano nastąpił nieoczekiwany  przełom w budzeniu. Może to była jednorazowa chwila słabości. Ale rano nie zostałam wyrwana ze zgrozą, z krzykiem ogłuszającym najtwardszego śpiocha z objęć Morfeusza.

Moja malutka pociecha, mój malutki wampirek przyszedł rano do łóżka i położył się obok mnie. Oczywiście wszystko musiało odbyć się na jego warunkach, tzn. nie mogłam się do niego odwrócić twarzą, skutecznie się przed tym bronił, a i ja nie nalegałam, leżąc jak w transie, żeby tylko nie zmienił zdania. Żebym mogła podelektować się tą rozkoszną kuleczką i ciepłą kołderką.

To było naprawdę miłe i takie nowe, mam nadzieję, że na stałe wejdzie już do kalendarza imprez domowych. Znów mogłam poczuć obok małą istotkę, z włochatą główką przytulającą się do maminego policzka i co najważniejsze nie zajmującej połowy łózka, jak to jest w przypadku starszego syna.

A swoją drogą ciekawe, czym było podyktowane. Rozwodzę się nad tym tematem, bo przez rok miałam hard-kor w budzeniu. Może to jest nagroda za to wstawanie bez narzekań, systematycznie, day by day, bez marudzenia, pokornie, wykonując swoją misję: kochając dziecko najmocniej i okazując mu to na każdym kroku. To procentuje.

Krzepiące i schlebiające  jest dopisywanie takiej filozofii, wiem, wiem. Po prostu dzisiaj nie śniły mu się koszmary, no i  pewnie warunki meteorologiczne były bardziej sprzyjające niż wczoraj.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Bezsenność w ciąży

Myślałam, że wyczerpałam już wszystkie zasoby ciążowych dolegliwości i objawów i że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Niestety, pojawiła się nagle,  znienacka, nieproszona, nieprzyzwoicie skuteczna w swoim natręctwie – bezsenność.

Nie ma chyba nic gorszego od bezsenności,  od niemożności zaśnięcia. Przykrywam się cudowną dłoni kołdrą i nic. Wiercę się na wszelkie możliwe strony. Dowiaduję się w międzyczasie, że mam takie rejony na ciele , o których nie miałam pojęcia. Swędzi mnie wszystko. Leżę i tracę wiarę, że kiedykolwiek zasnę. W takich momentach przypomina mi się przypadek mężczyzny, który cierpiał na jakąś tajemniczą chorobę i nie spał ponad sto dni. Niestety skończyło się to dla niego tragicznie.

Jakimś  cudem , pewnie nieświadomie, rodzina się ze mną solidaryzuje. Moje chłopaki też nie mogą spać. Starszy syn wchodzi o 2 w nocy do sypialni i stwierdza, że nie może zasnąć. W ogóle mnie to nie cieszy.  Mąż nie śpi do 4 nad ranem. Towarzyszy mi w mojej niedoli. Wiercimy się razem, chichramy, coś tam sobie obejrzymy, nerwowo zerkając na zegarek. Mam świadomość, że zaraz przybiegnie do mnie mały wampir i wygryzie mnie z tego wymoszczonego gniazda.

Pewnie w takim stanie trwałabym jeszcze ze sto lat, gdyby nie pamięć o generałowej Zajączkowej, żonie generała Józefa Zajączka, królowej śniegu – jak  nazywali ją  jej współcześni. Mówi się, że była prekursorką krioterapii, ponieważ całe życie, o każdej porze roku spała przy otwartym oknie, obłożona lodem, zmieniając pościel na zimną kilka razy w nocy. Dzieci nie miała, więc miała czas, żeby tak intensywnie dbać o siebie. Podobno w wieku osiemdziesięciu lat wyglądała na pięćdziesiąt. Była po prostu nieskazitelna, mój niedościgniony wzór, do tej pory.

Ja też byłam zwolenniczką spania przy otwartym oknie, ale w teorii. Niestety. Moja polonistka, wchodząc po dzwonku do klasy, zwykła mawiać: otworzyć okna – lepszy zdrowy chłodek niż ciepły smrodek. No, wstyd się przyznać, ale byłam innego zdania. Dopiero pamięć o generałowej Zajączkowej mogła mnie wybudzić z tego cieplarnianego letargu i duszności w ciąży.

Otworzyłam okno i doznałam olśnienia. Zasnęłam otulona podmuchem wiatru. Na drugi dzień podobnie, na trzeci też. Eureka. Znalazłam sposób na moją bezsenność. Teraz nie wyobrażam sobie zasypiania w dusznym pokoju, nie ma takiej opcji, dzięki tym podmuchom, mogę swobodnie oddychać, oczy same się zamykają.

Pomijam fakt, że dzisiaj byłam u lekarza z lekkim katarem, ale nawet to nie jest w stanie odstraszyć mnie przed otwarciem okna.  Nie marznę, zasypiam. Czego chcieć więcej. Pewnie to ta ciąża tak na mnie działa; ale póki działa, korzystam.

Wszystkim cierpiącym na bezsenność polecam zdrowy chłodek niż ciepły smrodek.

Pozdrawiam …, hmmm, ciepło 🙂

 

Wymarzony pobyt w SPA

Gdzie to było? Nie pamiętam. Jak dojechaliśmy? Nie pamiętam. Ale pachniało lasem. Pachniało igliwiem, w oddali majaczyły sylwetki grzybiarzy. Pachniało grzybami.

Byliśmy sami, bez dzieci. Sami.

W hotelu unosił  się zapach róż. Pewnie te smarowidła roznosiły taką woń. Zapach róż mieszał się z zapachem czekolady, pomarańczy, karmelu. Obezwładniająca mieszanka. Poczułam, że ślinianki zaczęły mi intensywniej pracować , tyle smakowitych zapachów i smaków. Gdyby nie fakt, że to SPA, pomyślałabym, że czeka na nas jakiś powitalny deser.

A tak, można się wysmarować czekoladą, ukradkiem ją zlizując z ciała. Można pokropić się olejkiem pomarańczowym i poczuć na sobie delikatne krople tego uzdrawiającego eliksiru.

Mogę bezkarnie leżeć na pachnącym łóżku, w czystej pościeli nie inkrustowanej okruchami z chleba i paprochami z bosych stóp moich dzieci i męża.

Mogę mieć zamknięte oczy, nie obawiając się małego podpułkownika szturchającego mnie swoją uroczą szabelką nawołującą mnie do porządku i stania na baczność. Nie muszę ich otwierać na każde zawołanie tysiąc razy dziennie. Co za rozkosz.

Mogę zapomnieć o kuchni i o gotowaniu. A tak w ogóle, to co to takiego? Nie znam.

Mogę przytulać się do męża, nie słysząc krzyku zazdrośnika. Możemy razem pójść na kawę i kolację. Pierwszy raz na naszym stoliku zabrakło okruchów i kawałków jedzenia z kolacji. Kiwi nie jest w maśle, a w herbacie nie pływają kawałki parówki. Nie do wiary, że to jest możliwe.  Na podłodze nic nie ma. A frytki? Chociaż one. Nie ma nic.

A dzieci? Z kim zostały? Sama nie wiem. Przyjechały posiłki i zajęły się  maluchami, w tym  jednym wyrośniętym. Taka informacja mi wystarczy.

Możemy spać do woli. Ojej, ktoś mnie szturcha, słyszę zatroskany głos męża: Aguniu, już siódma, śniadanie. Co!! Śniadanie serwują dopiero o 10. 00. Aaa, ja mam zrobić śniadanie. Nie, nie chcę. Nie chcę się obudzić…

 

 

 

+

Agresja w szkole

Odprowadzając dziecko do szkoły, mamy nadzieję, że będzie w niej bezpieczne, że wróci całe i zdrowe. Przecież szkoła posiada całą masę zabezpieczeń. Jest woźna w budce przy drzwiach, są blokady, są karty uniemożliwiające intruzom  wejście do niej.

Jako rodzic ucznia piątej klasy wymagam od nauczycieli, żeby pilnowali porządku w szkole. Żeby angażowali się w szkolną codzienność; żeby wypicie kawy w pokoju nauczycielskim  w czasie przerwy nie obyło się kosztem ucznia, który akurat potrzebuje atencji z jego strony i cierpliwej rozmowy.

Moim pragnieniem jest, żeby nauczyciel wykazał się wręcz nadgorliwą uważnością, bo tylko wtedy jest w stanie wyłapać anormalne zachowanie ucznia lub wręcz przeciwnie apatię, wycofanie, które mogą być spowodowane konfliktem w klasie, odsunięciem dziecka na margines przez innych kolegów.

Im więcej zaangażowania w życie klasy, tym zdrowsza będzie w niej atmosfera. Im więcej rozmów z uczniami pozbawionych krzyków i agresji, tym lepsze pokolenie ma szansę wyjść z takiej szkoły. To co dzieje się w szkole, głównie zależy od nauczycieli. Ale oni nastawieni są na  wbijanie wiedzy do głów, a mniej na funkcję wychowawczą, do której nie są przygotowani na studiach.

Oczywiście nie chodzi mi o scedowanie przez rodzica na nauczyciela  odpowiedzialności   za dziecko, ponieważ uważam, że największa robota wychowawcza należy do rodzica. Ale jeżeli rodzic jest lekko zagubiony wychowawczo, bezradny,  to nauczyciel powinien być na tyle przygotowany do pracy z uczniem, z rodzicem,  żeby ich wesprzeć, naprowadzić, pomóc, wzmocnić nadwątlony system wartości.

Co mnie skłoniło do takich refleksji? Ano piątkowy incydent w klasie mojego syna, gdzie jeden z chłopców w czasie przerwy w szatni zaatakował drugiego. Pchnął go z całej siły na ławkę. Złość spowodowana była przegraną na w-fie. Skończyło się na tym , że do szkoły przyjechała karetka i zabrała poszkodowanego ucznia do szpitala.

A tam czekała na niego bolesna operacja pod pełną narkozą, ból, stres, kroplówki, leki przeciwbólowe, niepewność, strach, długa rekonwalescencja.

Chciałabym mieć większe zaufanie do nauczycieli. Ale jak je wypracować, kiedy napotykam opór z ich strony i obojętność.

Kiedy wróciłam do pracy w szkole po dłuższej nieobecności, a tuż przed zajściem w drugą ciążę, uczniowie pytali mnie naprawdę zdziwieni; dlaczego pani jest dla nas taka miła. Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, byłam nim skrępowana i lekko zszokowana. Nie minęło kilka tygodni, a już wiedziałam, że pytanie jest jak najbardziej uzasadnione. Na szczęście zaszłam w ciążę i mogłam się z tą szkołą pożegnać. Szkoda mi było tylko moich uczniów.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Krzywa cukrowa w ciąży

Wczoraj miałam słodkie badanie krzywej cukrowej. W swojej naiwności  myślałam, że  to badanie mnie ominie. Coś się stanie takiego, co uniemożliwi mi pójście do laboratorium i wypicie szklanki cukru z małą ilością wody. Nie wiem, co to miałoby być, może liczyłam, że zadzwoni moja lekarka i powie: właściwie to mnie musi pani robić tego badania, moje doświadczenie podpowiada mi, że nie ma pani cukrzycy ciążowej. Niestety, tak się nie stało, chociaż kombinowałam na wszystkie możliwe sposoby, żeby go uniknąć. I tak jak wszystkie badania, również to robiłam na ostatnią chwilę.

W pierwszej sekundzie pomyślałam sobie, że nie ma gorszej ingerencji badawczej w czasie ciąży niż wypicie gęstego, słodkiego, lepkiego płynu na czczo i czekanie z tym czymś w żołądku ponad dwie godziny, bycie kłutym cztery razy: raz w palec, trzy razy w żyłę.

Ale moja pamięć mnie nie zawiodła, o zgrozo, i szybko przypomniała mi jedno z badań, kiedy byłam w drugiej ciąży:  szukanie szyjki macicy. Nie wiem, czy któraś z przyszłych mam miała takie badanie, ale nie polecam.

Taka zabawa w kotka i myszkę. Lekarz chce dopaść szyjkę,  a ona mu ucieka. Poszukiwania po kilku mocnych minutach przyniosły oczekiwane rezultaty, ale co się nadziwiłam i napociłam (lekko powiedziane), że w ogóle coś takiego może się stać, to moje. Kiedy oczy zaczynały mi wychodzić z orbit, lekarz łagodnym głosem mówił: już mam, już mam, ale wystarczyło, że je zamknęłam  w pełnym zaufaniu, słyszałam: gdzie jesteś, gdzie jesteś, a potem: już prawie, już.  Słowa krzepiące, ale czas wydłużał się niemiłosiernie.

Na koniec, kiedy szyjka została znaleziona, gdzieś w brzuchu pewnie, zobaczyłam w rękach lekarza metalowy, długi przedmiot przypominający lornetkę  sprzed wieku. Poczułam się jak na sali tortur w najgorszym śnie i pomyślałam wtedy, za jakie grzechy. Ja tylko zaszłam w ciążę i to z kalendarzykiem w ręku.

Pomyślałam, że jak szyjka została znaleziona, to teraz trzeba sprawdzić, czy aby znów nie uciekła. Ale okazało się, że ten przedmiot posłużył lekarzowi do oględzin wód płodowych. Teraz mogę z dumą powtórzyć za Terencjuszem, że człowiekiem jestem i nic co ludzkie, nie jest mi obce.

Wracając do krzywej cukrowej, to nie jest aż tak źle.  Przyjmując, że w przychodni znajdzie się z nami mąż pilnujący szalonego malucha, biegającego za nim w kąta w kąt. Jedyny plus całego zamieszania związanego z tym testem, to fakt, że musiałam siedzieć, nie wykonując żadnych ruchów, żeby nie zafałszować badania. Miałam dwie godziny odpoczynku, dwie godziny relaksu z mdłościami w tle, w pełnym bezruchu  i mogłam korzystać z uroków macierzyństwa, przyglądając się mężowi zajmującemu się naszym synkiem.

A mąż…, mąż po przyjściu do domu był tak wykończony obcowaniem w takich warunkach z dzieckiem, że  musiał wziąć sobie na ten dzień urlop.

I tym sposobem mieliśmy cały poniedziałek dla siebie. Prawie cały 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Szkolne dylematy chłopca

Ponad miesiąc temu zaczął się rok szkolny, a wraz z nim demonizowanie szkoły i nauczycieli przez mojego starszego syna, który bardzo jej nie lubi. Ale u nas to chyba rodzinne. Ta awersja do szkoły przechodzi z rodzica na dzieci, ale tylko mentalnie, nigdy werbalnie, ponieważ nie mam w zwyczaju narzekania na szkołę i nauczycieli.

Argumenty typu: szkoła otworzy ci drzwi do sukcesu, dzięki niej możesz robić wszystko ( w uproszczeniu), afirmacje  jakoś do niego nie przemawiają. Miał nawet epizod, kiedy bardzo chciał chodzić do OHP. Kopanie rowów – ekstra. Po co mi pieniądze, przecież i tak zawsze będę mieszkał z rodzicami.

W tym roku doszły mu nowe przedmioty muzyczne i kolejny instrument. W piątej klasie jest to fortepian. Wraz z fortepianem pojawiła się nowa nauczycielka. I jak to bywa w eter poszła informacja, że jest to straszna kosa, że krzyczy na uczniów, ze ktoś przez nią nie zdał do następnej klasy.

Zapobiegawczy  rodzice poprzepisywali swoje pociechy do innej nauczycielki, żeby uchronić dzieci przed niechybną porażką, przed kompromitacją i niezdanym egzaminem.

Po pierwszych zajęciach syn stwierdził, że pani jest bardzo miła. Uśmiechała się i nie krzyczała. Kamień z serca. Pomyślałam, że jeden problem odszedł, może będzie spokój. Ale w drugim tygodniu pani zmieniła front i z relacji syna wynikało, że jednak jest niemiła, że krzyczy, nawet nazwała go kilka razy gamoniem. Po kilku dniach (z opowieści ucznia) okazało się, ze złapała jednego kolegę za rękę i uderzyła o klawisze fortepianu, wykrzykując przy tym , jakim jest niezdolnym, pozbawionym talentu uczniem.

Ojej, ciężka przeprawa, kolejny kwiatek do kożucha. Już zaczęłam być czujna. Zastanawiałam się, czy mamy jakąś alternatywę w postaci innej nauczycielki.

W poniedziałek poszłam  z synem na zajęcia. Stałam na czatach, żeby w razie jakiejś draki ( czyt. płacz, szlochanie, krzyki, uderzenia linijką) być w pogotowiu. Młodszy biegał po szkole. Najbardziej podobały mu się szpilki na gazetkach ściennych, a że jest dzieckiem eksplorującym świat, musiał również zapoznać się z ich wyglądem, dotknąć, wyciągnąć, wyrzucić, podnieść, zjeść.

Po takiej godzinnej bieganinie chłopaczyna był już na tyle zmęczony, że płacz i krzyk był jego jedynym sprzymierzeńcem i tylko w ten sposób komunikował głód, zmęczenie i pragnienie.   Akurat w czasie fortepianowych zajęć strasznie dokazywał na korytarzu, płakał i krzyczał na przemian. Już był na tyle zmęczony i zdezorientowany, że trudno było mu się uspokoić.

Uciekałam stamtąd jak mogłam najszybciej. Wreszcie skończyły się zajęcia i mogłam odetchnąć. Syn w dramatyczny sposób, teatralnym  gestem i głosem oznajmił, że pani była straszna, że postawiła mu  minus i jeszcze kilka innych uwag. Poza tym bardzo przeszkadzał jej krzyk młodszego syna,  nie mogła pracować.

Wykazałam wszystkie cechy przewrażliwionej na punkcie swoich dzieci matki i podjęłam decyzje przepisania syna do innej nauczycielki. Oznajmiłam mężowi, że idziemy do niej od razu, póki emocje wzięły górę.

Teraz ja w teatralnym geście wzięłam na ręce to rozwrzeszczane dziecię, mąż oczywiście przekazał mi pałeczkę do działania – czyli otworzył mi drzwi, żebym przypadkiem nie weszła druga i …

Ujrzałam serdecznie uśmiechniętą  panią w średnim wieku; przywitałam się, przedstawiłam, nauczycielka uśmiechnęła się miło i w tym momencie złość minęła. Zamiast wyciągnąć przeciwko niej moje działa, ostre pazury, przeprosiłam za krzykliwego wampirka. Stwierdziłam , że rozumiem jej złość, bo wiem, jak trudno pracuje się w hałasie. Sama jestem nauczycielką. W odpowiedzi usłyszałam, że nie było tak źle i że ona też rozumie zmęczenie dziecka.

Mąż kompletnie zdezorientowany, ne spodziewał się takiego obrotu sprawy. Myślał, że będzie świadkiem jakiejś ostrej wymiany zdań, a tu spokój i opanowanie. Kiedy zobaczyłam uśmiech, nie miałam siły na żadne ataki i stwarzanie problematycznej sytuacji.  Agresja przeciwko uśmiechowi. Nie, to nie w moim stylu. Podpytałam jeszcze  o ten minus, który obiecała zniwelować po prawidłowym wykonaniu ćwiczenia.

I tak na koniec naszła mnie taka refleksja, jak mało mi potrzeba, jak mało jestem wymagająca w stosunku do osób  przy pierwszym kontakcie. Wystarczy mi uśmiech, miłe słowo,nie oczekuję  żadnych fajerwerków, żadnych egzaltowanych zachować, jakiejś atencji.

Chcę, żeby ludzie byli dla siebie mili, odnosili się do siebie z szacunkiem. To mi wystarczy, gdziekolwiek jestem, czy w szkole, czy w sklepie. Czy mam do czynienia z woźnym, czy mam do czynienia z dozorcą na klatce schodowej, z kimkolwiek. Pomimo, że to nic nie kosztuje, czasami   mam wrażenie, że jest to towar deficytowy, na wagę złota.

W drodze do domu syn pytał i co, i co. A ja na to, że jestem zła na siebie, że dałam się ponieść emocjom, że tak szybko oceniłam człowieka po pozorach i opiniach innych, że chciałam wywołać burzę w szklance wody. Dodałam, że przeprosiłam panią za młodszego brata.

Wtedy  syn zrewanżował mi się swoją hipotezą , że miał podobną sytuację, w której nauczycielka złapała go za rękę, ale nie w celu uderzenia nią o fortepian, a w celu udaremnienia zagrania złego dźwięku i że tamten kolega chyba trochę wyolbrzymił cała tą sytuację, chcąc nastraszyć innych chłopaków i nakręcić rodziców.

Zajęcia z fortepianu w następny poniedziałek, mam nadzieje, że nie będę musiała prostować swoich słów. Daj Boże.

 

Pozdrawiam ciepło, już jesiennie 🙂

Sezon jelitówek uważam za otwarty

No i zaczęło się.  Przychodzi zawsze znienacka; dlatego, gdy ktoś pyta, czy jesteśmy zdrowi, odpowiadam: dzisiaj tak. Kiedy lekarka pyta, czy mały ma wysypkę, odpowiadam: rano jeszcze  nie miał. Jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu opinii na temat zdrowia. Zresztą mamy wiedzą najlepiej; kładą spać dzieci zdrowe, a budzą się chore.

Podobnie było u nas. Wszystko szło lawinowo. Pierwszy poległ na placu boju najmłodszy w rodzinie. Od rana zaczął wymiotować. Najgorsze, że nie skojarzyłam tego z wymiotami, tylko z refluksem. Pomyślałam, że mi się dziecko dusi, bo wydawał takie dziwne odgłosy. Ale kiedy zaczęło się na dobre, rozwiałam swoje wątpliwości. Muszę popracować nad sobą, żeby  nie wyszukiwać chorób, o których nie śniło się nawet filozofom. Już taka panikarska  natura. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarka w naszej osiedlowej przychodni   zabroniła mi zaglądać do internetu, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

Drugi poległ starszy syn. Wrócił ze szkoły blady jak ściana z bolącym brzuchem. Zwijał się bólu, powstrzymując ze strachu wymioty. Ile musiałam natłumaczyć, że nic się nie stanie, że to naturalny odruch, kiedy organizm chce się pozbyć intruza. Może wreszcie zrozumie, że choroba to nie jest dobry sposób na uniknięcie szkoły, o co tak skrupulatnie zabiegał.

Wieczorem ja padłam ofiarą wirusa, który potocznie nazywamy jelitówką. Akurat jadłam kolację, oglądając sobie spokojnie telewizor. Dzieci spały wykończone chorobą, mąż na sportach, wreszcie względny spokój. Już czułam, że coś się kręci, ale dalej wpychałam kolację na siłę. Jadłam halibuta ( czyli buta Haliny), moje łakomstwo wzięło górę,  jak mogłam zrezygnować z takiej pysznej ryby. Ostatni kęs był dosłownie ostatnim kęsem. Wylądowałam w toalecie razem z kolacją. Noc z głowy.

Ostatni był mąż. Wrócił ze swoich sportów, zjadł kolację i… zaczęło się…

Choroba dzieci to zawsze wyzwanie dla rodziców. Najmłodsze dziecko jeszcze nie mówi, więc intuicyjnie trzeba badać, co mu dolega, czego potrzebuje, co go boli. Najważniejsza dla mnie jest troska i cierpliwość, żeby nie polec razem z nimi rozdarta przez nerwy. To co w głowie – to moje, to inna bajka, strach nie jest dobrym doradcą;  dla nich na zewnątrz – siła i opanowanie. Najważniejsze, żeby nie dać się sprowokować słabości.

Wokół mnie jakoś dużo chorób ostatnio. Córka znajomych miała operację guza mózgu. Dziewczynka w wieku mojego starszego syna. W takich wypadkach pozostaje rodzicom zaufać lekarzom i modlić się żarliwie o zdrowie, o cud.

A mi pozostaje podziękować Bogu, że to tylko jelitówka.

Pozdrawiam ciepło 🙂