Krzywa cukrowa w ciąży

Wczoraj miałam słodkie badanie krzywej cukrowej. W swojej naiwności  myślałam, że  to badanie mnie ominie. Coś się stanie takiego, co uniemożliwi mi pójście do laboratorium i wypicie szklanki cukru z małą ilością wody. Nie wiem, co to miałoby być, może liczyłam, że zadzwoni moja lekarka i powie: właściwie to mnie musi pani robić tego badania, moje doświadczenie podpowiada mi, że nie ma pani cukrzycy ciążowej. Niestety, tak się nie stało, chociaż kombinowałam na wszystkie możliwe sposoby, żeby go uniknąć. I tak jak wszystkie badania, również to robiłam na ostatnią chwilę.

W pierwszej sekundzie pomyślałam sobie, że nie ma gorszej ingerencji badawczej w czasie ciąży niż wypicie gęstego, słodkiego, lepkiego płynu na czczo i czekanie z tym czymś w żołądku ponad dwie godziny, bycie kłutym cztery razy: raz w palec, trzy razy w żyłę.

Ale moja pamięć mnie nie zawiodła, o zgrozo, i szybko przypomniała mi jedno z badań, kiedy byłam w drugiej ciąży:  szukanie szyjki macicy. Nie wiem, czy któraś z przyszłych mam miała takie badanie, ale nie polecam.

Taka zabawa w kotka i myszkę. Lekarz chce dopaść szyjkę,  a ona mu ucieka. Poszukiwania po kilku mocnych minutach przyniosły oczekiwane rezultaty, ale co się nadziwiłam i napociłam (lekko powiedziane), że w ogóle coś takiego może się stać, to moje. Kiedy oczy zaczynały mi wychodzić z orbit, lekarz łagodnym głosem mówił: już mam, już mam, ale wystarczyło, że je zamknęłam  w pełnym zaufaniu, słyszałam: gdzie jesteś, gdzie jesteś, a potem: już prawie, już.  Słowa krzepiące, ale czas wydłużał się niemiłosiernie.

Na koniec, kiedy szyjka została znaleziona, gdzieś w brzuchu pewnie, zobaczyłam w rękach lekarza metalowy, długi przedmiot przypominający lornetkę  sprzed wieku. Poczułam się jak na sali tortur w najgorszym śnie i pomyślałam wtedy, za jakie grzechy. Ja tylko zaszłam w ciążę i to z kalendarzykiem w ręku.

Pomyślałam, że jak szyjka została znaleziona, to teraz trzeba sprawdzić, czy aby znów nie uciekła. Ale okazało się, że ten przedmiot posłużył lekarzowi do oględzin wód płodowych. Teraz mogę z dumą powtórzyć za Terencjuszem, że człowiekiem jestem i nic co ludzkie, nie jest mi obce.

Wracając do krzywej cukrowej, to nie jest aż tak źle.  Przyjmując, że w przychodni znajdzie się z nami mąż pilnujący szalonego malucha, biegającego za nim w kąta w kąt. Jedyny plus całego zamieszania związanego z tym testem, to fakt, że musiałam siedzieć, nie wykonując żadnych ruchów, żeby nie zafałszować badania. Miałam dwie godziny odpoczynku, dwie godziny relaksu z mdłościami w tle, w pełnym bezruchu  i mogłam korzystać z uroków macierzyństwa, przyglądając się mężowi zajmującemu się naszym synkiem.

A mąż…, mąż po przyjściu do domu był tak wykończony obcowaniem w takich warunkach z dzieckiem, że  musiał wziąć sobie na ten dzień urlop.

I tym sposobem mieliśmy cały poniedziałek dla siebie. Prawie cały 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Szkolne dylematy chłopca

Ponad miesiąc temu zaczął się rok szkolny, a wraz z nim demonizowanie szkoły i nauczycieli przez mojego starszego syna, który bardzo jej nie lubi. Ale u nas to chyba rodzinne. Ta awersja do szkoły przechodzi z rodzica na dzieci, ale tylko mentalnie, nigdy werbalnie, ponieważ nie mam w zwyczaju narzekania na szkołę i nauczycieli.

Argumenty typu: szkoła otworzy ci drzwi do sukcesu, dzięki niej możesz robić wszystko ( w uproszczeniu), afirmacje  jakoś do niego nie przemawiają. Miał nawet epizod, kiedy bardzo chciał chodzić do OHP. Kopanie rowów – ekstra. Po co mi pieniądze, przecież i tak zawsze będę mieszkał z rodzicami.

W tym roku doszły mu nowe przedmioty muzyczne i kolejny instrument. W piątej klasie jest to fortepian. Wraz z fortepianem pojawiła się nowa nauczycielka. I jak to bywa w eter poszła informacja, że jest to straszna kosa, że krzyczy na uczniów, ze ktoś przez nią nie zdał do następnej klasy.

Zapobiegawczy  rodzice poprzepisywali swoje pociechy do innej nauczycielki, żeby uchronić dzieci przed niechybną porażką, przed kompromitacją i niezdanym egzaminem.

Po pierwszych zajęciach syn stwierdził, że pani jest bardzo miła. Uśmiechała się i nie krzyczała. Kamień z serca. Pomyślałam, że jeden problem odszedł, może będzie spokój. Ale w drugim tygodniu pani zmieniła front i z relacji syna wynikało, że jednak jest niemiła, że krzyczy, nawet nazwała go kilka razy gamoniem. Po kilku dniach (z opowieści ucznia) okazało się, ze złapała jednego kolegę za rękę i uderzyła o klawisze fortepianu, wykrzykując przy tym , jakim jest niezdolnym, pozbawionym talentu uczniem.

Ojej, ciężka przeprawa, kolejny kwiatek do kożucha. Już zaczęłam być czujna. Zastanawiałam się, czy mamy jakąś alternatywę w postaci innej nauczycielki.

W poniedziałek poszłam  z synem na zajęcia. Stałam na czatach, żeby w razie jakiejś draki ( czyt. płacz, szlochanie, krzyki, uderzenia linijką) być w pogotowiu. Młodszy biegał po szkole. Najbardziej podobały mu się szpilki na gazetkach ściennych, a że jest dzieckiem eksplorującym świat, musiał również zapoznać się z ich wyglądem, dotknąć, wyciągnąć, wyrzucić, podnieść, zjeść.

Po takiej godzinnej bieganinie chłopaczyna był już na tyle zmęczony, że płacz i krzyk był jego jedynym sprzymierzeńcem i tylko w ten sposób komunikował głód, zmęczenie i pragnienie.   Akurat w czasie fortepianowych zajęć strasznie dokazywał na korytarzu, płakał i krzyczał na przemian. Już był na tyle zmęczony i zdezorientowany, że trudno było mu się uspokoić.

Uciekałam stamtąd jak mogłam najszybciej. Wreszcie skończyły się zajęcia i mogłam odetchnąć. Syn w dramatyczny sposób, teatralnym  gestem i głosem oznajmił, że pani była straszna, że postawiła mu  minus i jeszcze kilka innych uwag. Poza tym bardzo przeszkadzał jej krzyk młodszego syna,  nie mogła pracować.

Wykazałam wszystkie cechy przewrażliwionej na punkcie swoich dzieci matki i podjęłam decyzje przepisania syna do innej nauczycielki. Oznajmiłam mężowi, że idziemy do niej od razu, póki emocje wzięły górę.

Teraz ja w teatralnym geście wzięłam na ręce to rozwrzeszczane dziecię, mąż oczywiście przekazał mi pałeczkę do działania – czyli otworzył mi drzwi, żebym przypadkiem nie weszła druga i …

Ujrzałam serdecznie uśmiechniętą  panią w średnim wieku; przywitałam się, przedstawiłam, nauczycielka uśmiechnęła się miło i w tym momencie złość minęła. Zamiast wyciągnąć przeciwko niej moje działa, ostre pazury, przeprosiłam za krzykliwego wampirka. Stwierdziłam , że rozumiem jej złość, bo wiem, jak trudno pracuje się w hałasie. Sama jestem nauczycielką. W odpowiedzi usłyszałam, że nie było tak źle i że ona też rozumie zmęczenie dziecka.

Mąż kompletnie zdezorientowany, ne spodziewał się takiego obrotu sprawy. Myślał, że będzie świadkiem jakiejś ostrej wymiany zdań, a tu spokój i opanowanie. Kiedy zobaczyłam uśmiech, nie miałam siły na żadne ataki i stwarzanie problematycznej sytuacji.  Agresja przeciwko uśmiechowi. Nie, to nie w moim stylu. Podpytałam jeszcze  o ten minus, który obiecała zniwelować po prawidłowym wykonaniu ćwiczenia.

I tak na koniec naszła mnie taka refleksja, jak mało mi potrzeba, jak mało jestem wymagająca w stosunku do osób  przy pierwszym kontakcie. Wystarczy mi uśmiech, miłe słowo,nie oczekuję  żadnych fajerwerków, żadnych egzaltowanych zachować, jakiejś atencji.

Chcę, żeby ludzie byli dla siebie mili, odnosili się do siebie z szacunkiem. To mi wystarczy, gdziekolwiek jestem, czy w szkole, czy w sklepie. Czy mam do czynienia z woźnym, czy mam do czynienia z dozorcą na klatce schodowej, z kimkolwiek. Pomimo, że to nic nie kosztuje, czasami   mam wrażenie, że jest to towar deficytowy, na wagę złota.

W drodze do domu syn pytał i co, i co. A ja na to, że jestem zła na siebie, że dałam się ponieść emocjom, że tak szybko oceniłam człowieka po pozorach i opiniach innych, że chciałam wywołać burzę w szklance wody. Dodałam, że przeprosiłam panią za młodszego brata.

Wtedy  syn zrewanżował mi się swoją hipotezą , że miał podobną sytuację, w której nauczycielka złapała go za rękę, ale nie w celu uderzenia nią o fortepian, a w celu udaremnienia zagrania złego dźwięku i że tamten kolega chyba trochę wyolbrzymił cała tą sytuację, chcąc nastraszyć innych chłopaków i nakręcić rodziców.

Zajęcia z fortepianu w następny poniedziałek, mam nadzieje, że nie będę musiała prostować swoich słów. Daj Boże.

 

Pozdrawiam ciepło, już jesiennie 🙂

Sezon jelitówek uważam za otwarty

No i zaczęło się.  Przychodzi zawsze znienacka; dlatego, gdy ktoś pyta, czy jesteśmy zdrowi, odpowiadam: dzisiaj tak. Kiedy lekarka pyta, czy mały ma wysypkę, odpowiadam: rano jeszcze  nie miał. Jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu opinii na temat zdrowia. Zresztą mamy wiedzą najlepiej; kładą spać dzieci zdrowe, a budzą się chore.

Podobnie było u nas. Wszystko szło lawinowo. Pierwszy poległ na placu boju najmłodszy w rodzinie. Od rana zaczął wymiotować. Najgorsze, że nie skojarzyłam tego z wymiotami, tylko z refluksem. Pomyślałam, że mi się dziecko dusi, bo wydawał takie dziwne odgłosy. Ale kiedy zaczęło się na dobre, rozwiałam swoje wątpliwości. Muszę popracować nad sobą, żeby  nie wyszukiwać chorób, o których nie śniło się nawet filozofom. Już taka panikarska  natura. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarka w naszej osiedlowej przychodni   zabroniła mi zaglądać do internetu, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

Drugi poległ starszy syn. Wrócił ze szkoły blady jak ściana z bolącym brzuchem. Zwijał się bólu, powstrzymując ze strachu wymioty. Ile musiałam natłumaczyć, że nic się nie stanie, że to naturalny odruch, kiedy organizm chce się pozbyć intruza. Może wreszcie zrozumie, że choroba to nie jest dobry sposób na uniknięcie szkoły, o co tak skrupulatnie zabiegał.

Wieczorem ja padłam ofiarą wirusa, który potocznie nazywamy jelitówką. Akurat jadłam kolację, oglądając sobie spokojnie telewizor. Dzieci spały wykończone chorobą, mąż na sportach, wreszcie względny spokój. Już czułam, że coś się kręci, ale dalej wpychałam kolację na siłę. Jadłam halibuta ( czyli buta Haliny), moje łakomstwo wzięło górę,  jak mogłam zrezygnować z takiej pysznej ryby. Ostatni kęs był dosłownie ostatnim kęsem. Wylądowałam w toalecie razem z kolacją. Noc z głowy.

Ostatni był mąż. Wrócił ze swoich sportów, zjadł kolację i… zaczęło się…

Choroba dzieci to zawsze wyzwanie dla rodziców. Najmłodsze dziecko jeszcze nie mówi, więc intuicyjnie trzeba badać, co mu dolega, czego potrzebuje, co go boli. Najważniejsza dla mnie jest troska i cierpliwość, żeby nie polec razem z nimi rozdarta przez nerwy. To co w głowie – to moje, to inna bajka, strach nie jest dobrym doradcą;  dla nich na zewnątrz – siła i opanowanie. Najważniejsze, żeby nie dać się sprowokować słabości.

Wokół mnie jakoś dużo chorób ostatnio. Córka znajomych miała operację guza mózgu. Dziewczynka w wieku mojego starszego syna. W takich wypadkach pozostaje rodzicom zaufać lekarzom i modlić się żarliwie o zdrowie, o cud.

A mi pozostaje podziękować Bogu, że to tylko jelitówka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Plusy ciąży

Żeby nie było, że ciągle narzekam, będąc w ciąży, znalazłam jej plusy. Ale zastrzegam, że to moje indywidualne plusy, nie konfrontowane z konsylium lekarskim. Nie jest ich dużo, ale można się nimi nasycić.  Pewnie dla każdej przyszłej mamy co innego odgrywa dominującą rolę, co innego jest ważne, inaczej postrzega ciążę.

Pomijam sprawę posiadania potomka, bo to jest oczywiste, to jest priorytet. Na tym się nie skupiam.

Po pierwsze – będąc w ciąży, wreszcie nie muszę nagminnie wciągać brzucha. Co za ulga. Mogę jeść do woli i bez wyrzutów sumienia prezentować małą piłkę przed sobą. Chociaż to prezentowanie piłki nie wiąże się się dla każdego z brzuchem ciążowym. Nie jest tak dobrze, to nie jest takie oczywiste. Nie raz widziałam dyskretne spojrzenia w stronę brzucha. Takie jedno oko na Maroko, a drugie na Kaukaz. Od razu rozwiewałam wszelkie wątpliwości, informując z satysfakcją, że trzecie dziecko w drodze. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać: myślałam, że to pozostałości po drugiej ciąży.

Po drugie można stać w kolejce bez kolejki, o ile się upomni. Raz byłam miło zaskoczona. Stojąc w kolejce do kasy w Rosmanie (akurat miał wdrożony program „Kobiety w ciąży bez kolejki”), usłyszałam: pani w ciąży, zapraszam. Domyśliłam się, że chodzi o mnie. Już nie wyprowadzałam kasjerki z błędu,tłumacząc, że właśnie jestem po porodzie i to są widoczne pozostałości. Nawet ściskające pasy nie pomogły, musiałam odczekać rok, zanim brzuch wrócił do normy.

Pamiętam, jak żartowałam, mówiąc do męża przekonana, że już nie będę w trzeciej ciąży: trzecie dziecko dopiero wtedy, jak będę miała płaski brzuch. Jaki los potrafi być przewrotny, przecież ja tylko żartowałam.

Po trzecie – ruchy dziecka. Najczulszy kontakt, najczulsza pieszczota , jaką można sobie wyobrazić. Czasami bolesny, jak bobasek  przejedzie piętą po całej długości brzucha, ale jakże żywotny. Świadczący o sile, chęci ujrzenia świata. To rozczulający moment, kruszący najbardziej zatwardziałe serca. Symbioza matki z dzieckiem. Błogostan.

Syn mi podpowiedział, że plusem jest to, że nie muszę chodzić do pracy. No pewnie, do tego   leżę cały dzień i odpoczywam.

A mąż dodał, że rosną mi ładne włosy. Tylko gdzie, pytam.

O rany, znów zaczynam narzekać… 🙂

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Niekończący się dzień

Moja babcia nie lubiła lata. Kojarzyło się jej z długim , niekończącym się dniem. Z robieniem przetworów, obróbką warzyw i owoców;  i jasnością, która nie pozwalała zasnąć.

Wolała zimę. Krótkie, ciemne dni. Szybkie powroty z pracy do domu. Można było pospiesznie położyć się spać, i obowiązków jakby mniej.

Coś chyba przeszło z babci na mnie.  Nie żebym nie lubiła lata. Kocham ciepło i słońce. A wakacje są moją ulubioną porą roku.  Ale odnoszę wrażenie, jakby dzień miał nigdy się nie skończyć.

Zaczyna się bardzo wcześnie. I nie ma żadnego znaczenia , że dziecko zasypia po 22.00. Rano słyszę „bęc” z łóżeczka i poszukiwanie najpierw kubeczka z wodą, następnie butelki z mlekiem. Kiedy poszukiwania kończą się fiaskiem, rozlega się dramatyczny płacz. W ten sposób zostaję wywołana do kuchni. Jakbym w jakiś cudowny sposób  zdążyła zapomnieć, że mam  obowiązki, dziecko zawsze przypomni.

Pozostałe borsuki dochodzą do nas i tak pomału zapełniamy te przysłowiowe cztery ściany.

A potem to już proza życia. Rzeczywistość wszystkich pozostających w domu mam. Na domowym etacie. Nic ciekawego. Ot takie tam zwyczajne zajęcia. Dużo zajęć. Może nie są to spotkania biznesowe, ale kawę zawsze można wypić.

Z utęsknieniem czekam na wieczór. A on nie nadchodzi. Dzień trwa w nieskończoność. Dziecko nie zasypia, drugie do nocy na podwórku. Kuchnia ciągle otwarta, ciągle na najwyższych obrotach, bo to przecież ciągle głodne.

I tym sposobem robi się godzina pierwsza w nocy. A tu jeszcze trzeba spokojnie zasnąć, kiedy w domu 30 stopni. A jak tu zasnąć, kiedy straszy syn pojawia się i znika jak zjawa w sypialni rodziców i miauczy, że nie może spać. Zmusza matkę, żeby poszła go utulić do snu. A ja? Kto mnie utuli?

Wreszcie zasypiam, kręcąc się z boku na bok. Może o drugiej? I mam te parę godzin na sen. Płytki i przerywany. Ale na bezrybiu i rak ryba.

A rano o  szóstej zero, zero zaczynam dzień… ciepły, letni, słoneczny; mamooo, głodny…

Pozdrawiam ciepło 🙂

Wakacje nad morzem

Wreszcie doczekałam się wyjazdu. Morze…

Podróż na niezatłoczonej drodze to rozkosz, luksus; to  pokonywanie kolejnych kilometrów bez dręczących myśli, kiedy mój mąż będzie chciał wyprzedzić cała kolumnę tirów. Obyło się bez tego. Mogłam się zrelaksować, nawet przy tak dynamicznej, ale bezpiecznej jeździe, jaką preferuje mój mąż.

Mieszkamy przy samym morzu. Z domu mamy pół minuty na plażę. To ogromna wygoda, zwłaszcza jak starszy cały czas piszczy, że chce nad morze. To jego pierwsze spotkanie z takim żywiołem, z taką scenerią, nie można się mu dziwić. A on nie może się nadziwić, dlaczego jeszcze tu nie był. To pytanie do rodziców. Młodszy otworzył szeroko zdziwione oczy i rejestrował obrazy, jakie ukazały się jego oczom.

 

Wczoraj po przyjeździe byłam pełna euforii, zachwytu, bezkrytycznego uwielbienia.  Dzisiaj jestem umęczona całodniowym spacerem w deszczu, wietrze i  bryzie morskiej 🙂

Morze, a właściwie  nadmorskie klimaty to jest taki nieokreślony twór – pada, wieje, i nie ma znaczenia, czy się ubierze krótki czy długi rękaw, bo jednym jest ciepło a drugim zimno. Tu nie ma jednoznaczności.

Ja należę do osób, którym jest zimn, ale moje starsze dziecko biegało na bosaka, w krótkim rękawku, ponieważ, jak twierdziło, było mu bardzo gorąco.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem i jeszcze mocniej naciągałam kaptur swetra na czoło.

Plaża. To idealny plac zabaw dla dzieci tak żywiołowych jak mój malutki bączek. Skrojony na miarę, bez rantów i kantów, bez obawy o uszkodzenie o ciała, zrobienia sobie sobie krzywdy. Cudowna przestrzeń ograniczona z jednej strony wodą, która stanowi tło do zabawy z dziećmi. Puszczam dzieci przed siebie i run chico, run.

Na razie jest wietrznie i zimno, ale chłoniemy te morskie klimaty. Wykorzystujemy dzień co do minuty, żeby nic z niego nie umknęło. Żeby przywieźć do domu jak najwięcej wrażeń, jak najwięcej wspomnień, żeby nasycić się pobytem na cały rok do następnego razu.

Zdziwiło mnie to, że będąc tutaj, wyłączyło mi się wrocławskie życie. Jakby go nie było. Jest tylko tu i teraz. Nasz domek tutaj. Spędzony dzień tutaj. Msza w kościele tutaj i nic nie jest obce. Inne. Wręcz bardzo przyjazne i otwarte. Jakbyśmy tu zawsze mieszkali. I to jest fajne.

Przed nami jeszcze dużo, dużo morskich dni, a ja już mam w zanadrzu kilkadziesiąt zebranych kamyków przez starszyznę. Ciekawe, co będzie po tygodniu. Czy zdołam udźwignąć ten kamienny ciężar, a potem, czy będę miała siłę poupychać je po kątach w naszym małym mieszkanku.

 

Z kapitańskim pozdrowieniem  🙂

 

 

Ploty, plotki, ploteczki…

Fajnie jest czasami poplotkować i pośmiać się z sąsiadem. Często spotykamy się na boisku szkolnym, kiedy ja z moimi chłopakami realizuję jeden z punktów dnia – popołudniowy spacer z rodziną, a on podjeżdża swoim super dwókołowcem  po swoją córkę, która czeka na niego z „niecierpliwością”. Nawet nie musi go wypatrywać, słyszy  pęk kluczy na jego piersi, ma czas na ucieczkę. Można go nazwać dzwonnik vel klucznik – jak kto woli.

Dzisiaj mieliśmy używanie, ponieważ dowiedział się, że jestem w ciąży. Wiem, zanim się nie oswoję z tą myślą, wszystko oscyluje wokół ciąży, a dzisiaj wokół sypialni.

Ja zawsze twardo obstawałam przy swoim, że sypialni dzieciom nie oddam. Obserwowałam kolejno znajomych, którzy ze łzami w oczach żegnali się z jedynym synonimem intymności w malutkim mieszkaniu. Oddając do dyspozycji dzieci jeden z niewielu pokoi, oddawali cząstkę siebie; cztery ściany, w których mogli się przed nimi ukryć, zapomnieć choć na chwilę, że są rodzicami rozwścieczonej bandy.

On chciał przeforsować swoje racje, przekonując mnie że zobaczę, jak niedługo moja starsza latorośl będzie potrzebować miejsca dla siebie. A ja na to, że chyba jednak nie, bo cały czas przychodzi w nocy do naszego łóżka.

Popatrzył szerokimi oczami i zapytał: to kiedy zdążyliście zrobić trzeciego dzidziusia.

I to jest dobre pytanie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale myślę, ze dzidziuś spadł nam po prostu z nieba.

I kiedy tak wracaliśmy uprażeni popołudniowym słońcem, zerknęłam ukradkiem na jego syna, który jest dwa razy taki jak mój syn, dwa lata starszy i wyższy ode mnie, potem na swojego, który niebawem dorówna mu wzrostem; potem wzrok przesunął się na małego w wózku, który już zaczyna uzurpować sobie prawo do miejsca na łóżku i  na trzeciego, jeszcze nieobecnego ciałem, ale duchem tak, a w oddali zamajaczyło nasze małżeńskie łoże. I łezka zakręciła mi się w oku.

Kiedyś synonim luksusu, wygody i czystości. Obecnie zaczyna przypominać ring i  plac zabaw.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Ciąża to nie choroba…

Przypomniało mi się, jak moja starsza siostra była w ciąży. Było to równo dwadzieścia lat temu, na ostatnim roku studiów.

Miewała dokuczliwe poranne mdłości, ledwo trzymała się nogach. Ja jako medyczny ekspert, myśląc, że ma jakieś niedomagania jelitowe, poleciłam jej wypicie szklanki wody z solą. Zanim zorientowała się, co jej dolega, piła przez kilka dni tę miksturę, starając się zapanować nad torsjami.

Zapewne ciekawe jest, jak starsza siostra, prawie wykształcona kobieta słuchała  młodszej,  a ściślej dała się jej omamić. Ano odpowiedź jest tylko jedna. Była w początkowej fazie ciąży , a to na pewno ją tłumaczy i wyjaśnia brak sprzeciwu. Była otumaniona.

Widzę to po sobie. Ciągle jestem jakaś nieobecna, zamyślona. Nawet starszy syn przestał mnie zadręczać  pytaniem, czy go kocham. Jeszcze niedawno słyszałam je od kilku do kilkudziesięciu razy w ciągu dnia. Stwierdził, że nic do mnie nie dociera  i dał sobie spokój. Moje dziecko mnie już nie potrzebuje.

Albo na spacerze. Słyszę zza światów, jak ktoś do mnie mówi: mamo, Ruben ma skaleczoną rękę, upadł na szkło. Owszem, widziałam, ze upadł, ale nie widziałam, że na szkło, więc nie zareagowałam. Syn w dalszym ciągu próbował mnie obudzić, mówiąc: mamo, Ruben, upadł na szkło. Tak, tak synku.

Dotarło do mnie, kiedy zobaczyłam krew na rączce. O Boże, Ruben upadł na szkło! Mamo, przecież od kilku minut staram ci się to uświadomić.

Mój strażnik Texasu: mamo, Ruben ma coś ogromnego w buziiii! Gdzie? No w buzi, chodź , szybko.  Aaaa, w buzi. Odkąd zobaczyłam, jak wkłada sobie cały smoczek do dzioba, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Najlepsze było w sobotę. Krzątam się po kuchni, do której wpada z obłędem w oczach, na granicy odwodnienia starszy syn i woła: mamo, ja już drugi dzień nie piję , bo  nie mogę znaleźć szklanki.

No tak, schowałam je przed jego młodszym bratem i zapomniałam. Muszę ukrywać szkło, bo i tak już roztrwonił całą zastawę rodową. Gdyby był dzieckiem kolekcjonerów porcelany, już dawno oddaliby go do żłobka z internatem.

Wracając do ciąży i boleści z nią związanych – tylko my, kobiety, wiemy, z czym musimy się zmierzyć. Ale znalazł się jeden śmiałek, który w swoim programie  („Kossakowski – inicjacja”) poddaje się różnym ekstremalnym eksperymentom.

W jednym z odcinków symulował poród. Został podłączony przez położne w prawdziwej szpitalnej scenerii do aparatury, która atakowała go prądami zbliżonymi do bólu porodowego. Można powiedzieć, że odczuwał skurcze. Męczył się okrutnie. W miarę postępu akcji porodowej prądy były coraz bardziej intensywne. W skali od 1 – 10 zatrzymał się na 8. Nie był w stanie już dłużej tego wytrzymać. Chyba woli tortury.

Dla mnie poród sam w sobie nie jest jakimś traumatycznym przeżyciem. Bardziej uciążliwe są przypadłości towarzyszące ciąży. U mnie z wiekiem jest chyba coraz gorzej. Ale jakoś to zniosę.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Płacz w ciąży

Ciąża to stan wyjątkowy. Wyjątkowe jest pojawienie się malutkiej fasolki i obserwowanie, jak rośnie. Pomału, w swoim niespiesznym tempie.

Ciąża to stan, w którym zachodzą zmiany hormonalne. Dla mnie to tajemnica, co konkretnie dzieje się w ciele kobiety.  Burza hormonów. A ta burza  waha się w zależności od pogody, humoru dzieci, sentymentalnych podróży w głąb siebie.

U mnie ta zmiana nastroju przejawia się ciągłą chęcią płaczu. Sprowokować mnie może przeczytany artykuł, program w telewizji, reklama mebli z Ikei. Nie jest to typowe łkanie i szlochanie, powiedziałabym, że stan przedpłaczowy, który szybko muszę unicestwić, by unikną pytań syna typu „płaczesz?”, „nie”, „znów płaczesz?”.

Kiedy urodził się mój drugi syn, a starszy sobie z nim leżał, to często mnie wołał słowami „mamo, Rubenek, ma przedpłak”, co znaczyło, że muszę szybko znaleźć się obok niego, aby  nie doprowadzić do całkowitego szlochu.

Dzisiaj to przeżywałam apogeum przedpłaczu. Chyba wpłynęła tak na mnie pogoda. Ciągłe deszcze, szaruga za oknem nie nastrajają optymistycznie i radośnie.

Zaczęło się od przeczytanego wywiadu z Agnieszką Rylik. Kiedy czytałam o jej trudnej relacji z mężem, miałam łzy w oczach. Kiedy opowiadała, że w trakcie pisania biografii płakała i wycierała co chwilę nos, nic innego nie pozostawało mi, jak solidaryzowanie się z byłą bokserką. Więc też czytałam i płakałam razem z nią.

Potem był „Masterchef junior”. Program z gotującymi dziećmi w roli głównej. Jakie one tam wyczyniały cuda. Niejeden dorosły spaliłby się ze wstydu,  przypominając sobie ostatnio ugotowany przez siebie obiad.

W takim programie też mają miejsce dramatyczne chwile, a to komuś wsypie się za dużo mąki do rondelka, a to ktoś dosypie przez przypadek cukru zamiast soli, a to komuś zabraknie czasu. W takich sytuacjach, pomimo, że dorośli zapewniają, że dla ich pociech to wspaniała zabawa, nie potrafią ukryć emocji i zdenerwowania. W takich chwilach jestem z wami, moje dzieci. Płaczę razem z wami.

Potem  prowadzący w jeszcze innym programie szykował dzieciom z Domu Dziecka plac zabaw połączony z miejscem na odpoczynek. Maluchy w euforii, opiekunki ze łzami w oczach i ja na kanapie ocierająca łzy.

Na szczęście na koniec podsunęli mi pod nos „Projekt Lady”. Na nim też płakałam, ale ze śmiechu.

Ciąża to , nie wiem, czy najpiękniejszy, ale na pewno wyjątkowy stan w życiu kobiety. Nieporównywalny z niczym innym. Czasem wkrada się smutek, czasem płacz, nie wspomnę o fizycznych dolegliwościach. Ale oczekiwanie na dziecko, myśli o dziecku, wyobrażenie dziecka, chwil , które nastąpią za parę miesięcy; pierwszy pocałunek, pierwszy dotyk, pierwsze spojrzenie – rekompensują każdą niedogodność, każdą przykrą dolegliwość. To jest dar, na który warto czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂