Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Niekończący się dzień

Moja babcia nie lubiła lata. Kojarzyło się jej z długim , niekończącym się dniem. Z robieniem przetworów, obróbką warzyw i owoców;  i jasnością, która nie pozwalała zasnąć.

Wolała zimę. Krótkie, ciemne dni. Szybkie powroty z pracy do domu. Można było pospiesznie położyć się spać, i obowiązków jakby mniej.

Coś chyba przeszło z babci na mnie.  Nie żebym nie lubiła lata. Kocham ciepło i słońce. A wakacje są moją ulubioną porą roku.  Ale odnoszę wrażenie, jakby dzień miał nigdy się nie skończyć.

Zaczyna się bardzo wcześnie. I nie ma żadnego znaczenia , że dziecko zasypia po 22.00. Rano słyszę „bęc” z łóżeczka i poszukiwanie najpierw kubeczka z wodą, następnie butelki z mlekiem. Kiedy poszukiwania kończą się fiaskiem, rozlega się dramatyczny płacz. W ten sposób zostaję wywołana do kuchni. Jakbym w jakiś cudowny sposób  zdążyła zapomnieć, że mam  obowiązki, dziecko zawsze przypomni.

Pozostałe borsuki dochodzą do nas i tak pomału zapełniamy te przysłowiowe cztery ściany.

A potem to już proza życia. Rzeczywistość wszystkich pozostających w domu mam. Na domowym etacie. Nic ciekawego. Ot takie tam zwyczajne zajęcia. Dużo zajęć. Może nie są to spotkania biznesowe, ale kawę zawsze można wypić.

Z utęsknieniem czekam na wieczór. A on nie nadchodzi. Dzień trwa w nieskończoność. Dziecko nie zasypia, drugie do nocy na podwórku. Kuchnia ciągle otwarta, ciągle na najwyższych obrotach, bo to przecież ciągle głodne.

I tym sposobem robi się godzina pierwsza w nocy. A tu jeszcze trzeba spokojnie zasnąć, kiedy w domu 30 stopni. A jak tu zasnąć, kiedy straszy syn pojawia się i znika jak zjawa w sypialni rodziców i miauczy, że nie może spać. Zmusza matkę, żeby poszła go utulić do snu. A ja? Kto mnie utuli?

Wreszcie zasypiam, kręcąc się z boku na bok. Może o drugiej? I mam te parę godzin na sen. Płytki i przerywany. Ale na bezrybiu i rak ryba.

A rano o  szóstej zero, zero zaczynam dzień… ciepły, letni, słoneczny; mamooo, głodny…

Pozdrawiam ciepło 🙂

Wakacje nad morzem

Wreszcie doczekałam się wyjazdu. Morze…

Podróż na niezatłoczonej drodze to rozkosz, luksus; to  pokonywanie kolejnych kilometrów bez dręczących myśli, kiedy mój mąż będzie chciał wyprzedzić cała kolumnę tirów. Obyło się bez tego. Mogłam się zrelaksować, nawet przy tak dynamicznej, ale bezpiecznej jeździe, jaką preferuje mój mąż.

Mieszkamy przy samym morzu. Z domu mamy pół minuty na plażę. To ogromna wygoda, zwłaszcza jak starszy cały czas piszczy, że chce nad morze. To jego pierwsze spotkanie z takim żywiołem, z taką scenerią, nie można się mu dziwić. A on nie może się nadziwić, dlaczego jeszcze tu nie był. To pytanie do rodziców. Młodszy otworzył szeroko zdziwione oczy i rejestrował obrazy, jakie ukazały się jego oczom.

 

Wczoraj po przyjeździe byłam pełna euforii, zachwytu, bezkrytycznego uwielbienia.  Dzisiaj jestem umęczona całodniowym spacerem w deszczu, wietrze i  bryzie morskiej 🙂

Morze, a właściwie  nadmorskie klimaty to jest taki nieokreślony twór – pada, wieje, i nie ma znaczenia, czy się ubierze krótki czy długi rękaw, bo jednym jest ciepło a drugim zimno. Tu nie ma jednoznaczności.

Ja należę do osób, którym jest zimn, ale moje starsze dziecko biegało na bosaka, w krótkim rękawku, ponieważ, jak twierdziło, było mu bardzo gorąco.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem i jeszcze mocniej naciągałam kaptur swetra na czoło.

Plaża. To idealny plac zabaw dla dzieci tak żywiołowych jak mój malutki bączek. Skrojony na miarę, bez rantów i kantów, bez obawy o uszkodzenie o ciała, zrobienia sobie sobie krzywdy. Cudowna przestrzeń ograniczona z jednej strony wodą, która stanowi tło do zabawy z dziećmi. Puszczam dzieci przed siebie i run chico, run.

Na razie jest wietrznie i zimno, ale chłoniemy te morskie klimaty. Wykorzystujemy dzień co do minuty, żeby nic z niego nie umknęło. Żeby przywieźć do domu jak najwięcej wrażeń, jak najwięcej wspomnień, żeby nasycić się pobytem na cały rok do następnego razu.

Zdziwiło mnie to, że będąc tutaj, wyłączyło mi się wrocławskie życie. Jakby go nie było. Jest tylko tu i teraz. Nasz domek tutaj. Spędzony dzień tutaj. Msza w kościele tutaj i nic nie jest obce. Inne. Wręcz bardzo przyjazne i otwarte. Jakbyśmy tu zawsze mieszkali. I to jest fajne.

Przed nami jeszcze dużo, dużo morskich dni, a ja już mam w zanadrzu kilkadziesiąt zebranych kamyków przez starszyznę. Ciekawe, co będzie po tygodniu. Czy zdołam udźwignąć ten kamienny ciężar, a potem, czy będę miała siłę poupychać je po kątach w naszym małym mieszkanku.

 

Z kapitańskim pozdrowieniem  🙂

 

 

Ploty, plotki, ploteczki…

Fajnie jest czasami poplotkować i pośmiać się z sąsiadem. Często spotykamy się na boisku szkolnym, kiedy ja z moimi chłopakami realizuję jeden z punktów dnia – popołudniowy spacer z rodziną, a on podjeżdża swoim super dwókołowcem  po swoją córkę, która czeka na niego z „niecierpliwością”. Nawet nie musi go wypatrywać, słyszy  pęk kluczy na jego piersi, ma czas na ucieczkę. Można go nazwać dzwonnik vel klucznik – jak kto woli.

Dzisiaj mieliśmy używanie, ponieważ dowiedział się, że jestem w ciąży. Wiem, zanim się nie oswoję z tą myślą, wszystko oscyluje wokół ciąży, a dzisiaj wokół sypialni.

Ja zawsze twardo obstawałam przy swoim, że sypialni dzieciom nie oddam. Obserwowałam kolejno znajomych, którzy ze łzami w oczach żegnali się z jedynym synonimem intymności w malutkim mieszkaniu. Oddając do dyspozycji dzieci jeden z niewielu pokoi, oddawali cząstkę siebie; cztery ściany, w których mogli się przed nimi ukryć, zapomnieć choć na chwilę, że są rodzicami rozwścieczonej bandy.

On chciał przeforsować swoje racje, przekonując mnie że zobaczę, jak niedługo moja starsza latorośl będzie potrzebować miejsca dla siebie. A ja na to, że chyba jednak nie, bo cały czas przychodzi w nocy do naszego łóżka.

Popatrzył szerokimi oczami i zapytał: to kiedy zdążyliście zrobić trzeciego dzidziusia.

I to jest dobre pytanie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale myślę, ze dzidziuś spadł nam po prostu z nieba.

I kiedy tak wracaliśmy uprażeni popołudniowym słońcem, zerknęłam ukradkiem na jego syna, który jest dwa razy taki jak mój syn, dwa lata starszy i wyższy ode mnie, potem na swojego, który niebawem dorówna mu wzrostem; potem wzrok przesunął się na małego w wózku, który już zaczyna uzurpować sobie prawo do miejsca na łóżku i  na trzeciego, jeszcze nieobecnego ciałem, ale duchem tak, a w oddali zamajaczyło nasze małżeńskie łoże. I łezka zakręciła mi się w oku.

Kiedyś synonim luksusu, wygody i czystości. Obecnie zaczyna przypominać ring i  plac zabaw.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Ciąża to nie choroba…

Przypomniało mi się, jak moja starsza siostra była w ciąży. Było to równo dwadzieścia lat temu, na ostatnim roku studiów.

Miewała dokuczliwe poranne mdłości, ledwo trzymała się nogach. Ja jako medyczny ekspert, myśląc, że ma jakieś niedomagania jelitowe, poleciłam jej wypicie szklanki wody z solą. Zanim zorientowała się, co jej dolega, piła przez kilka dni tę miksturę, starając się zapanować nad torsjami.

Zapewne ciekawe jest, jak starsza siostra, prawie wykształcona kobieta słuchała  młodszej,  a ściślej dała się jej omamić. Ano odpowiedź jest tylko jedna. Była w początkowej fazie ciąży , a to na pewno ją tłumaczy i wyjaśnia brak sprzeciwu. Była otumaniona.

Widzę to po sobie. Ciągle jestem jakaś nieobecna, zamyślona. Nawet starszy syn przestał mnie zadręczać  pytaniem, czy go kocham. Jeszcze niedawno słyszałam je od kilku do kilkudziesięciu razy w ciągu dnia. Stwierdził, że nic do mnie nie dociera  i dał sobie spokój. Moje dziecko mnie już nie potrzebuje.

Albo na spacerze. Słyszę zza światów, jak ktoś do mnie mówi: mamo, Ruben ma skaleczoną rękę, upadł na szkło. Owszem, widziałam, ze upadł, ale nie widziałam, że na szkło, więc nie zareagowałam. Syn w dalszym ciągu próbował mnie obudzić, mówiąc: mamo, Ruben, upadł na szkło. Tak, tak synku.

Dotarło do mnie, kiedy zobaczyłam krew na rączce. O Boże, Ruben upadł na szkło! Mamo, przecież od kilku minut staram ci się to uświadomić.

Mój strażnik Texasu: mamo, Ruben ma coś ogromnego w buziiii! Gdzie? No w buzi, chodź , szybko.  Aaaa, w buzi. Odkąd zobaczyłam, jak wkłada sobie cały smoczek do dzioba, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Najlepsze było w sobotę. Krzątam się po kuchni, do której wpada z obłędem w oczach, na granicy odwodnienia starszy syn i woła: mamo, ja już drugi dzień nie piję , bo  nie mogę znaleźć szklanki.

No tak, schowałam je przed jego młodszym bratem i zapomniałam. Muszę ukrywać szkło, bo i tak już roztrwonił całą zastawę rodową. Gdyby był dzieckiem kolekcjonerów porcelany, już dawno oddaliby go do żłobka z internatem.

Wracając do ciąży i boleści z nią związanych – tylko my, kobiety, wiemy, z czym musimy się zmierzyć. Ale znalazł się jeden śmiałek, który w swoim programie  („Kossakowski – inicjacja”) poddaje się różnym ekstremalnym eksperymentom.

W jednym z odcinków symulował poród. Został podłączony przez położne w prawdziwej szpitalnej scenerii do aparatury, która atakowała go prądami zbliżonymi do bólu porodowego. Można powiedzieć, że odczuwał skurcze. Męczył się okrutnie. W miarę postępu akcji porodowej prądy były coraz bardziej intensywne. W skali od 1 – 10 zatrzymał się na 8. Nie był w stanie już dłużej tego wytrzymać. Chyba woli tortury.

Dla mnie poród sam w sobie nie jest jakimś traumatycznym przeżyciem. Bardziej uciążliwe są przypadłości towarzyszące ciąży. U mnie z wiekiem jest chyba coraz gorzej. Ale jakoś to zniosę.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Płacz w ciąży

Ciąża to stan wyjątkowy. Wyjątkowe jest pojawienie się malutkiej fasolki i obserwowanie, jak rośnie. Pomału, w swoim niespiesznym tempie.

Ciąża to stan, w którym zachodzą zmiany hormonalne. Dla mnie to tajemnica, co konkretnie dzieje się w ciele kobiety.  Burza hormonów. A ta burza  waha się w zależności od pogody, humoru dzieci, sentymentalnych podróży w głąb siebie.

U mnie ta zmiana nastroju przejawia się ciągłą chęcią płaczu. Sprowokować mnie może przeczytany artykuł, program w telewizji, reklama mebli z Ikei. Nie jest to typowe łkanie i szlochanie, powiedziałabym, że stan przedpłaczowy, który szybko muszę unicestwić, by unikną pytań syna typu „płaczesz?”, „nie”, „znów płaczesz?”.

Kiedy urodził się mój drugi syn, a starszy sobie z nim leżał, to często mnie wołał słowami „mamo, Rubenek, ma przedpłak”, co znaczyło, że muszę szybko znaleźć się obok niego, aby  nie doprowadzić do całkowitego szlochu.

Dzisiaj to przeżywałam apogeum przedpłaczu. Chyba wpłynęła tak na mnie pogoda. Ciągłe deszcze, szaruga za oknem nie nastrajają optymistycznie i radośnie.

Zaczęło się od przeczytanego wywiadu z Agnieszką Rylik. Kiedy czytałam o jej trudnej relacji z mężem, miałam łzy w oczach. Kiedy opowiadała, że w trakcie pisania biografii płakała i wycierała co chwilę nos, nic innego nie pozostawało mi, jak solidaryzowanie się z byłą bokserką. Więc też czytałam i płakałam razem z nią.

Potem był „Masterchef junior”. Program z gotującymi dziećmi w roli głównej. Jakie one tam wyczyniały cuda. Niejeden dorosły spaliłby się ze wstydu,  przypominając sobie ostatnio ugotowany przez siebie obiad.

W takim programie też mają miejsce dramatyczne chwile, a to komuś wsypie się za dużo mąki do rondelka, a to ktoś dosypie przez przypadek cukru zamiast soli, a to komuś zabraknie czasu. W takich sytuacjach, pomimo, że dorośli zapewniają, że dla ich pociech to wspaniała zabawa, nie potrafią ukryć emocji i zdenerwowania. W takich chwilach jestem z wami, moje dzieci. Płaczę razem z wami.

Potem  prowadzący w jeszcze innym programie szykował dzieciom z Domu Dziecka plac zabaw połączony z miejscem na odpoczynek. Maluchy w euforii, opiekunki ze łzami w oczach i ja na kanapie ocierająca łzy.

Na szczęście na koniec podsunęli mi pod nos „Projekt Lady”. Na nim też płakałam, ale ze śmiechu.

Ciąża to , nie wiem, czy najpiękniejszy, ale na pewno wyjątkowy stan w życiu kobiety. Nieporównywalny z niczym innym. Czasem wkrada się smutek, czasem płacz, nie wspomnę o fizycznych dolegliwościach. Ale oczekiwanie na dziecko, myśli o dziecku, wyobrażenie dziecka, chwil , które nastąpią za parę miesięcy; pierwszy pocałunek, pierwszy dotyk, pierwsze spojrzenie – rekompensują każdą niedogodność, każdą przykrą dolegliwość. To jest dar, na który warto czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Wystarczająco dobra mama

Dzisiaj miałam taki sen: siedzę sobie z mężczyzną w restauracji,  czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, chyba zależy nam na sobie. Spokojnie rozmawiamy, jemy krewetki. Z nami siedzi mój synek, ale  jak to zazwyczaj bywa w śnie, o nieokreślonej urodzie. Niby wszystko jest dobrze, ale  nagle z jego oczu zaczynają lecieć łzy. Nie słychać płaczu. Ale ta obfitość  łez przykuwa moją uwagę.

Powiedziałam głośno, zobacz, jak jemu jest bardzo smutno. Szybko wzięłam go na ręce i przytuliłam. Mocno, żeby nie czuł się wyobcowany. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że podziela moje szczęście, że jest mu dobrze, a okazało się , że czuł się zagrożony i nieszczęśliwy.

Często słyszę takie stwierdzenie: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Ja w tym śnie byłam bardzo szczęśliwa, moje dziecko już niekoniecznie. Moje potrzeby były zaspokojone, dziecka niekoniecznie. Na szczęście to był tylko sen.

Przypomniał mi się termin, który wprowadził w obieg wybitny amerykański psychiatra Donald Winnicot – wystarczająco dobra mama, jako przykład zdrowej relacji z rodzicami.

Żeby dziecko było zdrowe, żeby dobrze się rozwijało, matka powinna być ani wybitna ani zła. Wystarczająca. Powinna w sposób wystarczający zaspokajać potrzeby dziecka. Łagodzić jego smutki, reagować na płacz. W początkowej fazie rozwoju powinna zaspokajać  wszystkie jego potrzeby.

Matka potrafi rozróżnić płacz dziecka. Jeśli ma mokro – zmienia mu pieluchy. Kiedy jest głodne – karmi je. Kiedy płacze ze strachu – przytula je i koi. Dzięki temu dziecko uczy się, że świat, w którym zaczyna funkcjonować jest dobry i przyjazny, ponieważ spełnia jego potrzeby. Wychodzi mu naprzeciw. Rozumie.

Nie ma idealnych rodziców. Są wystarczająco dobrzy.

Kiedy napisałam post pt. „Płacz dziecka”, pojawiły się głosy, że nie należy reagować na każde jego zawołanie. Ja uważam, że trzeba i zawsze reaguję. Nie paniką, czy nerwami, ale w zależności od rodzaju płaczu może to być nawet rozmowa.

Czasami wydaje nam się, że dziecko sobie popłacze i przestanie. A w nim kotłuje się morze emocji, które tłumione, będą rodziły frustracje i nieporozumienia.

Niekiedy jest tak, że  rodzic ma inny system wartości, inne metody wychowawcze , ma inne potrzeby związane z rodzicielstwem. Takiego rodzica nie trzeba zmieniać na siłę. Ważne, żeby z takimi różnicami nauczyć się żyć. Bo jeżeli ja będę chciała zmienić jego myślenie  i narzucić mu swoje, to znaczyłoby, że moje jest lepsze. A tak wcale nie jest.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Paczka z niespodzianką

Dawno temu moi znajomi, pijąc poranną kawę na tarasie, zauważyli, że jej smak jest jakiś inny, gorszy. Jako koneserzy kawy byli bardzo zawiedzeni i zmartwieni  do tego stopnia, że zadzwonili do siedziby firmy i grzecznie poinformowali panią, że kawa ma inny smak niż zwykle.

Zostali przez nią solidnie przepytani. Zaczęli od podanie wszystkich możliwych informacji na opakowaniu, a skończyli na   preferencjach smakowych. A pani upewniwszy się, że nie ma do czynienia ze zwykłymi naciągaczami i wariatami (pamiętam, jak z koleżankami wydzwaniałyśmy z budki tel. do energetyki, gadając głupoty. W końcu nas namierzyli i dostałyśmy niezły opierdziel), wzięła od nich dane kontaktowe.

Jakże wielkie było ich zdziwienie, gdy następnego dnia kurier zapukał do drzwi, dzierżąc w dłoniach karton z niespodzianką. A w paczce same pyszności: kawa, czekolady, cukiereczki. Same mniam, mniam.

Długo miałam w pamięci to zdarzenie. Myślałam sobie, że fajnie byłoby z rana dostać taką fajną pakę na dobry początek dnia. Ale później w ferworze codziennych obowiązków zupełnie o tym zapomniałam.

Okazja nadarzyła się po kilku latach. Karmiłam moje półroczne wtedy dziecko  obiadkami ze słoiczka. To było jedno z pierwszych karmień nowymi pokarmami. Wyciągam łyżeczkę i patrzę , a na niej niezmielona grudka pożywienia, potem następna. Nie były to jakieś twarde grudy, ale dziecko mogło się nimi zachłysnąć, tym bardziej, że dopiero uczyło się jeść.

Napisałam krótkiego maila do siedziby firmy, że dnia tego i tego miało miejsce takie zdarzenie. Same suche fakty, bez pretensji i oskarżeń.  Na końcu zostawiłam dyskretnie imię i nazwisko na w razie czego.

Maila z odpowiedzią od firmy dostałam w trybie natychmiastowym. Był to kwestionariusz z niezliczoną ilością pytań typu:

  • o której godzinie i w jakim sklepie dokonała pani zakupu?
  • jakiej wielkości i konsystencji była grudka?
  • jak wyglądała pokrywka, czy była odkształcona?

Oczywiście były pytania o podanie numeru serii, godziny pakowania itp.

Na każde udzieliłam wyczerpującej odpowiedzi. Nawet zostawiłam ten kawałek do zdjęcia, ale kiedy zobaczyłam taką  ilość pytań, z wrażenia umyłam miseczkę.

Firma potraktowała mnie z należytą atencją. Napisali, że zbadają całą serię i przyślą raport z badania.

Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy kurier nie przyszedł na następny dzień. Potem na następny i tak minął tydzień. Śmiałam się z samej siebie i z tego, jak bardzo czegoś byłam pewna, nie mając ku temu podstaw. Założyłam coś, co wcale nie musiało się wydarzyć. Za  mało pokory, za dużo pewności i pychy.

Nawet się ucieszyłam, że nic nie przyszło. Miałam nauczkę.

Po kilku tygodniach dzwonek domofonu. Kurier. Zdziwiłam się, ponieważ nic nie zamawiałam. Zanim otworzyłam drzwi, zapytałam kuriera, od kogo ta przesyłka. Nestle.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Płacz dziecka

Parę dni temu dobiegł do mnie  z podwórka płacz dziecka. Czytałam akurat książkę, miałam cudowną przerwę , dziecko drzemało obok w pokoju, a tu drugie lamentuje, jakby obdzierano je ze skóry. Zbagatelizowałam te dźwięki i czytałam dalej, ale dalej dobiegały do mnie te szlochy.

Za każdym razem, jak słyszę płaczące dziecko, serce mi się kraje, smutno mi się robi na duszy. Nie wytrzymałam i wyszłam na balkon, zaciekawiona, co zastanę. Dwie dziewczyny siedziały na ławce, a dziecko w spacerówce  lamentowało. Dlaczego nie weźmiesz go na ręce – pomyślałam. Dlaczego nie przytulisz, nie ukoisz tych łez, przecież to nic nie kosztuje. Wykonaj jakiś gest w kierunku do dziecka. Pocałuj w główkę, pogłaszcz. Nic.

W końcu wstała z ławki i zaczęła maszerować dookoła placu, nawet nie próbując uciszyć dziewczynki, która nie mogła złapać tchu, taka była zmęczona tym płaczem. A matka krążyła jak krążownik wokoło placu.

Kiedyś bardzo modne było przekonanie, że jak dziecko zmęczy się płaczem, to szybciej zaśnie. Taki trening przed snem. Mama nie przytuli, mama nie ukoi, mama jest tutaj, ale ty masz spać, bo jest przecież godzina 13.00  – pora drzemki, nie będziemy zmieniać przyzwyczajeń. Mama włożyła cię do wózka i na tym koniec. Przecież muszę napić się kawy. Teraz. Dlatego już śpij. Takie nastawienie budzi tylko frustrację i złość. Oczekiwania minęły się z rzeczywistością.

Dziecko płakało dobrych kilkanaście minut. Matka w końcu opuściła plac i poszła pewnie do domu. Nie zrobiła nic, była bezradna. Ja jej nie osądzam, bardziej skupiłam uwagę na dziecku niż na niej. Czułość to dla niektórych mam  odruch,  inne muszą się jej nauczyć. Muszą odrobić zaległą lekcję.

Kto wie, może w końcu przestało płakać i matka przypisała sobie ten sukces, myśląc, że nie dała się złamać, nie pozwoliła na odstępstwo, postawiła na swoim za wszelką cenę, za cenę niepokoju dziecka, jego strachu i samotności.

Niedawno przeprowadzono badania. Zmierzono poziom hormonu stresu w ślinie dziecka płaczącego w łóżeczku i dziecka, które płakało, ale się uspokoiło. Poziom hormonu stresu jest tak samo wysoki u obydwojga dzieci.

Kiedy moje dziecko płacze w łóżeczku, biegnę do niego, pokonując prędkość światła. Kiedy moje dziecko płacze, to woła mnie , matkę, na pomoc, jeszcze nie umie tego inaczej zakomunikować. To nie jest tak, że jestem na  każde jego zawołanie. Jestem na zawołanie, kiedy płaczem daje do zrozumienia, że z jakiegoś powodu czuje się zagrożone. Posiada narzędzie, którym może przywołać rodzica.

Nie wyobrażam sobie tresury własnego dziecka, sprawdzanie, ile wytrzyma, kiedy przestanie. To nie jest tak, że trening wypłakiwania zmniejsza stres dziecka, czy powoduje, że jest ono bardziej samodzielne. Dziecko przestaje płakać, bo straciło nadzieję na jakąkolwiek reakcję ze strony rodzica. Brak czułości w dzieciństwie to zranienia, które rzutują na późniejsze życie.

Wystarczy jeden gest, jedna miłość, jeden dotyk, jeden pocałunek. Czułość. Bez kombinowania, co jest bardziej opłacalne, co lepsze dla mnie na potem. Pomyśl, co jest najlepsze dla Twojego dziecka. Teraz.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Czy ktoś pamięta zespół MANG?

Dzisiaj na języku angielskim syn musiał opisać swój ulubiony zespół muzyczny. Miał z tym niemały problem, bo nie słucha muzyki, poza tą, którą gra na ksylofonie czy perkusji. On zastanawiał się, o kim napisze, a moja wyobraźnia i przede wszystkim pamięć od razu mi podpowiedziały: zespół Mang.

Syn do mnie mówi: pokaż mi ich na youtubie,  a ja na to: synu, sto lat temu nie było youtuba.

Zespół mojego dzieciństwa, zespół z mojej pamięci. Pamiątka dziecięcych fascynacji. Wspomnienie.  Niektóre spotkania po latach, rozmowy, ludzie uruchamiają pamięć, przypominają o minionych, ale żywych obrazach.

Kto jeszcze pamięta zespół Mang?  Czy ktoś ich w ogóle słuchał, czy ktoś o nich słyszał?

Zespół Mang – trzy fantastyczne dziewczyny, trzy pomysły na każdy dzień, trzy inspiracje zmieniające się jak w kalejdoskopie, które rozpalały wyobraźnię ich rówieśników. To trzy marzenia o wielkim świecie, które przekraczały granice życia zamknięte przez świat dorosłych.

One te granice burzyły swoim młodzieńczym zapałem, swoją dziewczęcą werwą i jak to bywa w tym wieku – głupotą. Na szczęście dawno temu świat był bardziej przyjazny, więc nie odczuły boleśnie porażki czy niezrozumienia.

Zespół Mang tworzył kwiat zielonogórskiego osiedla, można by rzec kwiat lubuskiej society : Ja (Aga – lat 11), moja siostra (Gatka –  lat 12) i nasza kuzynka (Bea – lat 13). Naszą sceną było osiedle,  a właściwie  permanentna budowa. To był czas powstawania betonowych enklaw;  pełne pagórków, wystających prętów, dołów, błota.

Jak przystało na profesjonalistki miałyśmy dwa przeboje i zieloną, zabawkową gitarę. Ja śpiewałam, kuzynka grała, a moja siostra robiła za chórki. Tytuły piosenek wymyślanych na miejscu, spontanicznie „Jarzyny, ożyny, maliny, jeżyny ” , a drugi tytuł, bardziej kontrowersyjny „E, e Dondal kochaj mnie”. Dondal to nikt inny jak mój przyszywany kuzyn, nie łączyły nas więzy krwi, więc mogłyśmy pozwolić sobie na takie obsesyjne wyznanie miłości.

To wyznanie miłości miało miejsce tylko raz. Pewnego letniego dnia szykowałyśmy się do koncertu. Ja stałam w dole, dziewczyny nade mną , na skraju. Zaczynam śpiewać nasz popisowy song, drę się wniebogłosy „e, e Dondal, kochaj mnie”, gdy nagle słyszę z góry chłopięcy głos, jakby z zaświatów: „wariatki”.

Ledwo wygramoliłam się z tego dołu i oblana wstydem zaczęłam uciekać przed siebie, a dziewczyny za mną  w te pędy. Słyszałyśmy tylko śmiech chłopaków.  Żeby uratować nasz honor, obraziłyśmy się śmiertelnie na tego Dondala i wstrzymałyśmy koncertowanie do odwołania.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂