Ojciec – część I (chyba smutne opowiadanie)

Zobaczyła go schowanego za drzewami. Przybity, zamyślony, nieobecny, ze  wzrokiem wbitym w bawiące się dzieci. Obok stała ona, wyprostowana, z zaciśniętą twarzą, z zasznurowanymi emocjami. Coś mówiła, ale słowa z trudem przedostawały się przez usta. Sączyły się litera za literą, jakby jad wydobywał się z każdej z nich. On nie słuchał, kiwał głową dla świętego spokoju, unikał jej wzroku, nie chciał na nią patrzeć.

Było w nim dużo smutku; wyglądał, jakby życie przejechało po nim wzdłuż i wszerz, jakby odcisnęło na nim wszystkie odcienie złości, pogardy, nienawiści.  Sponiewierało nim , tatuując na ciele i duszy całą paletę zranień. Kto był sprawcą? Czy ta zmęczona  kobieta obok, czy ogólnie pojęte życie, choroba. Co?

Dzieci krzyczały w piaskownicy. Radosne, beztroskie motyle nie znające co smutek, skaczące z lekkością żabki  nie obciążane ciężarem przeżyć , nie znające słów tnących jak noż każdy przejaw ludzkich uczuć. Kochane brzdące, fundament, dzięki któremu jego życie jeszcze się nie zapadło, jeszcze nie rozsypało.

Spojrzała  na niego jeszcze raz. To nie był wzrok bezmyślnie przesuwający się z dziecka na dziecko. To były oczy, które chciały zapamiętać, które chciały zapisać w pamięci te malutkie, kolorowe obrazki. Chciał  być blisko, chciał kochać, obserwować razem. Razem zjednoczyć się z ich dziecięcym światem.  Zobaczyła w jego oczach iskierki ojcowskiej czułości, pomieszaną z niemocą na możliwość jej okazywania.

Nigdy nie zastanawiał się, jakim będzie ojcem. Bardzo chciał nim  być, bardzo pragnął mieć dzieci. Po prostu. Trochę bał się tej ich obecności, ale to z powodu deficytu miłości, jaki otrzymał w dzieciństwie. W jego domu nieobecność ojca była zwyczajem, normą; obecność – świętem , niedzielą.

Czy ktoś, kto nie był kochany miłością niezmienną, nienaznaczoną niepokojem i niepewnością, potrafi kochać do bólu, nie wymagając od dzieci niemożliwego?

Czy ktoś kto nie zaznał ojcowskiej obecności,   potrafi wypełnić całym sobą świat dzieci. Czy ktoś, kto nie zaznał dotyku pełnego ciepła i troski,  nie był przytulany, będzie miał odwagę, żeby wydobyć się z siebie czułość,  bliskość i wzruszać się tym jak najniewinniejszą z istniejących wartości?

Czy ma na tyle zawziętości, żeby zbudować z nieznanego znane i akceptowane?

Kiedy pojawiły się one, oszalał z radości. Szczęście zaczęło wychodzić poza ramy zdrowego rozsądku. Rozlało się morze miłości, pokonało wszelkie bariery, wszelkie obawy. Już nie miotał się, jak złapana w sieć ryba ; burzył mur dręczących go pytań.

Pojawienie się tych małych istotek zapoczątkowało rozpad jego małżeństwa. Ogromne jak balon, ale puste i płaskie w środku. Piękne na zewnątrz jak ogród mieniący się kolorami  lata; ale im dalej, w jego głąb, tym więcej zaniedbań budowanych latami, zniszczeń trudnych do naprawienia. Tak naprawdę to był zapuszczony i zdewastowany teren.

c.d.n.

Pozdrawiam ciepło  🙂

To jest bajka

 

W małym mieście nad morzem mieszkał mały chłopczyk. Właściwie nie był już taki mały, siedmioletni rycerz, brat ukochanej siostry Jagódki, przyjaciel Mobiego – malutkiego pieska, z którym na początku znajomości nie mieli do siebie zaufania, nie mieli o czym rozmawiać, omijali się z daleka, by przyjaźń mogła wystrzelić i rozwinąć skrzydła. Teraz te dwa światy – psi i człowieczy zlały się w całość. Mobi i Ryś to jedność. To dwie bratnie dusze, przewodnicy po tych dwóch orbitach.

W życiu Rysia było coś, co bardzo utrudniało mu każdy dzień, co spychało na margines relacji z rówieśnikami, co nie pozwalało mu na działanie, co zabierało mu całą radość dziecięctwa, co ograniczało jego beztroskie zabawy. Niestety, ale to była zbyt wielka miłość do rodziców, zbyt wielka troska o nich. Ryś nie martwił się o siebie, nie bał się strachu, który mógłby wyrządzić krzywdę jemu samemu,  bał się o rodziców. Był to strach, który paraliżował tego wątłego chłopca, który biegiem wracał ze szkoły, żeby być pierwszym, który przekona się, że wszystko jest tak, jak przed wyjściem z domu.

W szkole mu nie szło, nie umiał się skupić, nie umiał pisać, nie umiał czytać, czasami nawet nie wiedział, która klasa jest jego klasą. Cały trud włożony w przygotowanie  do lekcji, do uczestnictwa w życiu klasy, cały trud zrozumienia kolegów, nauczenia się ich, szedł na marne. W szkole cała wiedza przygotowana w domu ulatywała, żeby zwolnić miejsce troskom o najbliższych.

Na początku wszyscy się cieszyli, że Ryś jest taki odpowiedzialny, że umie zatroszczyć się o siostrę, że jest taki dojrzały, taki rozsądny, ze potrafi rezygnować z własnych zabaw i przyjemności kosztem oddania się rodzinie. Ale rodzice zauważyli, że był coraz bardziej obarczony spawami dorosłych, z trudem chodził przytłoczony codziennością, coraz bardziej się garbił, jego kruche ciałko prawie zaczęło rozsypywać się na małe kawałeczki z powodu ciężaru. W nocy nie spał, cały czas czuwał, cały czas nasłuchiwał, wytężał oczy. Ale nic złego się nie działo, dom spał, Mobi mruczał przyjaźnie, tylko Ryś zapadał się coraz bardziej.

Kiedy był już bardzo zmęczony,kiedy chciał wrócić do błogostanu, jaki pamiętał, będąc malutkim dzieckiem; kiedy chciał zaufać, znów przywołać  tą promienność na twarzy – zjawił się on. Śnieżnobiały, ze złocistą poświatą, cichy. Cały czas w locie, nieuchwytny, niemy. Pełen tajemnic. Otarł łzy z policzków malucha, zamienił w lśniące perełki i włożył do pudełka skarbów.

-Kim jesteś? -zapytał chłopiec.

-Przecież wiesz. – odpowiedział.

-To dlatego się ciebie  nie boję? – Ryś starał się zrozumieć swoje emocje.

Anioł uśmiechnął się.

-Szedłem do ciebie po śladach twojego cierpienia, twojego smutku; pragnę, byś  znów się uśmiechał, byś odnalazł radość w byciu dzieckiem. Nie zagarniaj spraw dorosłych. Pomogę tobie.

-Czy możesz naszkicować we mnie dziecko na nowo, czy będzie cieszył mnie widok piłki , czy nie będę zagłuszać krzyków z podwórka myślami o problemach?

-Tak.

-Skąd wiesz?

-Bo jesteś mądrym dzieckiem.

I Anioł zaczął uczyć Rysia; mówić, jak ma się wyplątać z tej pajęczyny.

-Za każdym razem, kiedy najdzie cię myśl lub troska o rodziców, od razu musisz wykonać gest, musisz komuś pomóc, musisz zacząć żyć. Zacznij od malutkich, drobnych dobrych uczynków. Kiedy widzisz płaczące dziecko, bądź dla niego podporą, otrzyj łzy, pociesz. Kiedy zobaczysz, że kolega się waha, nie wie, którędy ma iść, podpowiedz mu, która droga będzie dla niego dobra. Kiedy zobaczysz na drodze smutek, samotność, dodaj blasku szarości, namaluj uśmiechem tą chwilę.

Chłopczyk słuchał. Posłusznie kiwał głową, myślał, układał w głowie wszystkie słowa wypowiedziane przez Anioła. Najważniejsze, ze zaczął działać

Będąc na podwórku, stanął w obronie szykanowanego chłopca. Uff, udało się. Ojej, co z mamą  , co z tatą – znów powracające myśli. Pójdę do kolegi, może potrzebuje mojej pomocy, wczoraj dostał dwóję ze sprawdzianu.

Małymi krokami, cierpliwie, dzień po dniu, mozolną pracą zmieniał Ryś swoje postrzeganie świata. Sprawy kolegów i szkoły zaczęły zaprzątać mu głowę, praca na rzecz społeczności, pochylenie się nad najsłabszym dodało mu siły i pewności siebie. Wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku…

Pozdrawiam ciepło:)