Jak (nie) uwieść własnego męża

Przyjechała mama. Wszyscy czekamy na rychłe i pomyślne rozwiązanie. Poczułam się trochę odciążona od obowiązków dnia codziennego, więc miałam nadprogramową dawkę  energii i zastanawiałam się, na co ją spożytkować.

A poza tym to oczekiwanie na poród  zrobiło się strasznie nudne, ale też stresogenne. Żeby rozładować napięcie i umilić sobie zimowe wieczory (pomimo ogromnego brzucha) postanowiłam pouwodzić własnego męża. Tak dawno tego nie robiłam.

To zadanie nie należy do najłatwiejszych. To zadanie należy do karkołomnych i dla bardzo wytrwałych. Zwłaszcza, że teraz będąc w ciąży, nie grzeszę ani urodą, ani intelektem.

Wybrałam nie najlepszy moment, ponieważ był bardzo zajęty pracą – strzelanki na komputerze. Gonił akurat jakiegoś delikwenta z ogromną giwerą.

Najzgrabniej jak mogłam, ruszając czymś, co nazywa się bioderkami, wykonywałam wymyślne figury taneczne, śpiewając anielskim głosem piosenkę Danuty Rinn: „kto ma tyle wdzięku, co ja, wdzięku, co ja, wdzięku, co ja, no powiedz, kto tak ma „. Można się domyślać, że pierwsze próby nie były udane, tam w słuchawkach rozgrywała się o wiele ciekawsza batalia. Jakoś specjalnie się tym nie przejęłam, jestem zaprawiona w boju. Syn podchwycił melodię i zaczął mi wtórować. Mama z chęcią włączyła się w śpiewanie.

Nie dałam za wygraną i znów rozbrzmiała melodia: „kto ma tyle wdzięku, co ja…”. Niestety wkradła się zadyszka, bo ile można pląsać z ogromnym balonem przed sobą i rozpychającym się w nim dzieciątkiem. Ale już na trzecią powtórkę mąż uważnie mi się przyjrzał, przysłuchał, co tam jęczę pod nosem i stwierdził, że faktycznie, teraz mam tyle wdzięku co Danuta Rinn.

A „nogi, nogi, nogi roztańczone…”, pojechałam Ireną Kwiatkowską, która, jak mawiał mój wujek, urodziła się stara.

Kwiatkowska mi nie posłużyła, zaczęłam otwierać wszystkie możliwe okna i balkony. Przez kilka dni mój mąż miał ze mną spokój. Nie stękałam, a on nie stresował się, że to już…Udaje, że nie reaguje na moje wdzięki, ponieważ boi się, że za szybko urodzę, a ja udaję, że mu wierzę.

Na szczęście moja mama dała się uwieść i razem dokończyłyśmy taniec, śpiewają:” kto ma tyle wdzięku, co ja, wdzięku, co ja…”

Pozdrawiam gorąco 🙂

 

 

 

Najgorsza mama na świecie

Tak, jestem najgorszą mamą na świecie. Co robi taka najgorsza mama?

Ano, taka mama każe swojemu synowi czytać książki.  Wręcz zmusza go tego niecnego procederu. Jeden rozdział dziennie.

Dziecko jest bardzo zdenerwowane na mamę, histeryzuje, bo uwielbia grać na komputerze, to są dwie najcenniejsze godziny na świecie, nie mogą być niczym zmącone, a tu czas ucieka, robi się coraz później, a biedaczyna nie wie, co ma przeczytać. Podsunął mi pod nos komiks z kaczorem Donaldem – dowcipy. Matko, ratuj!

Najgorsza mama na świecie nie dosyć, że ogranicza dziecku dostęp do komputera, pozwalając na dwie godziny grania dziennie, to jeszcze jest nieczuła na płacz dziecka, któremu dzieje się ogromna krzywda – bo musi przeczytać te kilka kartek książki.

Słyszę to pojękiwanie, teatralne sapanie (syn na pewno będzie aktorem, ma wystudiowaną całą paletę emocji). Całą sobą odbieram tę krzywdę, jaką mu wyrządziłam. Kojarzy mi się to z szopką noworoczną, chociaż Nowy Rok był ponad tydzień temu.

Moje ukochane dziecko stara się zrobić z siebie ofiarę, myśląc, że będę miała ogromne poczucie winy. Nigdy w życiu.

W końcu matce kończy się cierpliwość i komunikuje, że kończy współpracę z synem. Oznajmia, że kiedy znów usłyszy płacz w trakcie czytania, zabiera z dwóch godzin jedną czwartą.

To zadziałało, zresztą szantaż ma moc sprawczą. Nie jest to pedagogiczne, ale skuteczne. Płacz ustał, syn czyta. Powraca nadzieja, że nie zostanie wtórnym analfabetą. Co za ulga.

Ale to nie wszystko. Okrucieństwo matki nie zna granic. Każe czytać – to jedno, ale potem trzeba jeszcze streścić przeczytany fragment.

Czy najgorsza matka na świecie ma wyrzuty sumienia z tego powodu? Nigdy.

Kiedy syn przetrawi te kilkaset znaków, kiedy coś tam streści – siada do komputera. Rozgoryczenie mija, złość mija. Świat znów nabiera odpowiednich barw. I znów wraca miłość do matki – rodzicielki.

I jak tu nie kochać dzieci.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Paszkwile

Siedzę sobie z dziećmi  w ich pokoju, z młodszym układamy klocki, starszy patrzy przez okno. Patrzę na tego mojego  coraz większego  syna i nie mogę się nadziwić, że tak mi urósł. Kiedy, pytam?

Mówię do mojego ukochanego dziecka, patrząc na jego coraz większe stopy, że niedługo będzie miał takie stopy jak ja. A on na to” takie śmierdzące?”

Łudzę się, że to był taki żarcik z jego strony, sprytnie przemyślany, taki dla rozluźnienia atmosfery. Ale nie, nie w przypadku mojego dziecka, dlatego asekuracyjnie nie wchodzę w szczegóły. Wolę nie wiedzieć.

Ten żarcik przypomniał mi czasy studenckie , kiedy razem z koleżanką lubowałyśmy się w pisaniu  paszkwili.  Jak przystało na rasowe studentki polonistyki, nasza wyobraźnia nie miała granic. Oczywiście, że nikt ich nie czytał; były tylko do naszego wglądu. Jak nam było źle, czytałyśmy sobie taki paszkwil i już świat wydawał się lepszy.

Nic się  nie zachowało. W pamięci pozostały może dwie zwrotki, strzępy wersów, tych najbardziej niecenzuralnych. Może tak miało być, żeby nie ujrzały światła dziennego. Niestety, nie mogę  przytoczyć nawet tych kilka słów, bo ponad czterdziestoletniej  kobiecie, matce trójki dzieci nie przystoi.

Już myślałam, że paszkwile pójdą w niepamięć, że już nigdy nie uśmiechnę się pod nosem na myśl o ich powstawaniu, że jako namacalny dowód przepadły, a tu proszę rośnie mój następca, tradycja ich układania okazała się żywa. Rodzinna tradycja.

Niedługo uczeń przerośnie mistrza. Mamy z synem takie chwile, w których lubimy improwizować, lubimy tworzyć rymowanki. Któreś z nas podrzuca temat, a potem  wers po wersie powstaje śmieszna składanka. Mój syn jest wniebowzięty, kiedy może na głos powiedzieć „dupa”. To jest szczyt jego marzeń i możliwości;  granica, za którą nie ma nic gorszego. I niech tak pozostanie w jego dziecięcym mniemaniu.

Ja już rasowego paszkwila nie napiszę. Studia to były inne czasy, młodość rządzi się innymi prawami. A jak jeszcze na drodze spotka się bratnią duszę (czyt. koleżankę), z którą można przysłowiowe konie kraść – to hulaj dusza…

Na koniec historia z życia wzięta, to też czasy studenckie. I też autorski projekt. Jak znaleźć męża? Wybieramy uczelnię i jej sąsiedztwo w zależności, czy chcemy inżyniera, czy lekarza, czy nauczyciela, czy może finansistę. Potrzebne będą klucze do mieszkania. Wybieramy blok blisko uczelni, stajemy pod domofonem, wkładamy klucz do zamka i prosimy każdego przechodnia, potencjalnego kandydata na męża, żeby pomógł nam otworzyć drzwi, ponieważ albo zamek się zaciął, albo z kluczem jest coś nie tak. I tak do skutku, aż trafimy na swoją wymarzoną połówkę i złapiemy ją w sieci.

Ja w ten sposób męża nie poznałam, ale miałyśmy z koleżanką niezłą zabawę, kiedy widziałyśmy trud i kropelki potu  na czołach otwierających te nieszczęsne drzwi. Tylko my wiedziałyśmy, że klucze nie pasują. Niektórzy za wszelką cenę próbowali je otworzyć, wtedy modliłam się, żeby kluczom  nie stała  się krzywda.

Apel do chłopaków: kiedy zobaczycie takie dwie wariatki, młode studentki z podejrzanymi zachciankami, uciekajcie przed nimi, gdzie pieprz rośnie. W najgorszym wypadku zostaniecie ich mężami.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Historia z samochodem w tle

Powinnam wyprowadzać się ze  świątecznego  nastroju i pisać co tam po świętach, ale  przypomniała mi się pewna letnia historia   związana z naszym zdezelowanym samochodem. A ściślej przypomniał mi ją mój mąż, kiedy pisałam posta właśnie o nim,  słowami: czy napisałam, jak załatwiłam syna w trakcie jednej z naszych  podróży.

Rozbawiło mnie samo wspomnienie tej historii,  a jednocześnie ociepliło tą szarugę za oknem, przypomniało lato i letnie wypady na wieś.

Wybieraliśmy się do naszego domu na wsi, czyli na wichurę. Udało nam się przygotować do wyjazdu późnym popołudniem, żeby nie powiedzieć wczesnym wieczorem. To był ten czas, kiedy Polskę nawiedzały gwałtowne burze, ulewy, wiatry. Jak dla mnie to za duży stres.

Kiedy siedzieliśmy w samochodzie, zrobiło się zupełnie ciemno. Ogarnęła nas ciemność straszna, mroczna, niespodziewana, nieokiełznana. Ja już byłam cała w strachu, gotowa zawrócić i przeczekać nawałnicę w domu.

Mam swoje wyobrażenia na temat jazdy w takich warunkach pogodowych i niestety ich się trzymam, chociaż mąż tłumaczy, że mamy ciężki samochód, który w takiej sytuacji jest stabilny. Moje obawy, że porwie nas wiatr są nieuzasadnione. Podobnie jak nieuzasadniony jest mój strach, że winda nie zatrzyma się na wybranym piętrze tylko wyleci przez dach do nieba.Długo musiał mi tłumaczyć mechanizm jej działania, zanim ze spokojem zaczęłam do niej wsiadać . Każdy ma swoje fobie, tylko niektórzy mają ich więcej niż pozostali.

Z wymuszonym spokojem poprosiłam męża, żebyśmy w razie bardzo trudnych warunków na drodze, stanęli  gdzieś na poboczu. Mąż, z równie stoickim spokojem, przypomniał mi, że kiedyś już za moją namową zboczył z trasy i utknęliśmy w szczerym polu w błocie na dobre kilkadziesiąt minut. Udałam, że tego nie słyszę.

No i ruszyliśmy. Wiało bez opamiętania, liście , reklamówki papiery latały nad autem.

Nie zdążyliśmy wyjechać z miasta, kiedy deszcz przesłonił całą widoczność. Akurat zbliżaliśmy się do McDonalda, tradycyjnie zachciało mi się kawy. Zajechaliśmy pod okienko. Syn zamawiał, ponieważ otwierało się tylko jego okno. Powtarzał zamówienie kilka razy, bo z powodu ulewy słyszalność była znikoma. Wreszcie się udało. Trochę na niego napadało, delikatnie powiedziane.

Kiedy podjechaliśmy pod okienko do płacenia, zaczął się armagedon. Deszcz zacinał z siłą automatu i lał się na moje dziecko, które płaciło za całą przyjemność kartą. „Zbliżeniowo, proszę” wymawiał chyba ze sto razy, ponieważ ulewa zerwała łączność z bankiem. Kasjer przeciągał kartę, a mój nieborak  mókł w tym czasie. Przez to malutkie okienko zalało go kompletnie. Włosy, spodnie, bluzka, wszystko do wyżymaczki. Siedział taki przemoczony ponad godzinę, marznąc pomimo włączonego ogrzewania.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już całkiem ciemno, zimno. Najgorsze okazało się, kiedy trzeba było się przebrać. Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałam ubrań dla mojego dziecka. Nie wzięłam nic, kompletnie. Znalazłam koszulę flanelową do kolan,  ubrał spodnie męża, które przewiązałam sznurkiem i tak położyłam spać mojego małego nieszczęśnika.

Zasnął od razu, ale czy była to jego najlepsza noc, tego nie wiem.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia

Rok temu obiecałam sobie, że  święta będą magiczne,  prawdziwie świąteczne, będą przeciwieństwem poprzednich.

W tamtym roku nie odczułam świątecznego klimatu. Wszystko się pomieszało. Cały tydzień spędziłam z dzieckiem w szpitalu. I kiedy wydawało się, że sytuacja została opanowana, maleństwo znów zachorowało i znów pojawiła się przed nami wizja szpitala. Tym razem nie pędziłam na złamanie karku na oddział, pomimo że dostaliśmy skierowanie, ale postanowiłam sama kontrolować sytuację, codziennie robiąc badania i pojawiając się w przychodni.

Udało się. Nie było łatwo, ale się udało.

Za to z przygotowaniem świąt byłam w gęstym lesie. Mąż jeździł za karpiem dwa dni. Zjeździł całe miasto bez powodzenia. Karpia nie było. Ryby, bez której nie wyobrażam sobie świąt. Na kolację wigilijną nie miałam prawie nic. Kalafior, rybki kupione w dzień wigilii w naszym osiedlowym sklepiku, krewetki, surówka z kapusty. Nędza z bidą.

Syn odświętnie ubrany pytał, dlaczego jemy normalny obiad, a ja miałam łzy w oczach.

Dlatego w tym roku postanowiłam z tygodniowym wyprzedzeniem kupić sto kilo karpia, sto kilo kapusty na bigos, mnóstwo warzyw na sałatkę, duże ilości  ciasta. Uzgodniłam sama ze sobą, jak ma wyglądać podział zadań, rozpisałam je na każdy dzień tygodnia, żeby się nie napracować, zakasałam rękawy i czekałam na tydzień przedświąteczny, żeby rozpocząć przygotowania do wigilii.

Dzisiaj jest sobota. Zapachów w kuchni brak. Warzywa na sałatkę gotują się same. Karp jeszcze w zamrażalce, bigos nie zrobiony. Wiem, że to nie jest żadna wymówka, ale mąż miał mi umyć garnek do bigosu i zanim to się stało minęło kilka dni. Prezenty dla starszyzny nie kupione, ciasto prawie zjedzone, ja z tego wszystkiego zaraz chyba urodzę…, ale jestem szczęśliwa jak nigdy. Mam obok siebie cudownych chłopaków – najwspanialszy prezent, o jakim mogłam zamarzyć – rodzina. Zdrowe dzieci, uśmiechnięte buzie, radość. To jest moja świąteczna atmosfera, którą chłonę każdego dnia z pragnieniem chwilo trwaj… Świąteczna kartka, którą życie pisze każdego dnia…

Zaraz zabieram się do roboty i zapraszam do wysłuchania kompozycji mojego starszego syna z życzeniami zdrowych, radosnych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia.

 

 

 

Wozilla wozi po Wrocławiu

Czasami trafiam na takie dni, w których trzeba wyskoczyć  z większej kasy. Człowiek oszczędza. W sobotę cieszy się, że zaoszczędził parę złoty, a  w poniedziałek musi je wydać, bo wypadło coś nieoczekiwanego.

Kiedy miałam psa, czarnego, cudnego nowofundlanda, ciągle coś takiego przeżywałam. A to uszy, a to łapy, a to zastrzyki, a to nagła operacja w Boże Narodzenie. Niestety,  Inki nie ma już wśród żywych psów, ale wydatki na niespodziewany cel pozostały.

Obecnie jest to nasz samochód. Pomału, ale sukcesywnie podupadał na zdrowiu. Szwankował, ale jeszcze jeździł. Zaczęło się od tego, że nie można było otworzyć jednych drzwi, bo się zacięły, a drugich nie można było zamknąć. Potem zbuntował się bagażnik.

Kiedy byliśmy w podróży i zatrzymywaliśmy się na jedzenie, nie wychodząc z samochodu, mieliśmy niemały problem z otwarciem drzwi i okien. Najdogodniejszą sytuację miał syn, bo z jego strony nie można było otworzyć drzwi, ale za to działało okno. Z satysfakcją mógł powiedzieć „zbliżeniowo, proszę”. Teraz prawie codziennie chodzi na zakupy do osiedlowego sklepiku , więc to „zbliżeniowo, proszę” nie wzbudza w nim już takich emocji.

Emocje wzbudza za to lista szkód do naprawy, coraz to nowe maile z warsztatu informujące, że bez tego samochód nie pojedzie, bez tego czy tamtego nawet  niech pan do niego nie wsiada.

Trafił do warsztatu, bo nie można było cofać. Kiedy parkowaliśmy, szukaliśmy dogodnego miejsca, takiego, z  którego można było od razu ruszać do przodu, a to było nie lada wyzwanie. Jazda nim robiła się coraz bardziej stresogenna. Aż w końcu stanął do odwołania.

Mąż odbierał go już kilka razy, ale nie odebrał ostatecznie . A rachunek rośnie. A tu jeszcze mieszkanie trzeba kupić.  Jest tak niewielki wybór dużych mieszkań, że cały czas podnosimy poprzeczkę cenową. Zaczynaliśmy poszukiwania od 300 tysięcy, teraz jesteśmy na 500 tysiącach. I za każdym razem, kiedy wydaje się, że znaleźliśmy raj na ziemi, okazuje się w końcowej refleksji, że ten raj nie jest rajem dla nas. Że my w tym raju się nie pomieścimy.

Są rodziny, które sprzedają piękne mieszkania, urządzone tak, że z marszu można się do nich  wprowadzić i mieszkać. Najczęściej jest to model  2+1. Spędzają w domu chwilę. Do wieczora siedzą w robocie, jedzą na mieście, dziecko w szkole, weekendy na wyjazdach. Nie potrzebują gromadzić gratów, mają minimum rzeczy.

A u nas wręcz przeciwnie. Domatorzy z ogromną ilością różnorakich przedmiotów. Nie powiem, że niepotrzebnych. Wszystko się przyda, nawet ten pięćdziesiąty ręcznik czy zmiana pościeli. Ale ja się tego nie pozbędę.

Po tak długiej dygresji zmierzam do tego, że nawet jak się nie ma samochodu z różnych przyczyn technicznych, to jest cudowna alternatywa w postaci wypożyczenia go  na minuty. Podobnie ma się z rowerami.

Ostatnio jechaliśmy do lekarza. Ja to zawsze wybiorę takiego, który przyjmuje na drugim końcu miasta. Nie mamy auta i co robimy?

Mąż instaluje aplikację, za pomocą której możemy użytkować samochód. Znajdujemy najbliżej nas zaparkowany, otwieramy go za pomocą smartfona, wsiadamy i jedziemy do celu. Można go zostawić gdziekolwiek w mieście, ktoś następny go sobie zarezerwuje i odjedzie w siną dal.

Samochód elektryczny, cichy, sunie jak po maśle. Ładowany na prąd. Świetna inicjatywa, która sprawdza się  w kryzysowych sytuacjach. Nie wiem do końca, czy tańsza niż taksówka, czy opłacalna. Minuta jazdy kosztuje 70 groszy, minuta postoju 10 groszy. Poza tym może jechać pasem dla  autobusów i  nie płaci się za miejsca parkingowe.

Niesamowita sprawa. Nic tylko czekać na samochody sterowane za pomocą robota, pilota czy komputera. W takim aucie dylematy, czy otworzyć okno czy drzwi , stojąc w kolejce po jedzenie, nie będą miały miejsca. Komputer za nas zadecyduje. I ja będę mogła się zdrzemnąć w trakcie jazdy, spokojna że bezpiecznie dojedziemy do celu.

Wzdycham i pozdrawiam ciepło 🙂

 

Dylematy dojrzewania

Dojrzewanie dzieci to nieunikniony bieg wydarzeń. Kiedyś nadejdzie ta wiekopomna chwila, kiedy trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy i porozmawiać na nurtujące młodzież tematy. Bez zadęcia, na poważnie – ale z dystansem, nie  zohydzając niektórych kłopotliwych zagadnień.

Kiedy mój starszy syn był jeszcze mały, nie mogłam się doczekać pytań, rozmów, rozważań na temat problemów dojrzewania, spraw damsko-męskich. Trochę się ich obawiałam, zapewne jak każdy rodzic, ale zacierałam już ręce. Jako domowy gawędziarz byłabym w swoim żywiole. Wyobrażałam sobie te nasze intelektualne dywagacje zakończone błyskotliwą puentą, niekoniecznie: „mama, mogę kupę?”.

Pamiętam, że jedyne kontrowersyjne pytania, jakie zadawał mój mały synek to:” mamo, a to jest pan, czy pani”; w sytuacji, kiedy widział kogoś, kogo trudno było zidentyfikować.

Odpowiadałam, jak można było najpiękniej. Jak osobnik bardziej przypominał mężczyznę, to był panem, jak kobietę – był kobietą. Bez wchodzenia w kontrowersyjne szczegóły. Uważałam, ze taka wiedza na temat różnorodności nie jest mu do niczego potrzebna.

Nie musi roztrząsać dylematów płci.

Dziecko dorastało, a tu nic. To ja musiałam inicjować rozmowy , bo albo mój syn był zbyt leniwy, albo zbyt niedojrzały, albo zaprzątnięty innymi dziecinnymi sprawami.

W czasie wakacji zdradził mi tajemnicę, że jego kolega oglądał gazetę z gołą panią. Zapytałam z niepokojem, czy on też zaglądał na strony tejże gazetki. Odpowiedział  oburzony, że to grzech. Zapytałam, od kogo ma takie informacje. Odpowiedział, że pani od religii tak powiedziała. Hm, czyli znów mój udział w rozmowach był znikomy. W myślach musiałam przyznać rację pani od religii – takie zdjęcia nie są dla małych dzieci.

Mało u nas rozmów inicjowanych przez syna na tak zwane „wstydliwe” tematy. Są dwa warianty: albo  wszystko już wie, albo nie wie nic. Wzięłam sprawy w swoje ręce.

Ostatnio rozmawialiśmy na temat zapachów. Mój mąż w sposób dyplomatyczny stwierdził, że im człowiek starszy, tym bardziej śmierdzi. I nie ma co się krygować, bo jest to naturalna kolej rzeczy. Najładniej, najprzyjemniej pachną malutkie dzieci. A potem to już z górki.

Szybko podchwyciłam temat, uznając, że jest ciekawym wstępem do rozmowy na temat dojrzewania i pojawienia się burzy hormonów u chłopców, w czasie której pojawiają się wąsiki i tym podobne, z akcentem na tym podobne.

Mój syn przyjął wiedzę ze zrozumieniem i z należytą powagą. Potem trochę nas poniosło, zaczęliśmy żartować i z poważnego tematu zrobił się kabaret. Ale wniosek nasunął się sam, trzeba się myć, bez względu na to, czy jest się starym czy młodym; czy rosną wąsy, czy wąsów brak.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

List do Św. Mikołaja

Mało chcę. Trochę kolorów, bo obecne już trochę wyblakły.

Zostaw czerwień z płaszcza  pod poduszką . Pokoloruj serce, żeby było gorące i pełne czułości. Żeby żar nie tlił się nikłym blaskiem, a płonął codzienną miłością. Żywą jak krew czerwona.

Dodaj bieli z długiej, miękkiej brody. Żeby życie czyste było, bez utrapień i smutków. Pozbawione grudek piasku, co łzę wyciskają z oka.

Dodaj zielonego. Zazieleń każdy dzień nadzieją, że jutro będzie dobrze, a pojutrze jeszcze lepiej.

Jakie masz jeszcze dla mnie   kolory? Czerń i złoto.

Wybieram złoto, jak złoty jest kolor włosów moich dzieci pachnących wiatrem, jak złoty blask ich oczu skąpany w niewinności poranka…

Tyle…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Basia…

Niedawno pisałam o moim dziewięciotygodniowym szczęściu, a ono ma już 32 tygodnie i jest całkiem pokaźną dwukilową dziewczynką. Pływającą po nieograniczonych wodach płodowych, rozpychającą się nogami i rękami, rozciągając mi tym samym wszystkie możliwe warstwy skóry i mięśni. Miesiąc temu ułożyła się do wylotu. Po miesiącu zmieniła strategię i wypłynęła głową do góry, odbijając się boleśnie od dna.

Obecnie znów czeka, przygotowana do wyjścia. A my  czekamy razem z nią. Do stycznia jeszcze dużo czasu. Ale czasami odnoszę wrażenie, jakby już, w tej chwili chciała ujrzeć światło dzienne i poznać rodziców.

Jeszcze do niedawna ciąża to były mdłości, słabości, rosnący brzuch i ten charakterystyczny ucisk ograniczający oddychanie. Do każdego dnia podchodziłam zadaniowo, nie rozczulając się nad sobą, nad ciążą. Czego oczy nie widzą…

Wreszcie zobaczyły. Pierwszy raz w życiu widziałam dzieciątko w obrazie 3D. Rozczuliło mnie to totalnie. Szkoda, że byłam sama, bo mąż przez pół godziny krążył wokół przychodni, szukając miejsca  do parkowania. Niestety we Wrocławiu to graniczy z cudem i jeżeli w pobliżu nie ma galerii handlowej, gdzie można zostawić samochód, a potem przejść  do celu, to nie ma szans na zaparkowanie pod wybranym obiektem. Bez względu na godzinę.

Więc mam dowód w postaci dwóch zdjęć. Można było odebrać filmik upamiętniający to niezwykłe spotkanie, ale  „Nie zabrałam filmiku, bo mi się nie chciało – parafrazując słowa z  mojego ulubionego wiersza „Leń”. Kocham pana, panie Brzechwa. Pomyślałam, że niedługo będę mogła zobaczyć moją ukochana Basieńkę na żywo i pobiegłam szukać chłopaków.

Pokazałam zdjęcie mężowi. Był wzruszony. Ta realna istotka, ta żywa kuleczka chwyciła go za serce  podobnie jak mnie. Te drobniutkie rączki, które wkładała do buzi, te stópki, którymi zakrywała oczka chciałabym całować i przytulać do siebie już teraz.

Jeszcze muszę chwilę poczekać na Ciebie; rośnij zdrowo.

Kiedy lekarka zdziwiła się, że  ciąża jest naturalna i bez stymulacji hormonalnej, jeszcze bardziej doceniłam, jakim to dzieciątko  jest kolejnym cudem pojawiającym się w naszej rodzinie. I jak warto było na niego czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Mieszkaniowej traumy ciąg dalszy

Może Wrocław to nie Nowy York, ale jeśli chodzi o znalezienie mieszkania  większego niż dwa czy trzy pokoje, nie jest to takie łatwe.

Jest ich trochę na rynku, ponieważ miasto musi wywiązać się z umów, ale nie spełniają naszych oczekiwań.  I nie wiem, czy jest to problem lokum czy mój. Jak jest zrobiona instalacja elektryczna, to  nie ma betonowych stropów. Jak są betonowe stropy, to instalacja sprzed wojny. Jak jest   sześć pokoi – idealne dla naszej rodziny, to nie ma widny, a mieszkanie usytuowane jest na 4 piętrze odrestaurowanej przedwojennej kamienicy.

Trochę mnie to już irytuje. Zaczynam się pomału zniechęcać i wmawiam sobie, że nasze cztery kąty to tak jak sześć kątów. Dzieci poupychamy w trzech, a w trzech kolejnych samych siebie.  I zmieścimy się bez problemu.

Trudności nastręcza fakt, że na te mieszkaniowe oględziny jeździmy całą rodziną. Mamy  takie dwa słodkie ogony, które wleczemy za sobą. Trudno skupić się na mieszkaniu i jego atrakcyjności bądź mankamentach, kiedy  w pobliżu czają się dwa pacholęcia. Oglądamy na zmianę, jedno dogląda mieszkanie, drugie pilnuje małego, żeby nic nie zniszczył, trzecie marudzi, że głodny  i pyta, kiedy wracamy do domu.

W sobotę byliśmy w starym spichlerzu z 1820 roku odrestaurowanym i przygotowanym na  na przestronne lofty. Coś pięknego. Stylowe meble, mnóstwo bibelotów, drewniane podłogi, pokój kąpielowy i … ogrzewanie elektryczne. Nigdzie nie było kaloryferów, tylko na suficie wisiało coś na kształt farelek.   Na ogrzewaniu na pewno byśmy nie zaoszczędzili.

No i moje dziecko  w tym pięknym mieszkaniu upatrzyło sobie dwie afrykańskie figurki  wyrzeźbione w jakimś szlachetnym kamieniu.

Na początku tylko grzecznie obserwował, przyglądał się, wydawał odgłosy pełne zachwytu – tak dla zmylenia przeciwnika i pokazania, że wcale nie chce tego dotknąć. Za każdym razem daję się na to nabrać.

Jak uśpi czujność rodziców,  wkracza do akcji.  No i tak zaatakował jedną z figurek, że poturlała się po podłodze i złamała na pół. Najgorsze, że wszystko odbyło się pod moim czujnym okiem, ale nie wiem, kiedy i jak.

Pomyślałam tylko, że figurka pochodzi z epoki Majów i jest warta jakieś dziesięć pensji najniższej krajowej.  Mąż wypatrzył miejsce po klejeniu i  łatwiej było się przyznać. Na szczęście właścicielka okazała się przemiłą, bardzo wyrozumiałą osobą i machnęła tylko ręką.

Najlepsze jest to, że moje dziecko było pilnowane  na zmianę przez  trzy osoby: mnie, męża i koleżankę, która jest naszą agentką. Cała trójka biegała za nim jak w ukropie, żeby  nic nie spsocił.

Kupno mieszkania to nie jest taka łatwa sprawa. Ja w  swojej naiwności myślałam, że im więcej obejrzanych domów i mieszkań, tym będę miała trudniejszy, ale jednak  wybór . A jest wręcz odwrotnie. Im więcej do tej pory zobaczyłam, tym mniej mi się podoba i decyzja jest oczywista.

Im dalej od centrum, tym taniej i ładniej. Im bliżej centrum, tym brzydziej i drożej.

Dylematów związanych z dojazdem do pracy nie da się tak pochopnie rozwiązać. W dużych miastach odległości to jest jakaś zmora. Traci się pół dnia na dojazdy. Ale to już jest kolejna bariera do pokonania bądź nie do pokonania. Można tak wymieniać bez końca, gubiąc początek.

Ja już tylko wiem, że nic nie wiem.

Pozdrawiam jesiennie 🙂