Paszkwile

Siedzę sobie z dziećmi  w ich pokoju, z młodszym układamy klocki, starszy patrzy przez okno. Patrzę na tego mojego  coraz większego  syna i nie mogę się nadziwić, że tak mi urósł. Kiedy, pytam?

Mówię do mojego ukochanego dziecka, patrząc na jego coraz większe stopy, że niedługo będzie miał takie stopy jak ja. A on na to” takie śmierdzące?”

Łudzę się, że to był taki żarcik z jego strony, sprytnie przemyślany, taki dla rozluźnienia atmosfery. Ale nie, nie w przypadku mojego dziecka, dlatego asekuracyjnie nie wchodzę w szczegóły. Wolę nie wiedzieć.

Ten żarcik przypomniał mi czasy studenckie , kiedy razem z koleżanką lubowałyśmy się w pisaniu  paszkwili.  Jak przystało na rasowe studentki polonistyki, nasza wyobraźnia nie miała granic. Oczywiście, że nikt ich nie czytał; były tylko do naszego wglądu. Jak nam było źle, czytałyśmy sobie taki paszkwil i już świat wydawał się lepszy.

Nic się  nie zachowało. W pamięci pozostały może dwie zwrotki, strzępy wersów, tych najbardziej niecenzuralnych. Może tak miało być, żeby nie ujrzały światła dziennego. Niestety, nie mogę  przytoczyć nawet tych kilka słów, bo ponad czterdziestoletniej  kobiecie, matce trójki dzieci nie przystoi.

Już myślałam, że paszkwile pójdą w niepamięć, że już nigdy nie uśmiechnę się pod nosem na myśl o ich powstawaniu, że jako namacalny dowód przepadły, a tu proszę rośnie mój następca, tradycja ich układania okazała się żywa. Rodzinna tradycja.

Niedługo uczeń przerośnie mistrza. Mamy z synem takie chwile, w których lubimy improwizować, lubimy tworzyć rymowanki. Któreś z nas podrzuca temat, a potem  wers po wersie powstaje śmieszna składanka. Mój syn jest wniebowzięty, kiedy może na głos powiedzieć „dupa”. To jest szczyt jego marzeń i możliwości;  granica, za którą nie ma nic gorszego. I niech tak pozostanie w jego dziecięcym mniemaniu.

Ja już rasowego paszkwila nie napiszę. Studia to były inne czasy, młodość rządzi się innymi prawami. A jak jeszcze na drodze spotka się bratnią duszę (czyt. koleżankę), z którą można przysłowiowe konie kraść – to hulaj dusza…

Na koniec historia z życia wzięta, to też czasy studenckie. I też autorski projekt. Jak znaleźć męża? Wybieramy uczelnię i jej sąsiedztwo w zależności, czy chcemy inżyniera, czy lekarza, czy nauczyciela, czy może finansistę. Potrzebne będą klucze do mieszkania. Wybieramy blok blisko uczelni, stajemy pod domofonem, wkładamy klucz do zamka i prosimy każdego przechodnia, potencjalnego kandydata na męża, żeby pomógł nam otworzyć drzwi, ponieważ albo zamek się zaciął, albo z kluczem jest coś nie tak. I tak do skutku, aż trafimy na swoją wymarzoną połówkę i złapiemy ją w sieci.

Ja w ten sposób męża nie poznałam, ale miałyśmy z koleżanką niezłą zabawę, kiedy widziałyśmy trud i kropelki potu  na czołach otwierających te nieszczęsne drzwi. Tylko my wiedziałyśmy, że klucze nie pasują. Niektórzy za wszelką cenę próbowali je otworzyć, wtedy modliłam się, żeby kluczom  nie stała  się krzywda.

Apel do chłopaków: kiedy zobaczycie takie dwie wariatki, młode studentki z podejrzanymi zachciankami, uciekajcie przed nimi, gdzie pieprz rośnie. W najgorszym wypadku zostaniecie ich mężami.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *