Jak (nie) uwieść własnego męża

Przyjechała mama. Wszyscy czekamy na rychłe i pomyślne rozwiązanie. Poczułam się trochę odciążona od obowiązków dnia codziennego, więc miałam nadprogramową dawkę  energii i zastanawiałam się, na co ją spożytkować.

A poza tym to oczekiwanie na poród  zrobiło się strasznie nudne, ale też stresogenne. Żeby rozładować napięcie i umilić sobie zimowe wieczory (pomimo ogromnego brzucha) postanowiłam pouwodzić własnego męża. Tak dawno tego nie robiłam.

To zadanie nie należy do najłatwiejszych. To zadanie należy do karkołomnych i dla bardzo wytrwałych. Zwłaszcza, że teraz będąc w ciąży, nie grzeszę ani urodą, ani intelektem.

Wybrałam nie najlepszy moment, ponieważ był bardzo zajęty pracą – strzelanki na komputerze. Gonił akurat jakiegoś delikwenta z ogromną giwerą.

Najzgrabniej jak mogłam, ruszając czymś, co nazywa się bioderkami, wykonywałam wymyślne figury taneczne, śpiewając anielskim głosem piosenkę Danuty Rinn: „kto ma tyle wdzięku, co ja, wdzięku, co ja, wdzięku, co ja, no powiedz, kto tak ma „. Można się domyślać, że pierwsze próby nie były udane, tam w słuchawkach rozgrywała się o wiele ciekawsza batalia. Jakoś specjalnie się tym nie przejęłam, jestem zaprawiona w boju. Syn podchwycił melodię i zaczął mi wtórować. Mama z chęcią włączyła się w śpiewanie.

Nie dałam za wygraną i znów rozbrzmiała melodia: „kto ma tyle wdzięku, co ja…”. Niestety wkradła się zadyszka, bo ile można pląsać z ogromnym balonem przed sobą i rozpychającym się w nim dzieciątkiem. Ale już na trzecią powtórkę mąż uważnie mi się przyjrzał, przysłuchał, co tam jęczę pod nosem i stwierdził, że faktycznie, teraz mam tyle wdzięku co Danuta Rinn.

A „nogi, nogi, nogi roztańczone…”, pojechałam Ireną Kwiatkowską, która, jak mawiał mój wujek, urodziła się stara.

Kwiatkowska mi nie posłużyła, zaczęłam otwierać wszystkie możliwe okna i balkony. Przez kilka dni mój mąż miał ze mną spokój. Nie stękałam, a on nie stresował się, że to już…Udaje, że nie reaguje na moje wdzięki, ponieważ boi się, że za szybko urodzę, a ja udaję, że mu wierzę.

Na szczęście moja mama dała się uwieść i razem dokończyłyśmy taniec, śpiewają:” kto ma tyle wdzięku, co ja, wdzięku, co ja…”

Pozdrawiam gorąco 🙂

 

 

 

Najgorsza mama na świecie

Tak, jestem najgorszą mamą na świecie. Co robi taka najgorsza mama?

Ano, taka mama każe swojemu synowi czytać książki.  Wręcz zmusza go tego niecnego procederu. Jeden rozdział dziennie.

Dziecko jest bardzo zdenerwowane na mamę, histeryzuje, bo uwielbia grać na komputerze, to są dwie najcenniejsze godziny na świecie, nie mogą być niczym zmącone, a tu czas ucieka, robi się coraz później, a biedaczyna nie wie, co ma przeczytać. Podsunął mi pod nos komiks z kaczorem Donaldem – dowcipy. Matko, ratuj!

Najgorsza mama na świecie nie dosyć, że ogranicza dziecku dostęp do komputera, pozwalając na dwie godziny grania dziennie, to jeszcze jest nieczuła na płacz dziecka, któremu dzieje się ogromna krzywda – bo musi przeczytać te kilka kartek książki.

Słyszę to pojękiwanie, teatralne sapanie (syn na pewno będzie aktorem, ma wystudiowaną całą paletę emocji). Całą sobą odbieram tę krzywdę, jaką mu wyrządziłam. Kojarzy mi się to z szopką noworoczną, chociaż Nowy Rok był ponad tydzień temu.

Moje ukochane dziecko stara się zrobić z siebie ofiarę, myśląc, że będę miała ogromne poczucie winy. Nigdy w życiu.

W końcu matce kończy się cierpliwość i komunikuje, że kończy współpracę z synem. Oznajmia, że kiedy znów usłyszy płacz w trakcie czytania, zabiera z dwóch godzin jedną czwartą.

To zadziałało, zresztą szantaż ma moc sprawczą. Nie jest to pedagogiczne, ale skuteczne. Płacz ustał, syn czyta. Powraca nadzieja, że nie zostanie wtórnym analfabetą. Co za ulga.

Ale to nie wszystko. Okrucieństwo matki nie zna granic. Każe czytać – to jedno, ale potem trzeba jeszcze streścić przeczytany fragment.

Czy najgorsza matka na świecie ma wyrzuty sumienia z tego powodu? Nigdy.

Kiedy syn przetrawi te kilkaset znaków, kiedy coś tam streści – siada do komputera. Rozgoryczenie mija, złość mija. Świat znów nabiera odpowiednich barw. I znów wraca miłość do matki – rodzicielki.

I jak tu nie kochać dzieci.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Paszkwile

Siedzę sobie z dziećmi  w ich pokoju, z młodszym układamy klocki, starszy patrzy przez okno. Patrzę na tego mojego  coraz większego  syna i nie mogę się nadziwić, że tak mi urósł. Kiedy, pytam?

Mówię do mojego ukochanego dziecka, patrząc na jego coraz większe stopy, że niedługo będzie miał takie stopy jak ja. A on na to” takie śmierdzące?”

Łudzę się, że to był taki żarcik z jego strony, sprytnie przemyślany, taki dla rozluźnienia atmosfery. Ale nie, nie w przypadku mojego dziecka, dlatego asekuracyjnie nie wchodzę w szczegóły. Wolę nie wiedzieć.

Ten żarcik przypomniał mi czasy studenckie , kiedy razem z koleżanką lubowałyśmy się w pisaniu  paszkwili.  Jak przystało na rasowe studentki polonistyki, nasza wyobraźnia nie miała granic. Oczywiście, że nikt ich nie czytał; były tylko do naszego wglądu. Jak nam było źle, czytałyśmy sobie taki paszkwil i już świat wydawał się lepszy.

Nic się  nie zachowało. W pamięci pozostały może dwie zwrotki, strzępy wersów, tych najbardziej niecenzuralnych. Może tak miało być, żeby nie ujrzały światła dziennego. Niestety, nie mogę  przytoczyć nawet tych kilka słów, bo ponad czterdziestoletniej  kobiecie, matce trójki dzieci nie przystoi.

Już myślałam, że paszkwile pójdą w niepamięć, że już nigdy nie uśmiechnę się pod nosem na myśl o ich powstawaniu, że jako namacalny dowód przepadły, a tu proszę rośnie mój następca, tradycja ich układania okazała się żywa. Rodzinna tradycja.

Niedługo uczeń przerośnie mistrza. Mamy z synem takie chwile, w których lubimy improwizować, lubimy tworzyć rymowanki. Któreś z nas podrzuca temat, a potem  wers po wersie powstaje śmieszna składanka. Mój syn jest wniebowzięty, kiedy może na głos powiedzieć „dupa”. To jest szczyt jego marzeń i możliwości;  granica, za którą nie ma nic gorszego. I niech tak pozostanie w jego dziecięcym mniemaniu.

Ja już rasowego paszkwila nie napiszę. Studia to były inne czasy, młodość rządzi się innymi prawami. A jak jeszcze na drodze spotka się bratnią duszę (czyt. koleżankę), z którą można przysłowiowe konie kraść – to hulaj dusza…

Na koniec historia z życia wzięta, to też czasy studenckie. I też autorski projekt. Jak znaleźć męża? Wybieramy uczelnię i jej sąsiedztwo w zależności, czy chcemy inżyniera, czy lekarza, czy nauczyciela, czy może finansistę. Potrzebne będą klucze do mieszkania. Wybieramy blok blisko uczelni, stajemy pod domofonem, wkładamy klucz do zamka i prosimy każdego przechodnia, potencjalnego kandydata na męża, żeby pomógł nam otworzyć drzwi, ponieważ albo zamek się zaciął, albo z kluczem jest coś nie tak. I tak do skutku, aż trafimy na swoją wymarzoną połówkę i złapiemy ją w sieci.

Ja w ten sposób męża nie poznałam, ale miałyśmy z koleżanką niezłą zabawę, kiedy widziałyśmy trud i kropelki potu  na czołach otwierających te nieszczęsne drzwi. Tylko my wiedziałyśmy, że klucze nie pasują. Niektórzy za wszelką cenę próbowali je otworzyć, wtedy modliłam się, żeby kluczom  nie stała  się krzywda.

Apel do chłopaków: kiedy zobaczycie takie dwie wariatki, młode studentki z podejrzanymi zachciankami, uciekajcie przed nimi, gdzie pieprz rośnie. W najgorszym wypadku zostaniecie ich mężami.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂