Historia z samochodem w tle

Powinnam wyprowadzać się ze  świątecznego  nastroju i pisać co tam po świętach, ale  przypomniała mi się pewna letnia historia   związana z naszym zdezelowanym samochodem. A ściślej przypomniał mi ją mój mąż, kiedy pisałam posta właśnie o nim,  słowami: czy napisałam, jak załatwiłam syna w trakcie jednej z naszych  podróży.

Rozbawiło mnie samo wspomnienie tej historii,  a jednocześnie ociepliło tą szarugę za oknem, przypomniało lato i letnie wypady na wieś.

Wybieraliśmy się do naszego domu na wsi, czyli na wichurę. Udało nam się przygotować do wyjazdu późnym popołudniem, żeby nie powiedzieć wczesnym wieczorem. To był ten czas, kiedy Polskę nawiedzały gwałtowne burze, ulewy, wiatry. Jak dla mnie to za duży stres.

Kiedy siedzieliśmy w samochodzie, zrobiło się zupełnie ciemno. Ogarnęła nas ciemność straszna, mroczna, niespodziewana, nieokiełznana. Ja już byłam cała w strachu, gotowa zawrócić i przeczekać nawałnicę w domu.

Mam swoje wyobrażenia na temat jazdy w takich warunkach pogodowych i niestety ich się trzymam, chociaż mąż tłumaczy, że mamy ciężki samochód, który w takiej sytuacji jest stabilny. Moje obawy, że porwie nas wiatr są nieuzasadnione. Podobnie jak nieuzasadniony jest mój strach, że winda nie zatrzyma się na wybranym piętrze tylko wyleci przez dach do nieba.Długo musiał mi tłumaczyć mechanizm jej działania, zanim ze spokojem zaczęłam do niej wsiadać . Każdy ma swoje fobie, tylko niektórzy mają ich więcej niż pozostali.

Z wymuszonym spokojem poprosiłam męża, żebyśmy w razie bardzo trudnych warunków na drodze, stanęli  gdzieś na poboczu. Mąż, z równie stoickim spokojem, przypomniał mi, że kiedyś już za moją namową zboczył z trasy i utknęliśmy w szczerym polu w błocie na dobre kilkadziesiąt minut. Udałam, że tego nie słyszę.

No i ruszyliśmy. Wiało bez opamiętania, liście , reklamówki papiery latały nad autem.

Nie zdążyliśmy wyjechać z miasta, kiedy deszcz przesłonił całą widoczność. Akurat zbliżaliśmy się do McDonalda, tradycyjnie zachciało mi się kawy. Zajechaliśmy pod okienko. Syn zamawiał, ponieważ otwierało się tylko jego okno. Powtarzał zamówienie kilka razy, bo z powodu ulewy słyszalność była znikoma. Wreszcie się udało. Trochę na niego napadało, delikatnie powiedziane.

Kiedy podjechaliśmy pod okienko do płacenia, zaczął się armagedon. Deszcz zacinał z siłą automatu i lał się na moje dziecko, które płaciło za całą przyjemność kartą. „Zbliżeniowo, proszę” wymawiał chyba ze sto razy, ponieważ ulewa zerwała łączność z bankiem. Kasjer przeciągał kartę, a mój nieborak  mókł w tym czasie. Przez to malutkie okienko zalało go kompletnie. Włosy, spodnie, bluzka, wszystko do wyżymaczki. Siedział taki przemoczony ponad godzinę, marznąc pomimo włączonego ogrzewania.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już całkiem ciemno, zimno. Najgorsze okazało się, kiedy trzeba było się przebrać. Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałam ubrań dla mojego dziecka. Nie wzięłam nic, kompletnie. Znalazłam koszulę flanelową do kolan,  ubrał spodnie męża, które przewiązałam sznurkiem i tak położyłam spać mojego małego nieszczęśnika.

Zasnął od razu, ale czy była to jego najlepsza noc, tego nie wiem.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

3 odpowiedzi do “Historia z samochodem w tle”

  1. Syna załatwiliście nie powiem 🙂 Ale z drugiej strony, jak wspomnę mego brata małego, który dla hamburgera z McD dałby się i w przerębli wykąpać, to i tak myślę, że dla Ciebie przemoknięcie i brak ubrań był większym nieszczęściem niż dla syna:)

    Ale przyuważyłam, że o ile ja jestem okropnie katastroficzna, to…windy przez dach wylatującej bym nie wymyśliła 🙂 Wprawdzie jako dziecko codziennie jadąc z ósmego piętra w dół wyobrażałam sobie, że spada…dlatego co trzy schody na nogach wolałam…ale w drugą stronę obaw nie miałam 🙂

    Całusy ♥

    1. Sama się zastanawiam, skąd mi się wziął ten wyjazd do nieba. Ale zawsze się bałam , że winda się nie zatrzyma. Mniej bałam się spadania. Tak to już jest z nami ludźmi, czego to człowiek nie wymyśli… Pozdrawiam gorąco 🙂

      1. Właśnie 😉
        Wprawdzie bardzo windy nie widziałam 😉 ale czuję, że jak okazja się wydarzy, to mogę, delikatnie rzecz ujmując, uśmiechu nie powstrzymać…będę myśleć o niebie 😉
        :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *