Wozilla wozi po Wrocławiu

Czasami trafiam na takie dni, w których trzeba wyskoczyć  z większej kasy. Człowiek oszczędza. W sobotę cieszy się, że zaoszczędził parę złoty, a  w poniedziałek musi je wydać, bo wypadło coś nieoczekiwanego.

Kiedy miałam psa, czarnego, cudnego nowofundlanda, ciągle coś takiego przeżywałam. A to uszy, a to łapy, a to zastrzyki, a to nagła operacja w Boże Narodzenie. Niestety,  Inki nie ma już wśród żywych psów, ale wydatki na niespodziewany cel pozostały.

Obecnie jest to nasz samochód. Pomału, ale sukcesywnie podupadał na zdrowiu. Szwankował, ale jeszcze jeździł. Zaczęło się od tego, że nie można było otworzyć jednych drzwi, bo się zacięły, a drugich nie można było zamknąć. Potem zbuntował się bagażnik.

Kiedy byliśmy w podróży i zatrzymywaliśmy się na jedzenie, nie wychodząc z samochodu, mieliśmy niemały problem z otwarciem drzwi i okien. Najdogodniejszą sytuację miał syn, bo z jego strony nie można było otworzyć drzwi, ale za to działało okno. Z satysfakcją mógł powiedzieć „zbliżeniowo, proszę”. Teraz prawie codziennie chodzi na zakupy do osiedlowego sklepiku , więc to „zbliżeniowo, proszę” nie wzbudza w nim już takich emocji.

Emocje wzbudza za to lista szkód do naprawy, coraz to nowe maile z warsztatu informujące, że bez tego samochód nie pojedzie, bez tego czy tamtego nawet  niech pan do niego nie wsiada.

Trafił do warsztatu, bo nie można było cofać. Kiedy parkowaliśmy, szukaliśmy dogodnego miejsca, takiego, z  którego można było od razu ruszać do przodu, a to było nie lada wyzwanie. Jazda nim robiła się coraz bardziej stresogenna. Aż w końcu stanął do odwołania.

Mąż odbierał go już kilka razy, ale nie odebrał ostatecznie . A rachunek rośnie. A tu jeszcze mieszkanie trzeba kupić.  Jest tak niewielki wybór dużych mieszkań, że cały czas podnosimy poprzeczkę cenową. Zaczynaliśmy poszukiwania od 300 tysięcy, teraz jesteśmy na 500 tysiącach. I za każdym razem, kiedy wydaje się, że znaleźliśmy raj na ziemi, okazuje się w końcowej refleksji, że ten raj nie jest rajem dla nas. Że my w tym raju się nie pomieścimy.

Są rodziny, które sprzedają piękne mieszkania, urządzone tak, że z marszu można się do nich  wprowadzić i mieszkać. Najczęściej jest to model  2+1. Spędzają w domu chwilę. Do wieczora siedzą w robocie, jedzą na mieście, dziecko w szkole, weekendy na wyjazdach. Nie potrzebują gromadzić gratów, mają minimum rzeczy.

A u nas wręcz przeciwnie. Domatorzy z ogromną ilością różnorakich przedmiotów. Nie powiem, że niepotrzebnych. Wszystko się przyda, nawet ten pięćdziesiąty ręcznik czy zmiana pościeli. Ale ja się tego nie pozbędę.

Po tak długiej dygresji zmierzam do tego, że nawet jak się nie ma samochodu z różnych przyczyn technicznych, to jest cudowna alternatywa w postaci wypożyczenia go  na minuty. Podobnie ma się z rowerami.

Ostatnio jechaliśmy do lekarza. Ja to zawsze wybiorę takiego, który przyjmuje na drugim końcu miasta. Nie mamy auta i co robimy?

Mąż instaluje aplikację, za pomocą której możemy użytkować samochód. Znajdujemy najbliżej nas zaparkowany, otwieramy go za pomocą smartfona, wsiadamy i jedziemy do celu. Można go zostawić gdziekolwiek w mieście, ktoś następny go sobie zarezerwuje i odjedzie w siną dal.

Samochód elektryczny, cichy, sunie jak po maśle. Ładowany na prąd. Świetna inicjatywa, która sprawdza się  w kryzysowych sytuacjach. Nie wiem do końca, czy tańsza niż taksówka, czy opłacalna. Minuta jazdy kosztuje 70 groszy, minuta postoju 10 groszy. Poza tym może jechać pasem dla  autobusów i  nie płaci się za miejsca parkingowe.

Niesamowita sprawa. Nic tylko czekać na samochody sterowane za pomocą robota, pilota czy komputera. W takim aucie dylematy, czy otworzyć okno czy drzwi , stojąc w kolejce po jedzenie, nie będą miały miejsca. Komputer za nas zadecyduje. I ja będę mogła się zdrzemnąć w trakcie jazdy, spokojna że bezpiecznie dojedziemy do celu.

Wzdycham i pozdrawiam ciepło 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *