Sałatka z makaronem ryżowym i warzywami

Ubolewam nad tym, ale to nie jest mój autorski przepis. Niestety nie posiadam aż tak wysublimowanej wyobraźni kulinarnej. Moje kulinaria ograniczają się ostatnimi czasy do bigosu, zimnych nóżek (uwielbiam tą nazwę na galaretę z kurczaka) i jajek w majonezie, które mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację. Niestety, jak mam zapas (jakoś tak sprytnie mi wychodzi) to tak wygląda moje menu. Jaja nigdy mi się nie znudzą, mogę je pochłaniać w każdej odsłonie.

Ale przychodzi taki czas, że trzeba się odchamić i przygotować coś bardziej szykownego i wykwintnego, żeby odzwyczaić podniebienie od tych przaśnych dań i połechtać je czymś lekkim i ożywczym.

Kiedy mam chwilę, poszukuję przepisów w internecie na zasadzie „jak się uda i trafi, to fajnie”. I tym sposobem znalazłam przepis na sałatkę z makaronem ryżowym. Zjedliśmy ją z mężem na obiad na zimno, była pyszna. Danie trochę zmodyfikowałam, ponieważ w pierwotnej wersji było mango. U nas nikt oprócz mnie za nim nie przepada, więc znalazłam doskonały substytut w postaci ananasa.

Najpierw namoczyłam makaron, czyli zalałam go wrzątkiem. Po wyciągnięciu polecam go pokroić na krótsze niteczki. Łatwiej się je.

Następnie starłam marchewkę, kilkanaście rzodkiewek, ( nie miałam dużej rzodkwi), pokroiłam pomidora, ananasa.

Potem zielenina. Dużo zielonej pietruszki, dużo szczypiorku i dużo kolendry.

Na koniec dodałam makaron ryżowy i zalałam sosem. W sosie znalazły się: czosnek, imbir (oczywiście zbebłane), sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek, sos sojowy. W oryginalnym przepisie był olej sezamowy, tamari i sos rybny. Nie wystarczy oliwa i cytryna, trzeba dodać trochę smaków z kuchni azjatyckiej, wtedy sałatka będzie miała wyrazisty smak. Dzięki świeżym warzywom i owocom jej smak jest orzeźwiający i unikalny. Wreszcie mogłam się poszczycić wyrafinowanym obiadem. Życzyłabym sobie więcej takich dań. Są szybkie w wykonaniu, trzeba tylko przygotować odpowiednie produkty i wyzbyć się wymówek i lenia, który u mnie coraz częściej gości.

Na szczęście ta sałatka smakowała mojemu mężowi, dzieci nie wliczam, bo one nawet na nią nie spojrzały; ale czasami bezpieczniej jest podać sprawdzony bigos i uniknąć podejrzanego wzroku i  kwaśnej miny, a potem znów siedzieć w kuchni i kombinować, wymyślać co podać ukochanym pociechom do jedzenia. Aluzja dotyczy moich dzieci, dla których wszelkie nowości przyprawiają je o zawrót głowy i epitety „bleeeee”.

A’ propos kolacji, to u nas dzisiaj królują jajka w majonezie. Zapraszam 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przełom w budzeniu rodziców

Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale dzisiaj rano nastąpił nieoczekiwany  przełom w budzeniu. Może to była jednorazowa chwila słabości. Ale rano nie zostałam wyrwana ze zgrozą, z krzykiem ogłuszającym najtwardszego śpiocha z objęć Morfeusza.

Moja malutka pociecha, mój malutki wampirek przyszedł rano do łóżka i położył się obok mnie. Oczywiście wszystko musiało odbyć się na jego warunkach, tzn. nie mogłam się do niego odwrócić twarzą, skutecznie się przed tym bronił, a i ja nie nalegałam, leżąc jak w transie, żeby tylko nie zmienił zdania. Żebym mogła podelektować się tą rozkoszną kuleczką i ciepłą kołderką.

To było naprawdę miłe i takie nowe, mam nadzieję, że na stałe wejdzie już do kalendarza imprez domowych. Znów mogłam poczuć obok małą istotkę, z włochatą główką przytulającą się do maminego policzka i co najważniejsze nie zajmującej połowy łózka, jak to jest w przypadku starszego syna.

A swoją drogą ciekawe, czym było podyktowane. Rozwodzę się nad tym tematem, bo przez rok miałam hard-kor w budzeniu. Może to jest nagroda za to wstawanie bez narzekań, systematycznie, day by day, bez marudzenia, pokornie, wykonując swoją misję: kochając dziecko najmocniej i okazując mu to na każdym kroku. To procentuje.

Krzepiące i schlebiające  jest dopisywanie takiej filozofii, wiem, wiem. Po prostu dzisiaj nie śniły mu się koszmary, no i  pewnie warunki meteorologiczne były bardziej sprzyjające niż wczoraj.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Długi, jesienny tydzień

Właśnie trwa jeden z tych najfajniejszych tygodni, kiedy jesteśmy całą rodziną w domu. Nikt nie idzie do szkoły, nikt nie idzie fizycznie do pracy. Możemy być razem.

Jesień ma to do siebie, że czasami jest piękna,  czasami złota, czasami potrafi mienić się cudnymi kolorami. Ale przychodzi taki rok jak ten i jesień robi nam psikusa. Jest szara, deszczowa, zimna, bywa mroźna. Wtedy atakuje mojego starszego syna i straszy go kaszlem, katarem, czasami gorączką. A jak straszy, to my wtedy pędem do lekarza.

Kiedy nie pomagają naturalne metody, lekarz to ostateczność.  Musi obejrzeć, osłuchać, zajrzeć gdzieniegdzie, postukać i wypisać receptę. Tym razem nie obyło się bez antybiotyku. A jak antybiotyk, to nie ma szkoły.

W drodze powrotnej czułam, że ze mną jest coś nie tak. Mdłości ciążowe i wymioty za mną, więc dlaczego tak mnie mdli. Czyżby kolejna jelitówka? Oszczędzę szczegółów, ponieważ nie każdy ma przyjemność z czytania o takich sprawach, ale siarczyście chlusnęłam pod drzewem. Ledwo wróciliśmy do domu i znów. To musi być jelitówka. Telefon do męża. Nie minęło kilkadziesiąt minut i mąż zjawił się do pomocy.

Chłopaki to tchórze, dlatego  kiedy w pracy  dowiedzieli się, że u nas w domu nietęgo w tych zdrowotnych sprawach, wystraszyli się (każdy ma małe dzieci) i szef kazał mu zostać w domu i pracować zdalnie. Co za radość. Cały tydzień.

Jelitówka trwała do południa, potem  jak ręką odjął. Nie wiem, co to było. Najważniejsze, że tym razem przyczyniła się do czegoś naprawdę miłego.

Wiadomo –  mąż pracuje, ale mam go pod ręką. Kiedy syn pyta, gdzie tata, odpowiadam, że w pracy, czyli w sypialni.

Dzisiaj rano mąż był zaaferowany , zamyślony – dotyczy to kupna nowego mieszkania, ale o tym następnym razem – chodził w kółko, a syn chciał uzyskać od niego odpowiedź na jakieś zadane pytanie. Chodził za nim, a tata nic. W końcu syn patrzy zatroskany na niego i pyta: tata,  a ty jesteś chory?

To mnie rozłożyło na kolejne kilkadziesiąt minut, śmiałam się do rozpuku. To jest naprawdę miły, rodzinny tydzień. Niech trwa…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Bezsenność w ciąży

Myślałam, że wyczerpałam już wszystkie zasoby ciążowych dolegliwości i objawów i że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Niestety, pojawiła się nagle,  znienacka, nieproszona, nieprzyzwoicie skuteczna w swoim natręctwie – bezsenność.

Nie ma chyba nic gorszego od bezsenności,  od niemożności zaśnięcia. Przykrywam się cudowną dłoni kołdrą i nic. Wiercę się na wszelkie możliwe strony. Dowiaduję się w międzyczasie, że mam takie rejony na ciele , o których nie miałam pojęcia. Swędzi mnie wszystko. Leżę i tracę wiarę, że kiedykolwiek zasnę. W takich momentach przypomina mi się przypadek mężczyzny, który cierpiał na jakąś tajemniczą chorobę i nie spał ponad sto dni. Niestety skończyło się to dla niego tragicznie.

Jakimś  cudem , pewnie nieświadomie, rodzina się ze mną solidaryzuje. Moje chłopaki też nie mogą spać. Starszy syn wchodzi o 2 w nocy do sypialni i stwierdza, że nie może zasnąć. W ogóle mnie to nie cieszy.  Mąż nie śpi do 4 nad ranem. Towarzyszy mi w mojej niedoli. Wiercimy się razem, chichramy, coś tam sobie obejrzymy, nerwowo zerkając na zegarek. Mam świadomość, że zaraz przybiegnie do mnie mały wampir i wygryzie mnie z tego wymoszczonego gniazda.

Pewnie w takim stanie trwałabym jeszcze ze sto lat, gdyby nie pamięć o generałowej Zajączkowej, żonie generała Józefa Zajączka, królowej śniegu – jak  nazywali ją  jej współcześni. Mówi się, że była prekursorką krioterapii, ponieważ całe życie, o każdej porze roku spała przy otwartym oknie, obłożona lodem, zmieniając pościel na zimną kilka razy w nocy. Dzieci nie miała, więc miała czas, żeby tak intensywnie dbać o siebie. Podobno w wieku osiemdziesięciu lat wyglądała na pięćdziesiąt. Była po prostu nieskazitelna, mój niedościgniony wzór, do tej pory.

Ja też byłam zwolenniczką spania przy otwartym oknie, ale w teorii. Niestety. Moja polonistka, wchodząc po dzwonku do klasy, zwykła mawiać: otworzyć okna – lepszy zdrowy chłodek niż ciepły smrodek. No, wstyd się przyznać, ale byłam innego zdania. Dopiero pamięć o generałowej Zajączkowej mogła mnie wybudzić z tego cieplarnianego letargu i duszności w ciąży.

Otworzyłam okno i doznałam olśnienia. Zasnęłam otulona podmuchem wiatru. Na drugi dzień podobnie, na trzeci też. Eureka. Znalazłam sposób na moją bezsenność. Teraz nie wyobrażam sobie zasypiania w dusznym pokoju, nie ma takiej opcji, dzięki tym podmuchom, mogę swobodnie oddychać, oczy same się zamykają.

Pomijam fakt, że dzisiaj byłam u lekarza z lekkim katarem, ale nawet to nie jest w stanie odstraszyć mnie przed otwarciem okna.  Nie marznę, zasypiam. Czego chcieć więcej. Pewnie to ta ciąża tak na mnie działa; ale póki działa, korzystam.

Wszystkim cierpiącym na bezsenność polecam zdrowy chłodek niż ciepły smrodek.

Pozdrawiam …, hmmm, ciepło 🙂

 

Moje drugie urodziny

Tak się złożyło, że moje dziecko urodziło się 1 listopada i właśnie dzisiaj obchodzi swoje drugie urodziny. Ten mały aniołek jest z nami już dwa lata. Dwa lata ogromnej radości, miłości, bałaganu, chaosu. Rodzinny tygiel emocji, uczuć, słów, kolorów.

To pierwsze ząbki, pierwsze słowa. Zęby pojawiły się nagle i bezobjawowo. Prawie wszystkie naraz. Któregoś dnia mój synek otworzył buzię i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam cały garnitur zębów, jak u rekina. Dwa rzędy za jednym zamachem. Zęby  zdolne do zgryzienia najtwardszego plastiku, nie bułki z masłem, nie marchewki, a plastikowych elementów. Zęby jak imadło; wkładasz do środka palec i wyjmujesz  w zmienionej formie, podziurkowanej. Patyczek u lekarza – nie ma problemu, trzask – słychać dźwięk łamiącego się drewienka.

Zrobić ze strzykawki płaską łyżeczkę – już się robi.

Jeśli chodzi o pierwsze słowa, to cieszymy się z dwóch opanowanych do perfekcji: „nie” i „bleeeee”, no i czekamy na więcej.

Dzisiaj moje dziecko zdmuchnęło świeczkę na torcie. Kiedy straszy brat zaczął grać na pianinku „sto lat”, a my pełnym wdzięku głosem chcieliśmy odśpiewać tą wzniosłą urodzinową pieśń, jubilat zaczął płakać, patrząc przestraszonym wzrokiem na rodziców. Kiedy się uciszyło, wrócił do konsumpcji tortu.

Za chwilę męża wezwali do komputera, dzieci się rozproszyły po pokojach, a ja zostałam w kuchni, racząc się tortem. Usłyszałam, jak obok w pokoju starszy syn składał życzenia młodszemu. Słodkie to były życzenia, takie dziecięce i mało wymagające. Życzył mu dużo słodyczy, fajnych kolegów i zdrowia. Ciepło mi się zrobiło na sercu.

Wtedy zastanowiłam się , czego ja mogłabym Tobie pożyczyć, synku?

Żebyś nigdy nie był samotny, osamotniony, sam. Żeby otaczali Cię ludzie mądrzy, ze światłem i radością bijącą z serca.

Żebyś był zawsze zadowolony i usatysfakcjonowany swoim życiem.

Życzę Tobie, żebyś w świecie pełnym chorób uniknął tych najcięższych. Żebyś umiał się podnieść  nawet z najcięższego upadku, najbardziej bolesnego kryzysu.

A sobie życzę żebyś zawsze znalazł drogę do domu, żebyś chciał do niego wracać. Umiał wybaczać i kochać.

Chcę mieć zawsze czas dla Ciebie, chociaż miłość i bycie tu i teraz  jest tak wymagające i czasochłonne. Nie chcę zobojętnieć, nie chcę wyczerpać zasobów tej przysłowiowej studni pełnej uczuć. Nie mogę doprowadzić do jej pustki, chcę zawsze zapełniać ją sobą, tobą, codziennością, oddaniem.

Chciałabym mieć przed sobą dużo czasu, żeby Cię tego wszystkiego nauczyć i cieszyć się Tobą na zawsze.

Pozdrawiam ciepło i refleksyjnie 🙂