Szkolne dylematy chłopca

Ponad miesiąc temu zaczął się rok szkolny, a wraz z nim demonizowanie szkoły i nauczycieli przez mojego starszego syna, który bardzo jej nie lubi. Ale u nas to chyba rodzinne. Ta awersja do szkoły przechodzi z rodzica na dzieci, ale tylko mentalnie, nigdy werbalnie, ponieważ nie mam w zwyczaju narzekania na szkołę i nauczycieli.

Argumenty typu: szkoła otworzy ci drzwi do sukcesu, dzięki niej możesz robić wszystko ( w uproszczeniu), afirmacje  jakoś do niego nie przemawiają. Miał nawet epizod, kiedy bardzo chciał chodzić do OHP. Kopanie rowów – ekstra. Po co mi pieniądze, przecież i tak zawsze będę mieszkał z rodzicami.

W tym roku doszły mu nowe przedmioty muzyczne i kolejny instrument. W piątej klasie jest to fortepian. Wraz z fortepianem pojawiła się nowa nauczycielka. I jak to bywa w eter poszła informacja, że jest to straszna kosa, że krzyczy na uczniów, ze ktoś przez nią nie zdał do następnej klasy.

Zapobiegawczy  rodzice poprzepisywali swoje pociechy do innej nauczycielki, żeby uchronić dzieci przed niechybną porażką, przed kompromitacją i niezdanym egzaminem.

Po pierwszych zajęciach syn stwierdził, że pani jest bardzo miła. Uśmiechała się i nie krzyczała. Kamień z serca. Pomyślałam, że jeden problem odszedł, może będzie spokój. Ale w drugim tygodniu pani zmieniła front i z relacji syna wynikało, że jednak jest niemiła, że krzyczy, nawet nazwała go kilka razy gamoniem. Po kilku dniach (z opowieści ucznia) okazało się, ze złapała jednego kolegę za rękę i uderzyła o klawisze fortepianu, wykrzykując przy tym , jakim jest niezdolnym, pozbawionym talentu uczniem.

Ojej, ciężka przeprawa, kolejny kwiatek do kożucha. Już zaczęłam być czujna. Zastanawiałam się, czy mamy jakąś alternatywę w postaci innej nauczycielki.

W poniedziałek poszłam  z synem na zajęcia. Stałam na czatach, żeby w razie jakiejś draki ( czyt. płacz, szlochanie, krzyki, uderzenia linijką) być w pogotowiu. Młodszy biegał po szkole. Najbardziej podobały mu się szpilki na gazetkach ściennych, a że jest dzieckiem eksplorującym świat, musiał również zapoznać się z ich wyglądem, dotknąć, wyciągnąć, wyrzucić, podnieść, zjeść.

Po takiej godzinnej bieganinie chłopaczyna był już na tyle zmęczony, że płacz i krzyk był jego jedynym sprzymierzeńcem i tylko w ten sposób komunikował głód, zmęczenie i pragnienie.   Akurat w czasie fortepianowych zajęć strasznie dokazywał na korytarzu, płakał i krzyczał na przemian. Już był na tyle zmęczony i zdezorientowany, że trudno było mu się uspokoić.

Uciekałam stamtąd jak mogłam najszybciej. Wreszcie skończyły się zajęcia i mogłam odetchnąć. Syn w dramatyczny sposób, teatralnym  gestem i głosem oznajmił, że pani była straszna, że postawiła mu  minus i jeszcze kilka innych uwag. Poza tym bardzo przeszkadzał jej krzyk młodszego syna,  nie mogła pracować.

Wykazałam wszystkie cechy przewrażliwionej na punkcie swoich dzieci matki i podjęłam decyzje przepisania syna do innej nauczycielki. Oznajmiłam mężowi, że idziemy do niej od razu, póki emocje wzięły górę.

Teraz ja w teatralnym geście wzięłam na ręce to rozwrzeszczane dziecię, mąż oczywiście przekazał mi pałeczkę do działania – czyli otworzył mi drzwi, żebym przypadkiem nie weszła druga i …

Ujrzałam serdecznie uśmiechniętą  panią w średnim wieku; przywitałam się, przedstawiłam, nauczycielka uśmiechnęła się miło i w tym momencie złość minęła. Zamiast wyciągnąć przeciwko niej moje działa, ostre pazury, przeprosiłam za krzykliwego wampirka. Stwierdziłam , że rozumiem jej złość, bo wiem, jak trudno pracuje się w hałasie. Sama jestem nauczycielką. W odpowiedzi usłyszałam, że nie było tak źle i że ona też rozumie zmęczenie dziecka.

Mąż kompletnie zdezorientowany, ne spodziewał się takiego obrotu sprawy. Myślał, że będzie świadkiem jakiejś ostrej wymiany zdań, a tu spokój i opanowanie. Kiedy zobaczyłam uśmiech, nie miałam siły na żadne ataki i stwarzanie problematycznej sytuacji.  Agresja przeciwko uśmiechowi. Nie, to nie w moim stylu. Podpytałam jeszcze  o ten minus, który obiecała zniwelować po prawidłowym wykonaniu ćwiczenia.

I tak na koniec naszła mnie taka refleksja, jak mało mi potrzeba, jak mało jestem wymagająca w stosunku do osób  przy pierwszym kontakcie. Wystarczy mi uśmiech, miłe słowo,nie oczekuję  żadnych fajerwerków, żadnych egzaltowanych zachować, jakiejś atencji.

Chcę, żeby ludzie byli dla siebie mili, odnosili się do siebie z szacunkiem. To mi wystarczy, gdziekolwiek jestem, czy w szkole, czy w sklepie. Czy mam do czynienia z woźnym, czy mam do czynienia z dozorcą na klatce schodowej, z kimkolwiek. Pomimo, że to nic nie kosztuje, czasami   mam wrażenie, że jest to towar deficytowy, na wagę złota.

W drodze do domu syn pytał i co, i co. A ja na to, że jestem zła na siebie, że dałam się ponieść emocjom, że tak szybko oceniłam człowieka po pozorach i opiniach innych, że chciałam wywołać burzę w szklance wody. Dodałam, że przeprosiłam panią za młodszego brata.

Wtedy  syn zrewanżował mi się swoją hipotezą , że miał podobną sytuację, w której nauczycielka złapała go za rękę, ale nie w celu uderzenia nią o fortepian, a w celu udaremnienia zagrania złego dźwięku i że tamten kolega chyba trochę wyolbrzymił cała tą sytuację, chcąc nastraszyć innych chłopaków i nakręcić rodziców.

Zajęcia z fortepianu w następny poniedziałek, mam nadzieje, że nie będę musiała prostować swoich słów. Daj Boże.

 

Pozdrawiam ciepło, już jesiennie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *