Tęsknota

Ostatnio za czymś tęsknię. Za czymś nieokreślonym. I nie wiem, czy jest to jakieś konkretne miejsce, czy jest to osoba, czy stan, w którym było mi nad wyraz dobrze i przyjemnie.

Nie jest to moment długotrwały, czasami zanim zdążę na dobre się w nim rozgościć – mija. Ale   lubię wymościć sobie w nim dogodne miejsce, wyciszyć się, zaszyć, wspomnieć , oddalić się na chwilę poza cztery ściany.

Lubię ten stan. Umiejętność wchodzenia w tęsknotę bez szwanku dla obciążenia psychiki pozwala mi na oderwanie się od codzienności. Potem znów wydobywam  się tej głębi, gramolę się na górę, by  wrócić do swoich obowiązków.

Zawsze tak mam, kiedy za oknem szaro, mgliście i deszczowo. Przywołuję wtedy słońce, letnie obrazy, wakacje, beztroskę, która towarzyszy wakacyjnym wojażom.

Staram się odnaleźć to coś, co mnie chce dogonić, ale jakoś tak nieskutecznie. Może jest to lato i czas beztroskiego pobytu nad morzem.

Może to nasza mała przystań na końcu świata, ukryta wśród zieleni i pól.

Może stan permanentnej afirmacji życia. Akceptacji wszystkiego i wszystkich. Dobrego i złego.

Wtedy chciałabym zrobić coś szalonego, ale jedyna szalona rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to podróż zatłoczonym tramwajem z dzieckiem na ręku i wózkiem do centrum. Nie ma bardziej ekstremalnej wyprawy  niż ta. Doświadczyłam tego i osobiście. Na szczęście tylko raz.

Kiedyś z koleżanką zastanawiałyśmy, dlaczego ci wszyscy ludzie nie są w pracy tylko w autobusie albo tramwaju. Ooo, ale tu już włącza mi się narzekanie…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Wymarzony pobyt w SPA

Gdzie to było? Nie pamiętam. Jak dojechaliśmy? Nie pamiętam. Ale pachniało lasem. Pachniało igliwiem, w oddali majaczyły sylwetki grzybiarzy. Pachniało grzybami.

Byliśmy sami, bez dzieci. Sami.

W hotelu unosił  się zapach róż. Pewnie te smarowidła roznosiły taką woń. Zapach róż mieszał się z zapachem czekolady, pomarańczy, karmelu. Obezwładniająca mieszanka. Poczułam, że ślinianki zaczęły mi intensywniej pracować , tyle smakowitych zapachów i smaków. Gdyby nie fakt, że to SPA, pomyślałabym, że czeka na nas jakiś powitalny deser.

A tak, można się wysmarować czekoladą, ukradkiem ją zlizując z ciała. Można pokropić się olejkiem pomarańczowym i poczuć na sobie delikatne krople tego uzdrawiającego eliksiru.

Mogę bezkarnie leżeć na pachnącym łóżku, w czystej pościeli nie inkrustowanej okruchami z chleba i paprochami z bosych stóp moich dzieci i męża.

Mogę mieć zamknięte oczy, nie obawiając się małego podpułkownika szturchającego mnie swoją uroczą szabelką nawołującą mnie do porządku i stania na baczność. Nie muszę ich otwierać na każde zawołanie tysiąc razy dziennie. Co za rozkosz.

Mogę zapomnieć o kuchni i o gotowaniu. A tak w ogóle, to co to takiego? Nie znam.

Mogę przytulać się do męża, nie słysząc krzyku zazdrośnika. Możemy razem pójść na kawę i kolację. Pierwszy raz na naszym stoliku zabrakło okruchów i kawałków jedzenia z kolacji. Kiwi nie jest w maśle, a w herbacie nie pływają kawałki parówki. Nie do wiary, że to jest możliwe.  Na podłodze nic nie ma. A frytki? Chociaż one. Nie ma nic.

A dzieci? Z kim zostały? Sama nie wiem. Przyjechały posiłki i zajęły się  maluchami, w tym  jednym wyrośniętym. Taka informacja mi wystarczy.

Możemy spać do woli. Ojej, ktoś mnie szturcha, słyszę zatroskany głos męża: Aguniu, już siódma, śniadanie. Co!! Śniadanie serwują dopiero o 10. 00. Aaa, ja mam zrobić śniadanie. Nie, nie chcę. Nie chcę się obudzić…

 

 

 

+

Agresja w szkole

Odprowadzając dziecko do szkoły, mamy nadzieję, że będzie w niej bezpieczne, że wróci całe i zdrowe. Przecież szkoła posiada całą masę zabezpieczeń. Jest woźna w budce przy drzwiach, są blokady, są karty uniemożliwiające intruzom  wejście do niej.

Jako rodzic ucznia piątej klasy wymagam od nauczycieli, żeby pilnowali porządku w szkole. Żeby angażowali się w szkolną codzienność; żeby wypicie kawy w pokoju nauczycielskim  w czasie przerwy nie obyło się kosztem ucznia, który akurat potrzebuje atencji z jego strony i cierpliwej rozmowy.

Moim pragnieniem jest, żeby nauczyciel wykazał się wręcz nadgorliwą uważnością, bo tylko wtedy jest w stanie wyłapać anormalne zachowanie ucznia lub wręcz przeciwnie apatię, wycofanie, które mogą być spowodowane konfliktem w klasie, odsunięciem dziecka na margines przez innych kolegów.

Im więcej zaangażowania w życie klasy, tym zdrowsza będzie w niej atmosfera. Im więcej rozmów z uczniami pozbawionych krzyków i agresji, tym lepsze pokolenie ma szansę wyjść z takiej szkoły. To co dzieje się w szkole, głównie zależy od nauczycieli. Ale oni nastawieni są na  wbijanie wiedzy do głów, a mniej na funkcję wychowawczą, do której nie są przygotowani na studiach.

Oczywiście nie chodzi mi o scedowanie przez rodzica na nauczyciela  odpowiedzialności   za dziecko, ponieważ uważam, że największa robota wychowawcza należy do rodzica. Ale jeżeli rodzic jest lekko zagubiony wychowawczo, bezradny,  to nauczyciel powinien być na tyle przygotowany do pracy z uczniem, z rodzicem,  żeby ich wesprzeć, naprowadzić, pomóc, wzmocnić nadwątlony system wartości.

Co mnie skłoniło do takich refleksji? Ano piątkowy incydent w klasie mojego syna, gdzie jeden z chłopców w czasie przerwy w szatni zaatakował drugiego. Pchnął go z całej siły na ławkę. Złość spowodowana była przegraną na w-fie. Skończyło się na tym , że do szkoły przyjechała karetka i zabrała poszkodowanego ucznia do szpitala.

A tam czekała na niego bolesna operacja pod pełną narkozą, ból, stres, kroplówki, leki przeciwbólowe, niepewność, strach, długa rekonwalescencja.

Chciałabym mieć większe zaufanie do nauczycieli. Ale jak je wypracować, kiedy napotykam opór z ich strony i obojętność.

Kiedy wróciłam do pracy w szkole po dłuższej nieobecności, a tuż przed zajściem w drugą ciążę, uczniowie pytali mnie naprawdę zdziwieni; dlaczego pani jest dla nas taka miła. Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, byłam nim skrępowana i lekko zszokowana. Nie minęło kilka tygodni, a już wiedziałam, że pytanie jest jak najbardziej uzasadnione. Na szczęście zaszłam w ciążę i mogłam się z tą szkołą pożegnać. Szkoda mi było tylko moich uczniów.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Infantylizacja języka polskiego

Z zawodu jestem nauczycielką. Polonistką. I trochę historyczką, może też histeryczką. Może nie brzmi to zbyt dumnie i nobilitująco. Może gdybym napisała, że jestem kardiochirurgiem albo  laureatką nagrody Nobla, może wtedy zdobyłabym większe uznanie. Bycie nauczycielką nie jest aż tak bardzo faworyzowane jak np. w Luksemburgu, gdzie nauczyciel zarabia 7000 euro. Marzenie.

Ale ja nie o zarobkach, ja bardziej infantylnie, mianowicie o transformacji języka w momencie, kiedy pojawiają się małe dzieci w domu.

Kiedy pojawiły się u mnie, nastąpił upadek literackiego języka polskiego, totalne uproszczenie, jeśli mogę tak powiedzieć, to uległ lekkiej degradacji, lekkiemu ułatwieniu.

Pamiętam czasy, kiedy słownik wyrazów obcych i bliskoznacznych był moim sprzymierzeńcem. Bez niego nie ruszałam się z domu, bez niego nie oglądałam telewizji, bez niego nie czytałam książek. Był zawsze w gotowości.

Uwielbiałam wyłapywać nowe, niezrozumiałe wtedy dla mnie  słowa, tłumaczyć je, zapisywać , zapamiętywać, a potem z pełną satysfakcją ich używać. Tak, znam znaczenie słowa utensylia i poczwarka. Bardziej to drugie.

Tego samodzielnego szukania i pracy nauczył mnie mój tata. Za każdym razem, kiedy pytałam go o jakieś zagadnienie, słowo, cokolwiek, zawsze odsyłał mnie do słownika bądź encyklopedii.

Owszem wiedział, ale wolał, żebym sprawdziła sama. Nie było to zamierzone pedagogiczne działanie, po prostu nie chciało mu się za bardzo gadać. Informacje wolał zachować dla siebie. Poza tym  miał lepsze zajęcie, czytanie książek.

Obecnie w naszym domu dominują wyrazy dźwiękonaśladowcze. Czas jedzenia to czas amu, amu.  Nikomu nie chce się za bardzo deliberować na nurtujące tematy, np. co dziś na kolację. Kiedy pytam męża, na jaki posiłek ma ochotę, uprzejmie odpowiada: tak.  Czytam między ubogimi wierszami, że inicjatywa przygotowania tego wspaniałego posiłku należy do mnie.

Ostatnio rozmawiałam z sąsiadką, tłumaczką angielskiego, na temat znaków zodiaku. Ja nie bardzo się znam na tych sprawach. Pytała, kiedy urodził się mój synek. I kiedy okazało si, że w listopadzie, ucieszyła się, że podobnie jak ona jest skorpionem. Zaraz sprostowała, że ten znak nie jest taki do końca przyjazny. Zaczęła szukać słowa na określenie siebie jako kobiety skorpiona. Ja jako wytrawna polonistka od razu przyszłam jej z odsieczą i rzuciłam propozycję: czyli pani jest taka be, be.

Miłe było to, że podłapała temat i poszła za moim tokiem myślenia. No właśnie, dodała, jestem czasami taka be, be.

Na szczęście z tej przepastnej otchłani wyrazów dźwiękonaśladowczych, które uwielbiam, ratuje mnie mój starszy syn. W rozmowie z nim dbam o estetykę języka, ale też pozwalamy sobie na małe grzeszki językowe. To jest nasz kod językowy. Dlatego wszystkim dziś  mówię bim bobli. Gdyby ktoś nie wiedział, co znaczą te magiczne słowa, odsyłam do słownika wyrazów obcych 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Krzywa cukrowa w ciąży

Wczoraj miałam słodkie badanie krzywej cukrowej. W swojej naiwności  myślałam, że  to badanie mnie ominie. Coś się stanie takiego, co uniemożliwi mi pójście do laboratorium i wypicie szklanki cukru z małą ilością wody. Nie wiem, co to miałoby być, może liczyłam, że zadzwoni moja lekarka i powie: właściwie to mnie musi pani robić tego badania, moje doświadczenie podpowiada mi, że nie ma pani cukrzycy ciążowej. Niestety, tak się nie stało, chociaż kombinowałam na wszystkie możliwe sposoby, żeby go uniknąć. I tak jak wszystkie badania, również to robiłam na ostatnią chwilę.

W pierwszej sekundzie pomyślałam sobie, że nie ma gorszej ingerencji badawczej w czasie ciąży niż wypicie gęstego, słodkiego, lepkiego płynu na czczo i czekanie z tym czymś w żołądku ponad dwie godziny, bycie kłutym cztery razy: raz w palec, trzy razy w żyłę.

Ale moja pamięć mnie nie zawiodła, o zgrozo, i szybko przypomniała mi jedno z badań, kiedy byłam w drugiej ciąży:  szukanie szyjki macicy. Nie wiem, czy któraś z przyszłych mam miała takie badanie, ale nie polecam.

Taka zabawa w kotka i myszkę. Lekarz chce dopaść szyjkę,  a ona mu ucieka. Poszukiwania po kilku mocnych minutach przyniosły oczekiwane rezultaty, ale co się nadziwiłam i napociłam (lekko powiedziane), że w ogóle coś takiego może się stać, to moje. Kiedy oczy zaczynały mi wychodzić z orbit, lekarz łagodnym głosem mówił: już mam, już mam, ale wystarczyło, że je zamknęłam  w pełnym zaufaniu, słyszałam: gdzie jesteś, gdzie jesteś, a potem: już prawie, już.  Słowa krzepiące, ale czas wydłużał się niemiłosiernie.

Na koniec, kiedy szyjka została znaleziona, gdzieś w brzuchu pewnie, zobaczyłam w rękach lekarza metalowy, długi przedmiot przypominający lornetkę  sprzed wieku. Poczułam się jak na sali tortur w najgorszym śnie i pomyślałam wtedy, za jakie grzechy. Ja tylko zaszłam w ciążę i to z kalendarzykiem w ręku.

Pomyślałam, że jak szyjka została znaleziona, to teraz trzeba sprawdzić, czy aby znów nie uciekła. Ale okazało się, że ten przedmiot posłużył lekarzowi do oględzin wód płodowych. Teraz mogę z dumą powtórzyć za Terencjuszem, że człowiekiem jestem i nic co ludzkie, nie jest mi obce.

Wracając do krzywej cukrowej, to nie jest aż tak źle.  Przyjmując, że w przychodni znajdzie się z nami mąż pilnujący szalonego malucha, biegającego za nim w kąta w kąt. Jedyny plus całego zamieszania związanego z tym testem, to fakt, że musiałam siedzieć, nie wykonując żadnych ruchów, żeby nie zafałszować badania. Miałam dwie godziny odpoczynku, dwie godziny relaksu z mdłościami w tle, w pełnym bezruchu  i mogłam korzystać z uroków macierzyństwa, przyglądając się mężowi zajmującemu się naszym synkiem.

A mąż…, mąż po przyjściu do domu był tak wykończony obcowaniem w takich warunkach z dzieckiem, że  musiał wziąć sobie na ten dzień urlop.

I tym sposobem mieliśmy cały poniedziałek dla siebie. Prawie cały 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Szkolne dylematy chłopca

Ponad miesiąc temu zaczął się rok szkolny, a wraz z nim demonizowanie szkoły i nauczycieli przez mojego starszego syna, który bardzo jej nie lubi. Ale u nas to chyba rodzinne. Ta awersja do szkoły przechodzi z rodzica na dzieci, ale tylko mentalnie, nigdy werbalnie, ponieważ nie mam w zwyczaju narzekania na szkołę i nauczycieli.

Argumenty typu: szkoła otworzy ci drzwi do sukcesu, dzięki niej możesz robić wszystko ( w uproszczeniu), afirmacje  jakoś do niego nie przemawiają. Miał nawet epizod, kiedy bardzo chciał chodzić do OHP. Kopanie rowów – ekstra. Po co mi pieniądze, przecież i tak zawsze będę mieszkał z rodzicami.

W tym roku doszły mu nowe przedmioty muzyczne i kolejny instrument. W piątej klasie jest to fortepian. Wraz z fortepianem pojawiła się nowa nauczycielka. I jak to bywa w eter poszła informacja, że jest to straszna kosa, że krzyczy na uczniów, ze ktoś przez nią nie zdał do następnej klasy.

Zapobiegawczy  rodzice poprzepisywali swoje pociechy do innej nauczycielki, żeby uchronić dzieci przed niechybną porażką, przed kompromitacją i niezdanym egzaminem.

Po pierwszych zajęciach syn stwierdził, że pani jest bardzo miła. Uśmiechała się i nie krzyczała. Kamień z serca. Pomyślałam, że jeden problem odszedł, może będzie spokój. Ale w drugim tygodniu pani zmieniła front i z relacji syna wynikało, że jednak jest niemiła, że krzyczy, nawet nazwała go kilka razy gamoniem. Po kilku dniach (z opowieści ucznia) okazało się, ze złapała jednego kolegę za rękę i uderzyła o klawisze fortepianu, wykrzykując przy tym , jakim jest niezdolnym, pozbawionym talentu uczniem.

Ojej, ciężka przeprawa, kolejny kwiatek do kożucha. Już zaczęłam być czujna. Zastanawiałam się, czy mamy jakąś alternatywę w postaci innej nauczycielki.

W poniedziałek poszłam  z synem na zajęcia. Stałam na czatach, żeby w razie jakiejś draki ( czyt. płacz, szlochanie, krzyki, uderzenia linijką) być w pogotowiu. Młodszy biegał po szkole. Najbardziej podobały mu się szpilki na gazetkach ściennych, a że jest dzieckiem eksplorującym świat, musiał również zapoznać się z ich wyglądem, dotknąć, wyciągnąć, wyrzucić, podnieść, zjeść.

Po takiej godzinnej bieganinie chłopaczyna był już na tyle zmęczony, że płacz i krzyk był jego jedynym sprzymierzeńcem i tylko w ten sposób komunikował głód, zmęczenie i pragnienie.   Akurat w czasie fortepianowych zajęć strasznie dokazywał na korytarzu, płakał i krzyczał na przemian. Już był na tyle zmęczony i zdezorientowany, że trudno było mu się uspokoić.

Uciekałam stamtąd jak mogłam najszybciej. Wreszcie skończyły się zajęcia i mogłam odetchnąć. Syn w dramatyczny sposób, teatralnym  gestem i głosem oznajmił, że pani była straszna, że postawiła mu  minus i jeszcze kilka innych uwag. Poza tym bardzo przeszkadzał jej krzyk młodszego syna,  nie mogła pracować.

Wykazałam wszystkie cechy przewrażliwionej na punkcie swoich dzieci matki i podjęłam decyzje przepisania syna do innej nauczycielki. Oznajmiłam mężowi, że idziemy do niej od razu, póki emocje wzięły górę.

Teraz ja w teatralnym geście wzięłam na ręce to rozwrzeszczane dziecię, mąż oczywiście przekazał mi pałeczkę do działania – czyli otworzył mi drzwi, żebym przypadkiem nie weszła druga i …

Ujrzałam serdecznie uśmiechniętą  panią w średnim wieku; przywitałam się, przedstawiłam, nauczycielka uśmiechnęła się miło i w tym momencie złość minęła. Zamiast wyciągnąć przeciwko niej moje działa, ostre pazury, przeprosiłam za krzykliwego wampirka. Stwierdziłam , że rozumiem jej złość, bo wiem, jak trudno pracuje się w hałasie. Sama jestem nauczycielką. W odpowiedzi usłyszałam, że nie było tak źle i że ona też rozumie zmęczenie dziecka.

Mąż kompletnie zdezorientowany, ne spodziewał się takiego obrotu sprawy. Myślał, że będzie świadkiem jakiejś ostrej wymiany zdań, a tu spokój i opanowanie. Kiedy zobaczyłam uśmiech, nie miałam siły na żadne ataki i stwarzanie problematycznej sytuacji.  Agresja przeciwko uśmiechowi. Nie, to nie w moim stylu. Podpytałam jeszcze  o ten minus, który obiecała zniwelować po prawidłowym wykonaniu ćwiczenia.

I tak na koniec naszła mnie taka refleksja, jak mało mi potrzeba, jak mało jestem wymagająca w stosunku do osób  przy pierwszym kontakcie. Wystarczy mi uśmiech, miłe słowo,nie oczekuję  żadnych fajerwerków, żadnych egzaltowanych zachować, jakiejś atencji.

Chcę, żeby ludzie byli dla siebie mili, odnosili się do siebie z szacunkiem. To mi wystarczy, gdziekolwiek jestem, czy w szkole, czy w sklepie. Czy mam do czynienia z woźnym, czy mam do czynienia z dozorcą na klatce schodowej, z kimkolwiek. Pomimo, że to nic nie kosztuje, czasami   mam wrażenie, że jest to towar deficytowy, na wagę złota.

W drodze do domu syn pytał i co, i co. A ja na to, że jestem zła na siebie, że dałam się ponieść emocjom, że tak szybko oceniłam człowieka po pozorach i opiniach innych, że chciałam wywołać burzę w szklance wody. Dodałam, że przeprosiłam panią za młodszego brata.

Wtedy  syn zrewanżował mi się swoją hipotezą , że miał podobną sytuację, w której nauczycielka złapała go za rękę, ale nie w celu uderzenia nią o fortepian, a w celu udaremnienia zagrania złego dźwięku i że tamten kolega chyba trochę wyolbrzymił cała tą sytuację, chcąc nastraszyć innych chłopaków i nakręcić rodziców.

Zajęcia z fortepianu w następny poniedziałek, mam nadzieje, że nie będę musiała prostować swoich słów. Daj Boże.

 

Pozdrawiam ciepło, już jesiennie 🙂

Zaborcze dziecko czy mały policjant?

Czas miłych, uległych zwierzątek w moim domu minął bezpowrotnie, odszedł w niepamięć. Jest jeszcze nadzieja w nienarodzonym bobasie, że może  jemu uda się zapełnić tę lukę i przypomni rodzicom ten beztroski czas.

Gdzie te borsuczki, gdzie te kosmate misie. Nastała era kierowników zamieszania i policjantów, którzy współpracują ze sobą, pilnując porządku w domu.

I tak w naszym domu zamieszkał policjant. Mały jeszcze, niepozorny, ale skuteczny. Jeszcze trzeba zmieniać mu pieluchy, ale to nie przeszkadza mu w pełnieniu bardzo aktywnej służby. Jest niesamowitym fachowcem, któremu niestraszne przeciwności losu. Zawsze dopnie swego tylko sobie znanym sposobem. Jak nie dobrowolnie, to pod przymusem.

Jeszcze nie umie mówić, jeszcze nie skleci poprawnie żadnego zdania, ale słowo „nie” opanował do perfekcji. Nie „mama”, nie „tata”, tylko leniwe, długie, dosadne „nniieeee”. A jak to nie pomoże, użyje swojego silnego sopranu, który  w tym przypadku nie jest melodią dla uszu.

Jest niezawodnym systemem przeciwciążowym. Wystarczy, że mąż zbliży się do mnie na odległość kilku centymetrów, a już słychać tupot bosych stópek, następnie widać policjanta udaremniającego spotkanie tych dwojga stęsknionych siebie rodziców. Najpierw wyłania się wyciągnięta rączka ze wskazującym palcem. Tak, tak, wskazującym na mnie i kuchnię – komunikat jest bardzo czytelny: marsz do kuchni, mamusiu.

Kiedy mąż próbuje mi towarzyszyć w tej niedoli, maluch bez obiekcji, z zimną krwią toruje mu drogę, wydając z siebie niezrozumiałe dźwięki, które w jego żargonie znaczą : tatusiu (tu wymowny uśmiech), panom wstęp wzbroniony.

Wcześniej tego nie zauważałam, ale natłok obowiązków i chęć odpoczynku po przyjściu męża z pracy, spowodował, że uważniej zaczęłam się temu wszystkiemu przyglądać.

No właśnie po przyjściu męża jest już spięty i gotowy. Czujny, żeby odległość pomiędzy nami była odpowiednio duża.

Mam swoją tajną kryjówkę, do której czasami uciekam niepostrzeżenie, żeby odetchnąć. Zaszywam się w sypialnianych ciemnościach, ale i tam dopada mnie mój strachowyj. Co zrobić, słodki strachowyj.

Z czasem policjant przejmuje rolę kierownika zamieszania i wtedy  już możemy odetchnąć. Wspólna zabawa, poszerzanie przestrzenie dla wszystkich przynosi po godzinie oczekiwane rezultaty. Wtedy robi miło i rodzinnie, razem możemy się pobawić, powygłupiać i pośmiać. To jest czas dla nas.

A my z mężem, pomimo, że w różnych kątach pokoju, mamy swój kod porozumiewawczy i  hulaj dusza…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Sezon gorączek u dzieci trwa

Szaro, pusto, mokro, wietrznie…Zaczęły się katary, gorączki, jakiś kaszel. Trzeba to zadaniowo ogarnąć, uzbroić się w cierpliwość i czekać na zdrowe jutro. Ostatnio zmieniam tylko buteleczki z syropami, dokupuję nowe, wyrzucam stare. Mieszam mikstury, parzę herbatę z czarnego bzu. I kiedy ogarniam jedno pacholę, drugie przejmuje pałeczkę i wszystko zaczyna się od nowa.

Od kilku dni walczę z gorączką u młodszego syna. Przyczepiła się i nie ma zamiaru go opuścić; kiedy wydaje się, że została opanowana i poskromiona, z impetem pojawia się znowu. Nie chciałabym znaleźć się w szpitalu z jej powodu, ponieważ już przez to przechodziłam. W konsekwencji moje dziecko przestało mówić. Wyrazy, które w sposób naturalny wypowiadał, czyli cudowne pierwsze najprostsze słowa mama, tata, odeszły w zapomnienie. I to na długie zapomnienie. Ingerencja strzykawek, kroplówek, wenflonów zrobiła swoje. Wyszedł zdrowy, ale z traumą i awersją do wszelkich badań i języka .

I tak chodzimy sobie po domu. To znaczy ja chodzę, a maluszek na moich rękach. Moja Basieńka w brzuchu się przewraca na prawo i lewo. Nie wiem, czy jest jej wygodnie z przyduszonym do brzucha bratem.

A kierownik zamieszania albo płacze ,  albo wskazującym palcem kreśli drogę, jaką mam pokonać w mieszkaniu. Kroki do sypialni wywołują histerię; źle się kojarzy, za duże łóżko. Kroki do pokoju brata wywołują jeszcze większą histerię i płacz; źle się kojarzy, tam stoi jego łóżeczko. A on nie chce spać, jak na dziecko w malignie ma wyjątkowo dużo zapału do płaczu i niespania.

W saloniku może być, tam jest telewizor i bajki. Skończyły się pokoje. Jest jeszcze kuchnia, w której najbardziej lubi przebywać. Na moich rękach; wpatrując się w garnki i wrzucając do nich  to, co aktualnie trzyma w małych rączkach.

Jego brat pyta, dlaczego on ciągle płacze. Jego tata pyta, dlaczego on ciągle krzyczy i ratuje się internetem, szukając skutecznego sposobu na wyeliminowanie płaczu. Ja nie mam na kogo scedować pytania, chyba że na małego „winowajcę”, dlatego nie pytam tylko tłumaczę: dziecko jest chore, rozdrażnione, gorączkuje, miało ciężką noc. Nie oczekujmy , że będzie skakał jak pajacyk i zabawiał rodzinę.

Nie kupujemy dzieci w sklepie, nie wybieramy ich według naszego widzi mi się. Dostajemy całą paletę barw, emocji, chorób, pretensji, miłości, złości. Dostajemy małe zawiniątko, które już ma zaznaczoną mapę życia i trzeba  się z nią uporać. Tak ją dopracowywać, tak rysować, żeby namalować na niej najpiękniejsze dni, najmądrzejsza historię tego małego człowieczka. Nerwy nic tu nie zdziałają.

Ja też schowałabym się w kącie i cicho siedziała, co wczoraj uczyniłam, ale mój syn intuicyjnie od razu wiedział, w którą stronę skierować kroki. Gdzie szukać mamy.

Mama – najprostsze a zarazem najpiękniejsze słowo świata.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Bomba witamin – jarmuż

Po raz pierwszy jarmuż jadłam na studiach w czasie kolacji w restauracji. Oprócz zamówionej przeze mnie ryby na talerzu znalazły się różne dodatki: pikle, surówki  i nieznany dotąd mały zielony, mięsisty listek, który pochłonęłam jako pierwszy. Był chrupki, kruchy i smakował wybornie. Pewnie miał być tylko ozdobnikiem talerza, ale ja pożarłam go w pierwszej kolejności i oniemiałam. Nie wiedziałam, co jem, ale długi czas miałam go w pamięci i rozglądałam się za nim. Niestety zniknął mi z oczu na długie lata. Zresztą kiedyś nie było takiego wielkiego wyboru w doborze zieleniny. Latem – sałata z działki, kiszonki –  zimą. Ot i cała warzywna filozofia.

Jak już zdobyłam elementarną wiedzę na temat tych zielonych liści i znalazłam miejsce do posadzenia, nie zastanawiałam się ani chwili. Wyrosły wielkie, rozłożyste liście, którymi nacieszyłam oko i na tym się skończyło. Przyszły przymrozki,  liście dalej w całej ozdobie, a ja z lenistwa i braku inspiracji pozwoliłam ślimakom na ich degradację. Wstyd.

Musiałam chyba dojrzeć do jarmużu, bo teraz nie wyobrażam sobie lodówki bez niego. Musi być. Przed ciążą codziennie piłam zielony  koktajl, potem mi się pomieszały  smaki  i nie mogłam na niego patrzeć, nie wspomnę o konsumpcji. Ale i na to znalazłam sposób – jarmuż na ciepło. Pychota. Zawsze w towarzystwie boczniaków, boczku ( u mnie bez niego ani rusz) i sera halumi. Może być to danie obiadowe, może być sałatką na kolację. Zawsze się sprawdza.

To co mnie do niego przekonało, to fakt, że posiada ogromne pokłady wapnia, nawet więcej niż nabiał. Dla mnie to bardzo ważne, ponieważ wyeliminowałam mleko i jego przetwory z diety. Czasami skuszę się na owcze jogurty i sery, ponieważ nie posiadają szkodliwej kazeiny A1 jak mleko krowie tylko kazeinę A2. Ale to informacje na odrębnego posta.

Do sałatki smażę boczniaki na złoto, osobno boczek lub inne mięso, na osobnej patelni duszę jarmuż (nie radzę dodawać wody, bo się ugotuje i nie będzie chrupiący). Następnie mieszam ze sobą tak przygotowane produkty, a na talerz dokładam grilowany ser halumi. Można dodać pomidora, na pewno nie popsuje smaku. Smacznego 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂