Sezon jelitówek uważam za otwarty

No i zaczęło się.  Przychodzi zawsze znienacka; dlatego, gdy ktoś pyta, czy jesteśmy zdrowi, odpowiadam: dzisiaj tak. Kiedy lekarka pyta, czy mały ma wysypkę, odpowiadam: rano jeszcze  nie miał. Jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu opinii na temat zdrowia. Zresztą mamy wiedzą najlepiej; kładą spać dzieci zdrowe, a budzą się chore.

Podobnie było u nas. Wszystko szło lawinowo. Pierwszy poległ na placu boju najmłodszy w rodzinie. Od rana zaczął wymiotować. Najgorsze, że nie skojarzyłam tego z wymiotami, tylko z refluksem. Pomyślałam, że mi się dziecko dusi, bo wydawał takie dziwne odgłosy. Ale kiedy zaczęło się na dobre, rozwiałam swoje wątpliwości. Muszę popracować nad sobą, żeby  nie wyszukiwać chorób, o których nie śniło się nawet filozofom. Już taka panikarska  natura. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarka w naszej osiedlowej przychodni   zabroniła mi zaglądać do internetu, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

Drugi poległ starszy syn. Wrócił ze szkoły blady jak ściana z bolącym brzuchem. Zwijał się bólu, powstrzymując ze strachu wymioty. Ile musiałam natłumaczyć, że nic się nie stanie, że to naturalny odruch, kiedy organizm chce się pozbyć intruza. Może wreszcie zrozumie, że choroba to nie jest dobry sposób na uniknięcie szkoły, o co tak skrupulatnie zabiegał.

Wieczorem ja padłam ofiarą wirusa, który potocznie nazywamy jelitówką. Akurat jadłam kolację, oglądając sobie spokojnie telewizor. Dzieci spały wykończone chorobą, mąż na sportach, wreszcie względny spokój. Już czułam, że coś się kręci, ale dalej wpychałam kolację na siłę. Jadłam halibuta ( czyli buta Haliny), moje łakomstwo wzięło górę,  jak mogłam zrezygnować z takiej pysznej ryby. Ostatni kęs był dosłownie ostatnim kęsem. Wylądowałam w toalecie razem z kolacją. Noc z głowy.

Ostatni był mąż. Wrócił ze swoich sportów, zjadł kolację i… zaczęło się…

Choroba dzieci to zawsze wyzwanie dla rodziców. Najmłodsze dziecko jeszcze nie mówi, więc intuicyjnie trzeba badać, co mu dolega, czego potrzebuje, co go boli. Najważniejsza dla mnie jest troska i cierpliwość, żeby nie polec razem z nimi rozdarta przez nerwy. To co w głowie – to moje, to inna bajka, strach nie jest dobrym doradcą;  dla nich na zewnątrz – siła i opanowanie. Najważniejsze, żeby nie dać się sprowokować słabości.

Wokół mnie jakoś dużo chorób ostatnio. Córka znajomych miała operację guza mózgu. Dziewczynka w wieku mojego starszego syna. W takich wypadkach pozostaje rodzicom zaufać lekarzom i modlić się żarliwie o zdrowie, o cud.

A mi pozostaje podziękować Bogu, że to tylko jelitówka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *