Infantylizacja ciężarnej

Z pewnym  niepokojem i niedowierzaniem   obserwuję , jak z oczytanej, wiedzącej, co się czyta i ogląda dziewczyny staję się totalną ignorantką w kwestii literatury i filmu.

Wcześniej nie można mnie było wyciągnąć z księgarni. Nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kilku książek miesięcznie i ich namiętnym czytaniem. Teraz nie wiem, co wychodzi nowego, kto się pojawił na firmamencie , jakie książki są na topie. Nie wspomnę o wizycie w księgarni. A co to takiego?

A film? Co się ogląda, co tak bardzo wciąga, że ludzie oglądają całe serie za jednym zamachem. Słyszę na prawo i lewo o jakichś nowych serialach, które lecą na kanałach, o których nawet nie mam pojęcia. A tytuły? Nie potrafię ich powtórzyć. Zapytam nieśmiało, czy „Barwy szczęścia się liczą”? Bo jak nie, to z impetem wypadam na margines życia.

Pocieszam się, że wiem, jak ma na imię kot listonosza Pata, że krecik ma nowego przyjaciela, że  strażak Sam oprócz tego, że do tej pory był strażakiem, teraz również nurkuje, lata helikopterem, jodłuje, wspina się po skałach i potrafi tańczyć. To jest moja nisza.

A ryjówka Florka? Nie każdy wie, że nie można mylić ryjówki z nornicą i myszą, bo będą kłopoty.

A krecik? Poczciwy czeski krecik, który już nie jest czeski tylko chiński. Krecika wykupili Chińczycy, zmienili całą scenografię, dodali mu do towarzystwa misia pandę, żeby nie było mu smutno samemu w tej jego małej norce, przenieśli do chińskiego lasu i pozbawili charakterystycznego, słodkiego głosiku. Teraz krecik mówi ludzkim głosem i ma przyjaciela. A poza tym dwukrotnie zwiększył obojętność, teraz to mu się na pewno powodzi.

Ostatnio mój syn wbiegł zaaferowany do kuchni i z przejęciem, jakby chodziło o sprawę wagi państwowej krzyczał  na cały regulator, że pokazali krecika na wycieczce w Czechach. Oczywiście wizyta nie była pozbawiona swoistej propagandy: w Czechach padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie, krecik był smutny, a poza tym  chciał wracać jak najszybciej do domu. Nowego domu. Kiedy wrócił do chińskiego lasu, świeciło słońce, latały kolorowe motyle, a na ryjku krecika pojawił się zbawienny uśmiech. Ciekawe, co na to Czesi.

I tym sposobem wypełniam lukę z dzieciństwa, stając się powierniczką i wiernym kompanem dla swoich dzieci w trakcie oglądania bajek. Śpiewamy piosenki, dyskutujemy w trakcie oglądania i zastanawiamy się, kiedy strażak Sam się ożeni.

Ostatnio złapałam się na tym, że namawiałam syna, żeby jednak oglądał programy adekwatne do jego wieku, nie zdając sobie sprawy z tego, że jedziemy na tym samym wózku. Pocieszam się, że to kiedyś minie i znów będziemy sobą. Ja wrócę do mojej ambitnej literatury, a starszy syn do swoich Ninja. Tylko pytanie, kiedy?

Może nie mam czasu na czytanie książek, ale coś tam wiem, co się dzieje na świecie. Milik miał kontuzję, która zakończyła się operacją i pobytem w szpitalu. Jego wiązadłami zajął się światowej sławy włoski – profesor – chirurg – lekarz- doktor – ortopeda. I tak mu pięknie je zoperował, że przy następnej kontuzji noga mu odpadnie, a wiązadła będą się trzymać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Jakby ktoś miał wątpliwości, to mój synek na zdjęciu siedzi w mojej patelni 🙂

 

 

 

 

Przebojowy garnitur

Dzisiaj robię sobie przerwę od dzieci i zajmuję się mężem 🙂

Kiedy mój mąż zapowiedział, że musi kupić sobie nowy garnitur do pracy, bardzo się ucieszyłam. Wreszcie. Ale kiedy zaczął namiętnie czytać informacje na ten temat czyli dokształcać się z garniturologii, pomyślałam, że sprawa robi się poważna.

Nawet nie wiedziałam, że kolor garnituru jest istotny w dress codzie . Moje kryteria to ładny, brzydki. U mojego męża w szafie wiszą dwa: jasny  i grafitowy, czyli za duży i za mały. Obydwa zakupione na śluby: siostry i nasz.

Kiedy dziesięć lat temu kupowaliśmy garnitur na nasz ślub, oddaliśmy się w ręce profesjonalistki, czyli  pani w sklepie. Jak na tamte czasy był naprawdę dobrze skrojony, szyty jak na miarę, w modnym  ciemnografitowym kolorze. Nie mogłam się napatrzeć na pana młodego. Zresztą każdy pan młody ubrany w garnitur wzbudza we mnie te same uczucia. Nie bez kozery ktoś kiedyś powiedział „za mundurem panny sznurem”. A jeśli jest to jeszcze nasz osobisty mundur, zdobyty krwią i blizną, wtedy jego wartość znacznie rośnie.

Kiedy w zeszłym roku dostaliśmy zaproszenie na wesele, ze zgrozą obserwowałam męża wyciągającego  z szafy ślubny mundurek. Napięcie wzrosło, kiedy go ubrał. Musiałam robić dobrą minę do złej gry, żeby go nie zniechęcić  do udziału w imprezie i nie dopuścić do pochopnej rezygnacji. Na zakup nowego nie było już czasu. Marynarka za duża, spodnie w pasie za małe. Ale znalazłam sposób na ciasnotę w spodniach – maskujący pasek; sposób jest bardzo prosty: nie zapina się spodni, zakłada pasek  i po krzyku.

Śmialiśmy się  z szerokości spodni: typ hippi, spodnie dzwony. To znaczy ja śmiałam się w duchu i przytulałam czule do męża.

Od wczoraj stałam się ekspertką od garniturów.  W przeciągu tych wszystkich lat bardzo dużo się zmieniło. Już nie szyją prostych, długich marynarek , jakie wiszą w naszej szafie, teraz są taliowane marynarki, slimowane spodnie. Z mieszanych materiałów – do pracy, z wełny z podwójnym skrętem – na bardziej oficjalne spotkania.

My wybraliśmy z ogromną pomocą ekspertki ze sklepu garnitur bizness. Mogłabym odnowić śluby z takim panem w garniturze, który narzuca sylwetce męskość, dostojność. Wyprostowana sylwetka i schowany brzuch to atrybuty mężczyzny w garniturze. W dżinsach i koszulce tak się nie wygląda. W przymierzalni mąż kroczył dostojnym krokiem, prezentując swoje ukryte wdzięki, ale trzeba było go w końcu zdjąć i wbić się w te przysłowiowe dżinsy i trampki. Jednym słowem wrócić do rzeczywistości.

Wypadałoby, żeby kobieta przy tak ubranym mężczyźnie równie elegancko wyglądała. Może jakaś mała czarna? Jak na razie odbicie w lustrze nie było dla mnie zbyt przychylne: wielki brzuch i nogi z parówek powstrzymały mnie przed zakupem. Do odwołania.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Rywalizacja na porody

W czasach kiedy nie było tak rozbuchanych mediów, tyle bodźców, ale też agresji i wylewających się z każdego kąta toksyn, nasze mamy rywalizowały ze sobą na zaprawy. Która zrobi lepsze ogórki kiszone, kapustę , która ma okna bez smug i pięknie wypastowaną podłogę. Która zebrała obfitsze plony na działce. Jaką altanką może się pochwalić. Akurat w tej kwestii nic nie mieliśmy do gadania, bo mogliśmy się poszczycić jedynie skrzynią na narzędzia.

Pewnie, że jest to jakieś uproszczenie, ale bezpieczne dla zachowania zdrowych relacji i dobrego samopoczucia.

Dzisiaj nie jest tak łatwo; trzeba zmierzyć się z ogólnie dostępnym hejtem, krytyką. Na szczęście mamy wybór i otaczamy się takimi ludźmi, którzy nam nie szkodzą, a wręcz wspierają i przyczyniają się do naszego dobrego samopoczucia. Budują nas, powstrzymują przed upadkiem.

Czasami jednak mimochodem można  natrafić na nieprzychylność innych, wpaść w sam środek agresji, której udziałem wcale nie chcemy być. I ja właśnie wpadłam w taką spiralę agresji, chociaż nie byłam jej bezpośrednim odbiorcą, ale pośrednim już się poczułam.

Byłam świadkiem dyskusji w mediach społecznościowych, a właściwie nagonki na dziewczyny, które rodziły dzieci za pomocą cesarskiego cięcia. Zostałam wzbogacona o nowe informacje, o których nie miałam  pojęcia. Mianowicie dowiedziałam się, że moje dziecko nie powinno obchodzić urodzin, bo go nie urodziłam, tylko „wydobyciny”, ponieważ zostało ze mnie wydobyte.

Poza tym nie powinnam sobie schlebiać, że urodziłam syna, bo cytuję ” ani nie ważcie się nazywać prawdziwymi matkami. Byłyście w ciąży, ale nie rodziłyście”.

Tak pisały matki matkom, kobiety kobietom w czasach, kiedy mówi się o sile kobiet, o wspieraniu się kobiet, o ich solidarności.

Pomijam fakt, że większość mam zaczyna zazwyczaj  rodzić naturalnie, ale jakieś okoliczności związane z akcją porodową zmuszają  lekarzy do wykonania cesarskiego cięcia. To już nie jest  takie istotne, bo jeżeli ktoś chce się dowartościować, to zawsze znajdzie sposób, nawet kosztem drugiej osoby. Jak już nie ma się nic do zaoferowania światu, nie ma konkretnych argumentów, to każdy powód jest dobry, żeby wznieść swoją osobę ponad inne, żeby zdeprecjonować innych.

Nie jest to problem wyłącznie z  polskiego podwórka. Niedawno czytałam artykuł, w którym aktorka Kate Hudson zapytana przez dziennikarkę, jaką najbardziej leniwą rzecz zrobiła w życiu, odpowiedziała, że cesarskie cięcie, dziewczyny z nieopisaną satysfakcją  skrytykowały ją za tą straszną zbrodnię.

Nie mam zamiaru oceniać hejterek ani poddawać tego zjawiska domowej psychoanalizie , ale naprawdę są inne skuteczne metody na podniesienie własnej wartości. Proponuję kurs kroju i szycia.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Już po badaniach prenatalnych

Badania prenatalne wypadły w dniu apogeum jelitówki. Mąż na zwolnieniu, syn też. Nie miałam sumienia, żeby kogokolwiek prosić o pozostanie z dziećmi w domu z powodu choroby, wszystkie moje koleżanki są dzieciate i nie chciałam narażać ich i ich dzieci na te jelitowe męki. Niestety nie mogłam przesunąć terminu, ponieważ tego typu badania robi się w konkretnym tygodniu ciąży, potem nie są już tak miarodajne i nie mają sensu.

Chłopaki zostali w aucie, ja doczłapałam się do przychodni i czekałam z dwugodzinnym poślizgiem. Starszy syn przychodził co chwila do automatu z gorącą czekoladą i sprawdzał, czy działa i czy  tym razem uda się wrzucić monetę. Za każdym razem wypadała.

Ale on się nie poddawał, miał nadzieję, że może za setnym razem automat zadziała. Wielka szkoda, że nie ma takiej determinacji, kiedy ćwiczy na ksylofonie czy perkusji, tam ma wszystko wymierzone co do minuty i ani sekundy dłużej. Pocieszam się, że to tylko genialne dzieci lubią  grać na instrumentach, reszta szkolnej populacji, czyli jakieś 99,9% tego nie znosi.

Wreszcie padł zmęczony w fotelu i prawie zasnął. Dziewczyny w poczekalni myślały, że nie poszedł do szkoły z powodu badań, pewnie chciał zobaczyć dzidziusia; uśmiechając się dyskretnie, nie wyprowadzałam ich z błędu.

Wreszcie moja kolej. Jestem pełna podziwu dla umiejętności i profesjonalizmu lekarzy wykonujących takie badania. Z niewidocznego dla takiego ignoranta jak ja, widzą i z obrazu czytają najmniejsze szczegóły. Budowa mózgu, szczeliny w mózgu, czaszka, sierp mózgu, połączone naczynia, fałd karkowy, twarz, nos, cztery jamy serca, pnie tętnicze, żołądek, nerki, jelitka, narządy płciowe, rączki, nóżki, szkielet. Wszystko wymierzone, wszystko sprawdzone, wszystko w normie. Uff…

Pamiętam, jak lekarz badał serce( które było wielkości paznokcia ) mojego drugiego synka w 12 tygodniu ciąży. Lekarz od badań prenatalnych wysłał mnie do swojego znajomego ( który pochodzi z Żar), ponieważ coś mu się nie spodobało na wykresie.

Tamten nie miał jakiegoś super sprzętu, ale doświadczenie, umiejętność skupienia i wyłapania fal, dźwięków bijącego serca pozwoliła mu na wydanie rzetelnej diagnozy. Obserwowałam jego skupienie podczas badania, to charakterystyczne wsłuchiwanie się w odgłosy przepływów i wyłapywanie szmerów i nie mogłam się nadziwić, a jednocześnie dziękowałam w duchu za stawianych na mojej drodze lekarzy, którzy opiekowali się mną i moim dzieciątkiem.

Podczas środowego  badania usłyszałam wreszcie kogo noszę pod sercem. Dziewczynka. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Zareagowałam chyba zbyt egzaltowanie, z niedowierzaniem, że aż badający mnie lekarz zaczął się śmiać i zapytał, dlaczego jestem taka zdziwiona. Dlaczego?! Przez ostatnie tygodnie wmawiałam sobie i innym, jaka to jestem pewna, że  będzie chłopiec. Byłam w szoku. Lekarz stwierdził, że zareagowałam tak, jakbym usłyszała informację, że będę miała trojaczki. Ojej, nie pogardziłabym trojaczkami.

Moja konsekwencja w utwierdzaniu siebie, że będę miała chłopca, teraz utrudnia mi myślenie o dzidziusiu jak o dziewczynce. Nie potrafię używać zaimka ona. Może dlatego, że nigdy nie marzyłam o dziewczynce, nie projektowałam w myślach obrazów zawiązanych z posiadaniem córeczki. Nie wiem, ile minie czasu zanim oswoję się z tą myślą. Cieszę się ogromnie, jestem podekscytowana, ale to nie zmienia faktu, że muszę to sobie poukładać w głowie.

Róż, falbany, tiule, warkocze.., ? może,  ale  na pewno nie spodnie z łatami.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Sezon jelitówek uważam za otwarty

No i zaczęło się.  Przychodzi zawsze znienacka; dlatego, gdy ktoś pyta, czy jesteśmy zdrowi, odpowiadam: dzisiaj tak. Kiedy lekarka pyta, czy mały ma wysypkę, odpowiadam: rano jeszcze  nie miał. Jestem bardzo powściągliwa w wyrażaniu opinii na temat zdrowia. Zresztą mamy wiedzą najlepiej; kładą spać dzieci zdrowe, a budzą się chore.

Podobnie było u nas. Wszystko szło lawinowo. Pierwszy poległ na placu boju najmłodszy w rodzinie. Od rana zaczął wymiotować. Najgorsze, że nie skojarzyłam tego z wymiotami, tylko z refluksem. Pomyślałam, że mi się dziecko dusi, bo wydawał takie dziwne odgłosy. Ale kiedy zaczęło się na dobre, rozwiałam swoje wątpliwości. Muszę popracować nad sobą, żeby  nie wyszukiwać chorób, o których nie śniło się nawet filozofom. Już taka panikarska  natura. Po urodzeniu pierwszego dziecka lekarka w naszej osiedlowej przychodni   zabroniła mi zaglądać do internetu, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

Drugi poległ starszy syn. Wrócił ze szkoły blady jak ściana z bolącym brzuchem. Zwijał się bólu, powstrzymując ze strachu wymioty. Ile musiałam natłumaczyć, że nic się nie stanie, że to naturalny odruch, kiedy organizm chce się pozbyć intruza. Może wreszcie zrozumie, że choroba to nie jest dobry sposób na uniknięcie szkoły, o co tak skrupulatnie zabiegał.

Wieczorem ja padłam ofiarą wirusa, który potocznie nazywamy jelitówką. Akurat jadłam kolację, oglądając sobie spokojnie telewizor. Dzieci spały wykończone chorobą, mąż na sportach, wreszcie względny spokój. Już czułam, że coś się kręci, ale dalej wpychałam kolację na siłę. Jadłam halibuta ( czyli buta Haliny), moje łakomstwo wzięło górę,  jak mogłam zrezygnować z takiej pysznej ryby. Ostatni kęs był dosłownie ostatnim kęsem. Wylądowałam w toalecie razem z kolacją. Noc z głowy.

Ostatni był mąż. Wrócił ze swoich sportów, zjadł kolację i… zaczęło się…

Choroba dzieci to zawsze wyzwanie dla rodziców. Najmłodsze dziecko jeszcze nie mówi, więc intuicyjnie trzeba badać, co mu dolega, czego potrzebuje, co go boli. Najważniejsza dla mnie jest troska i cierpliwość, żeby nie polec razem z nimi rozdarta przez nerwy. To co w głowie – to moje, to inna bajka, strach nie jest dobrym doradcą;  dla nich na zewnątrz – siła i opanowanie. Najważniejsze, żeby nie dać się sprowokować słabości.

Wokół mnie jakoś dużo chorób ostatnio. Córka znajomych miała operację guza mózgu. Dziewczynka w wieku mojego starszego syna. W takich wypadkach pozostaje rodzicom zaufać lekarzom i modlić się żarliwie o zdrowie, o cud.

A mi pozostaje podziękować Bogu, że to tylko jelitówka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Światowe życie

W sobotę na naszym osiedlu było bardzo światowo, bardzo medialnie, po prostu show biznes  w pigułce.  Powiało światem filmu. Od samego rana kręcili jedną scenę do serialu  „Policjanci” albo „Szpital”. Męczyli się tak do późnego popołudnia. Akurat mieliśmy okazję obserwować zmagania super aktorów.

Dziewczyna siedziała pod drzewem z wbitym w serce nożem i czekała na karetkę. Reszta ekipy musiała bardzo zgłodnieć, bo zajadała się chińszczyzną z pudełka. Catering nie zawiódł.

Karetka przyjechała, zabrała dziewczę i odjechała. Super dron filmował z góry, gdy nagle odezwał się głos chłopaka: a torebka!?

I znów scena od początku. Ciężka praca. Nawet  górnik nie zniósłby takiego napięcia.

Nasze osiedle jest w ogóle bardzo medialne. Telewizja kręci tam „Policjantów”, „Pierwszą miłość” – dla niewtajemniczonych to taki stuletni serial o pięknym Wrocławiu. Często można spotkać pod moim balkonem (no prawie) męża Aleksandry Natalli-Świat, która zginęła w katastrofie smoleńskiej, komentującego bieżące sprawy polityczne. Dzieciaki mają radochę. Kamery, światła, włochate mikrofony. Czają się wśród rozmówców, skaczą, uciekając fukającym na nich operatorom. Ja w takiej sytuacji nie przyznaję się do swoich synów. Stojąc w bezpiecznej odległości, udaję, że to nie moje dzieci.

Kiedy już napatrzyliśmy się na te potworności , na tą krew z farby, kiedy nasłuchaliśmy się sygnału karetki, poszliśmy na plac zabaw.

A tam już mniej  światowo, typowe swojskie klimaty. Tradycyjnie: mamy w domu gotujące obiad, a znudzeni ojcowie uganiają się za swoimi pociechami.

Nagle słyszę z oddali wołanie dzieci: Iwona, Dorota… Dotarły do moich uszu imiona, których nie słyszałam latami. Bardzo mnie to rozczuliło, wręcz urzekło. Były też Zosie, Jagódki, Antosie, ale to nie one wydały mi się   archaiczne i zapomniane, tylko tamte,  typowe z lat 70-tych, 80-tych przeniosły mnie w podróż sentymentalną do podstawówki i liceum. Ciepło zrobiło mi się na sercu.

Imiona zapomniane, dawno przeze mnie nie słyszane, ale  pozbawione pretensjonalności i zadęcia. Niewymuszone w swojej prostocie, wypowiedziane bez kombinowanej interpretacji. Prawdziwe, przaśne imiona.

W tym towarzystwie imion to Antosie i Jagody wydały mi się pospolite . Iwona, Dorota – one nabrały nowego brzmienia,  sensu; zostały odkurzone i zaświeciły dawnym blaskiem. To był autentyczny powiew świeżości. Sama byłam zdziwiona swojej reakcji, znając moje tendencje do wyszukanych, nieznanych nikomu imion.

Malutkie, dwuletnie Iwonki i Dorotki – to dopiero jest egzotyka.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Rodzicielskie dylematy

Odkąd młodszy synek zamieszkał w pokoju starszego, odpadło mi parę rytuałów. Żeby nie powiedzieć uciążliwych obowiązków. Na przykład usypianie malucha. Ze starszym należałam się i nausypiałam za wszystkie czasy. Leżąc w łóżku, miętolił moją rękę . Trwało to długie lata, zanim zwolnił mnie z tego przywileju.

Kiedy już leżał w łóżku, czekał cierpliwie na matczyną obecność. Musiałam wszystko zostawić w tyle, żeby z nim być. Czasami tak leżał godzinę, rozmyślał, a ja głaszcząc go po główce, modliłam się, żeby już zamknął oczka i dał mi odetchnąć.

Potem  były wędrówki ludów do naszej sypialni. Co noc lądował w łóżku jakiś krasnal, kopiąc nas gdzie popadło, tłukąc się do rana, pozbawiając snu tych najbardziej potrzebujących.

Kiedy urodził się jego brat, smutno mu było, że jest daleko od naszej trójki, poczuł się odrzucony. Sielanka, która odbywała się co noc bez jego udziału, sprowokowała go do przeprowadzki. Spakował materac na plecy i przeprowadził się do sypialni na rok.  I już całą rodziną, we czwórkę, spaliśmy wszyscy na kupie.

Jakoś nie przeszkadzał mu płacz niemowlaka i nocne zamieszanie związane z karmieniem i przewijaniem. Nie przeszkadzało mu deptanie po głowie, szturchanie w trakcie podchodzenia do łóżeczka. Chęć zbliżenia do brata i uczestnictwa w tym kieracie była silniejsza od wygody we własnym pokoju.

Aż w końcu nadszedł czas, że trzeba było odciąć pępowinę, pozbawić syna miłego korytka, wypuścić w świat. I tak jak pić można tylko w dwóch wypadkach: kiedy jest zagryzka i kiedy jej nie ma, tak samo w przypadku mojego syna były tylko dwie drogi, którymi mógł pójść: dobrowolne opuszczenie sypialni lub przymusowe. W tym wypadku trzeba było uciekać się do podstępu i siłą pozbawić syna przytulnego kąta.

Prawie rok czekał na małego sublokatora. Wreszcie się doczekał. Trochę się obawiałam, ale czas pokazał, że  to była słuszna decyzja. Obydwoje kładą się do łóżka bez gadania i bez konieczności towarzyszenia im w wieczornych rytuałach. Zostawiliśmy sobie jedynie wspólną modlitwę.

Dzisiaj pierwszy raz, odkąd alkowa należy tylko do rodziców, maluszek nie przyszedł po obudzeniu do sypialni, nie ciągnął mnie   za rękę, krzykiem wyciągając z łóżka. Nie rzucał we mnie klapkami. Mogłam bezkarnie poleżeć, delektując się słonecznym porankiem. To było naprawdę miłe.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

,

 

Żegnaj lato na rok…

To nieuniknione, to już koniec lata. Na pewno nie jestem odosobniona w rozpaczy nad przemijającym długim i ciepłym dniem, słońcem. Wszyscy żegnają lato i z niecierpliwością czekają na kolejne.

Chętnie pożegnałabym lato szampanem, ale jeszcze nie w tym roku. Nawet mąż, kiedy kupi butelkę cydru, ukrywa się przede mną, żebym nie miała na niego chętki, a w lodówce zostawia piwo, bo wie, że go nie lubię i nie ma ryzyka,  że będę popijać cichaczem.

Żegnam lato i znów nie dociera do mnie, że zacznie się wieszanie prania na suszarce w domu. Wiem, że nie ma w tym nic z wyrafinowania, nic z poetyckości i subtelności, nic z odchodzącym na kilka miesięcy śpiewem ptaków.

To przyziemne zjawisko spędza mi sen z powiek. To przyziemne zjawisko przesłania mi połowę pokoju, połowę moich mebli, do których przez kilka miesięcy nie mam dostępu. Dlatego z taką tęsknotą wypatruję  pierwszych promyków słońca.

Zawsze z drżeniem serca obserwuję, jak moje małe dziecko (wcześniej starsze) plącze się pomiędzy sznurkami, zawijając się w mokre pranie, ciągnąc za sobą mokre ubrania. Bardzo lubi pomagać mi przy ich wieszaniu. Wygląda to tak, że wywraca miskę do góry dnem, wysypując zawartość, a miskę wkłada sobie na głowę, udając pewnie jakiegoś dzielnego rycerza, którego historię będzie dopiero poznawał.

Żegnam lato i witam nowy rok szkolny. Nerwowo. Można powiedzieć, że się doigrałam, opisując zjawisko osiedlowych czarownic, postrachu dzieci. Moja szkolna latorośl na samym starcie przyrównała mnie do czarownicy z okna. No właśnie, przyganiał kocioł garnkowi.

Pytam, dlaczego. Czy ja się czepiam? Tak, ciągle zwracam mu uwagę. Ale jak podrzuca w zabawie bratem , potem go nie łapie w locie tylko robi unik, a brat ląduje na ziemi, to ja mam nie zareagować. Pytam, już spokojnie. Tak, słyszę odpowiedź. Usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Ale żeby zaraz wiedźma z podwórka?

Pozdrawiam ciepło, już prawie jesiennie 🙂

Wiedźma – postrach dzieci

Jeżeli ktoś myśli, że czasy baby Jagi i czarownicy  mamy już za sobą, to się grubo myli. Takie wiedźmy to już relikt przeszłości, ale na starych osiedlach budowanych w latach 7o-tych maja się całkiem nieźle.

Kiedy dzieci bawią się w najlepsze, krzyczą, śmieją się na podwórku, wtedy niepostrzeżenie wyskakują z okna. Pojawiają się znienacka, krzycząc na cały głos, przeganiając dzieci. Mają cudowną moc przemieszczania się w błyskawicznym tempie z pokoju do kuchni, z kuchni na balkon, z balkonu do sypialni. Nie można przed nimi uciec, nie można się schować. Ich wyczulony węch, ich radar skierowany na obecność dzieci nigdy ich nie zawodzi.

Krzyczą wniebogłosy, coś tam blublają pod nosem, straszą dzieci. Ostatnio nawet słyszałam, jak groziły, że pozamykają je w piwnicy i miotłą przetrzepią tyłki. W  tych swoich wrzaskach są już mało wiarygodne. Wzbudzają uśmiech na twarzy i litość, ale co gorsze prowokują ataki kontrolowanej agresji u rodziców tych rozkrzyczanych pociech. Niestety, nie u dzieci, które na paluszkach przemieszczają się z drżeniem serca pod ich oknami.

Nie pomagają argumenty mądrych rodziców, że cisza nocna zaczyna się o 22.00. Zostają zaatakowani agresją, przekrzyczani, zagłuszeni, obrzuceni kalumniami i oblani jadem.

Zimą zapadają w zimowy sen, nabierając siły, by latem znów zaatakować ze zdwojoną siłą.

Myślę, że większość z nas miała styczność z wiedźmą z okna. Pamiętacie ten dreszczyk emocji, kiedy w zabawie coś głośniej się powiedziało, krzyknęło, zerkając w okno, czy wiedźma jest w pogotowiu. Jest. Aaaaaa…….Ucieczka.

W Zielonej Górze postrachem była pani Tereska, konduktorka, mistrzyni w swoim fachu. Kto ją jeszcze pamięta – palec w górę.

Czy taka kobieta mogłaby się zmienić? Czy mogłaby polubić dzieci, nierzadko posiadając swoje. Czy mogłaby pozbyć się jadu, aplikując sobie dawkę endorfin? Hmm, odradzam, bo mogłyby tej zmiany nie przeżyć. Podobnie jak z permanentnymi palaczami, którym lekarze odradzają rezygnację z palenia, twierdząc, że organizm mógłby przeżyć szok i mogłoby dojść do nieodwracalnych zmian.

Myślę, że takie drastyczne przejście na dobrą stronę, dla tych ludzi wypełnionych jadem mogłoby się tragicznie zakończyć. Więc niech się już konserwują w tych toksynach, a my bądźmy czujni i wyrozumiali dla tych nieszczęśliwców.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂