Poskromienie hiperaktywnego malucha

Niedawno wybrałam się z moimi chłopakami do fryzjera. Takiego kameralnego, osiedlowego różanego atelier. Starszy syn usiadł wygodnie w fotelu, a młodszy zaczął eksplorować gabinet. Buteleczki, suszarki, wszystkiego był ciekaw. Starałam się nie ograniczać mu przestrzeni, ale był tak podekscytowany miejscem, że musiałam co jakiś czas wychodzić na zewnątrz, by po chwili wrócić do tego pachnącego wnętrza.

Fryzjerka też była bardzo miła. Zagadywała syna w rozmiarze L, kątem oka zerkała na drugiego w rozmiarze M, ze współczuciem przesuwając wzrok na najmniejszego, w rozmiarze S- jeszcze w bezruchu.

Czaiła się, czaiła, w końcu nie  wytrzymała i zapytała, czy mój niespełna dwuletni syn był już przebadany w kierunku  ADHD.

Dobrze, że nie popijałam kawki, bo bym mogła się nieodwracalnie zakrztusić.

Szczerze mnie to rozbawiło. Po pierwsze kto bada dwuletnie dzieci pod kątem ADHD, a po drugie dziecko z takim temperamentem potrzebuje przestrzeni, żeby ten nadmiar energii znalazł swoje ujście. W zamkniętym pomieszczeniu trudno jest maluchowi trzymać emocje w ryzach. A poza tym nowe miejsce to całą skarbnica skarbów, tym bardziej u fryzjera.

Pewnie nie ma dzieci, stąd to pytanie. Niestety, pokutuje takie stereotypowe myślenie, że jak dziecko ma nadmiar energii, biega, śmieje się, to chyba musi być z nim coś nie tak i najlepiej byłoby coś z tym zrobić. Wyprowadzić z placu zabaw takiego delikwenta albo przytrzymać siłą w wózku. Brutalne? Ale prawdziwe. Dlatego w takich sytuacjach zawsze jestem po stronie dzieci, nie ulegam presji spojrzeń, zachowuję anielską cierpliwość, żeby nie dać nikomu satysfakcji albo poczucia wyższości.

Pewnie, że stacjonarny maluch to ogromny komfort dla rodzica. I ja takiego komfortu również doświadczyłam. Mogłam godzinami plotkować z innymi mamami, gdy moje dziecko taplało się w piaskownicy. Teraz z koleżankami nie pogadam. Ale ułożyłam sobie w głowie hierarchię potrzeb; czy to ja wychodzę z dzieckiem  na dwór, czy dziecko wychodzi ze mną. I wszystko jasne.

Czasami mąż denerwuje się na starszego syna, że biega po domu, że krzyczy, miauczy, rzuca się na podłogę, pokazując różne parkurowe sztuczki. Pytam wtedy, czy wolałby patrzeć na leżące dziecko bez życia albo siedzące w kącie i dłubiące w ścianie. Pewnie nie.

Dla mnie śmiech, ruch, aktywność to życie. Młode, dopiero co rozwijające się, kwitnące, zaczynające swoją drogę życie. Oby więcej tego śmiechu było w każdym domu. Oczywiście w tym wszystkim ważne jest stawianie granic. Ale mądrzy rodzice wiedzą, jak sobie z nimi poradzić.

Trochę się rozpisałam, ale górę wzięła moja dygresyjna natura. Znalazłam sposób na poskromienie małego odrzutowca, ale tak naprawdę to mój synek sam siebie okiełznał, naśladując brata i  nakładając na głowę kask rowerowy, który wymusił na nim ślimacze ruchy. Sytuacja analogiczna z nałożeniem gorsetu, dzięki któremu chód jest bardziej wyrafinowany, prosty.

Moje dziecko z obawy, że ten ogromny  kask spadnie mu z głowy, szedł pomału, spokojnie, stawiając spacerowe, malutkie kroczki. A my , rodzice, szczęśliwi, objęci jak za dawnych lat, wpatrzeni w siebie, pomału za naszym dzieckiem, zerkający co jakiś czas na przesuwający się wśród zieleni ogromny kask, mogliśmy wreszcie odsapnąć. Polecam.

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

 

 

Plusy ciąży

Żeby nie było, że ciągle narzekam, będąc w ciąży, znalazłam jej plusy. Ale zastrzegam, że to moje indywidualne plusy, nie konfrontowane z konsylium lekarskim. Nie jest ich dużo, ale można się nimi nasycić.  Pewnie dla każdej przyszłej mamy co innego odgrywa dominującą rolę, co innego jest ważne, inaczej postrzega ciążę.

Pomijam sprawę posiadania potomka, bo to jest oczywiste, to jest priorytet. Na tym się nie skupiam.

Po pierwsze – będąc w ciąży, wreszcie nie muszę nagminnie wciągać brzucha. Co za ulga. Mogę jeść do woli i bez wyrzutów sumienia prezentować małą piłkę przed sobą. Chociaż to prezentowanie piłki nie wiąże się się dla każdego z brzuchem ciążowym. Nie jest tak dobrze, to nie jest takie oczywiste. Nie raz widziałam dyskretne spojrzenia w stronę brzucha. Takie jedno oko na Maroko, a drugie na Kaukaz. Od razu rozwiewałam wszelkie wątpliwości, informując z satysfakcją, że trzecie dziecko w drodze. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać: myślałam, że to pozostałości po drugiej ciąży.

Po drugie można stać w kolejce bez kolejki, o ile się upomni. Raz byłam miło zaskoczona. Stojąc w kolejce do kasy w Rosmanie (akurat miał wdrożony program „Kobiety w ciąży bez kolejki”), usłyszałam: pani w ciąży, zapraszam. Domyśliłam się, że chodzi o mnie. Już nie wyprowadzałam kasjerki z błędu,tłumacząc, że właśnie jestem po porodzie i to są widoczne pozostałości. Nawet ściskające pasy nie pomogły, musiałam odczekać rok, zanim brzuch wrócił do normy.

Pamiętam, jak żartowałam, mówiąc do męża przekonana, że już nie będę w trzeciej ciąży: trzecie dziecko dopiero wtedy, jak będę miała płaski brzuch. Jaki los potrafi być przewrotny, przecież ja tylko żartowałam.

Po trzecie – ruchy dziecka. Najczulszy kontakt, najczulsza pieszczota , jaką można sobie wyobrazić. Czasami bolesny, jak bobasek  przejedzie piętą po całej długości brzucha, ale jakże żywotny. Świadczący o sile, chęci ujrzenia świata. To rozczulający moment, kruszący najbardziej zatwardziałe serca. Symbioza matki z dzieckiem. Błogostan.

Syn mi podpowiedział, że plusem jest to, że nie muszę chodzić do pracy. No pewnie, do tego   leżę cały dzień i odpoczywam.

A mąż dodał, że rosną mi ładne włosy. Tylko gdzie, pytam.

O rany, znów zaczynam narzekać… 🙂

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

 

 

Chłopiec czy dziewczynka?

Brzuch rośnie, więc siłą rzeczy słyszę zewsząd pytania o płeć dzidziusia. Pyta sąsiadka, pyta sąsiad, pyta moja ulubiona koleżanka z Włoch, która zaprasza mnie co jakiś czas na kawę z Donatellą Versace i szampana w sklepie Louis Vuitton. Niestety, kiedy szykuję się do podróży, jej zazwyczaj wypadają imprezy urodzinowe dzieci. Takie życie.

Jeszcze za wcześnie na sprawdzanie płci. Poza tym jakoś intensywnie o tym nie myślę. Niestety nie mam na to wpływu. Podobnie, jak nie mam wpływu na to , czy będzie zdrowe. Często słyszę : byle zdrowe. Pewnie, zdrowie najważniejsze. Ale nie wszystko ode mnie  zależy. Ja w tej kwestii robię, co mogę: zdrowo się odżywiam, nie palę, nie piję, reszta w rękach Opatrzności.  Nie żebym była  ignorantką, tylko głowę zaprząta mi proza życia: kiedy pranie, co na obiad, dlaczego boli, o której na spacer, spanie.

Słyszę: fajnie by było, gdyby teraz trafiła się dziewczynka. Czy ja wiem? Mam trzech chłopaków, czwarty do obstawy jak najmilej widziany. Instrukcję obsługi chłopaka mam opanowaną,  może nie do perfekcji, ale umiem radzić sobie z męską prostolinijnością. Humory?  Miewają, ale dzięki umiejętnej sile perswazji i matczynym argumentom dochodzimy szybko do porozumienia. Trochę sobie schlebiam, ale naprawdę nie mam powodów, żeby narzekać.

Poza tym ubranka te same; zabawki, które wyławiam ze strychu te same, niezmiennie samochody i koparki. Oszczędność. Męskie zabawy pomiędzy braćmi, dusianki, przepychanki, braterstwo, chłopięce porozumienie – to znam.

Czasami mąż w rozmowie obawia się takiej małej królewny;  tego, jak sobie poradzi z dziewczęcą psychiką. Na chłopaka krzyknie, tupnie nogą, doprowadzi do porządku, a z dziewczynką …, będzie chyba jej ulegał.

Oczywiście to tylko gdybanie. Wszystko wychodzi w praktyce i nie ma co nadmiernie deliberować. Ale czasami miło pomyśleć, jak to będzie mieć małego sprzymierzeńca.  Ale czy ja go potrzebuję w charakterze córki? No dobrze, taką małą Agniesię, małe alter ego mnie samej. No, no, robi się ciekawie 🙂

Intuicja podpowiada mi, że to będzie chłopak. W niedzielę widziałam w kościele rodzinę z piątką dzieci. Same dziewczynki. Słodkie, pełne kokardek i różu, warkoczyków. Tata  dumny, dzieci szczęśliwe, mama…, pewnie zarobiona, zaganiana, ale wyglądała kwitnąco.

Dzisiaj, kiedy zobaczyłam mojego synka w rozmiarze M, jak przymierzał moje baleriny, pomyślałam: jak dobrze, że nie noszę butów na obcasie. I pomimo, że nie mam córki, ten etap właśnie przechodzę.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Czarny biały bez

Właśnie pojawiły się owoce czarnego bzu na rozłożystych krzakach. Małe, czarnofioletowe kuleczki o charakterystycznym, nieprzyjemnym smaku. Nie są to pyszne jagódki jedzone prosto z krzaczka. Ale za to pełne zdrowotnych dobroci: bardzo dużo witaminy C, A, wapń, potas, glin, sód, żelazo, można tak wymieniać bez końca. Ważne jest to, że mają właściwości napotne, przeciwbólowe, przeczyszczające i moczopędne.

Do czarnego bzu jakoś nie mogłam się przekonać, pomimo że słyszałam zewsząd, jakie ma wspaniałe właściwości. Nagabywała mnie teściowa, ale ja się uparłam i nic i nikt nie mógł zmienić moich przyzwyczajeń. W wyborze ziół mających właściwości lecznicze kieruję się tylko sobie znaną logiką. Nie wiem, na czym polega ta logika u osoby kompletnie nielogicznej. A może to intuicja. W naszym domu jedyną ziołową leczniczą herbatą był gojnik, o którym pisałam nie raz. A z którym byłam na tyle mocno związana, że nie bardzo chciałam wprowadzać nowości.

Poza tym czas. Im więcej ziół i specyfików, tym więcej potrzebuję czasu na ich przygotowywanie. Musiałabym cały dzień pilnować godzin podawania różnych herbatek. Moi chłopcy by tego nie znieśli. No chyba, że byłaby to coca-cola.

Mój mąż nie dawał za wygraną i pomimo moich sprzeciwów i niczym nie uzasadnionej niechęci suszył kwiaty czarnego bzu, ogromne baldachy o okropnym, ostrym zapachu. U nas na wichurze pełno jest tych krzaków, szkoda  byłoby nie skorzystać z takich dobrodziejstw natury.

No i przyszła kryska na Matyska. Kiedy zachorowało moje dziecko, pojawiła się gorączka, kaszel, katar, przekonałam się do herbaty z suszonych kwiatów i aplikowałam synowi co kilka godzin przez dwa dni wywar z tychże kwiatów.

Dosładzałam miodem, dodawałam cytryny dla zamaskowania niezbyt ciekawego smaku. Ale w chorobie, w tej malignie nie było jakieś sprzeciwu i syn posłusznie wypijał szklankę za szklanką.

Muszę powiedzieć, że te wszystkie sterole, garbniki, olejki eteryczne, minerały, witaminy – cała ta kompozycja składników spowodowała, że syn solidnie się wypocił, gorączka minęła po dwóch dniach i obyło się bez lekarza i mocniejszych leków. Oczywiście trzeba działać od razu, jak tylko pojawiają się pierwsze objawy chorobowe.

W tym roku już nie protestowałam, kiedy mój mąż zbierał kwiaty, żeby je zasuszyć. Poddałam się i przestałam kwestionować ich dobroczynne właściwości.

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

Wolontariat ciążowy

Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby  ciąża była  zaliczana jako jednostka chorobowa podlegająca bezsprzecznie L4. Dodatkowo podlegająca zwolnieniu matki od obowiązków rodzicielskich i domowych w trakcie jej trwania.

Pomyślałam sobie niedawno, że przydałby mi  się wolontariat ciążowy.

Ktoś wymyślił instytucję douli. Kobiety, która wspiera ciężarną podczas ciąży, porodu, połogu. Daje jej emocjonalne wsparcie, służy swoją wiedzą , doświadczeniem. Jest dla niej psychicznym oparciem. Na kontrze wsparcia psychicznego przydałoby się wsparcie fizyczne.

Ja psychicznie jestem naładowana ze wszystkich czterech stron, z każdej otacza mnie inny rodzaj wsparcia, z każdej czerpię inną energię. Każda daje mi inne poczucie bezpieczeństwa. To są cztery światy, które współgrają ze sobą; współpracują na moje dobre samopoczucie.

Na tym polu mogę dzielić się dobrymi emocjami z każdym, kto znalazł się na emocjonalnej pustyni.

Niestety na innych już coś tam szwankuje. Coś niedomaga. Coś zgrzyta. Tu bałagan. Tu brudne naczynia. Tu dziecko kwiczy, że na spacer. Tu kwiczy, że chce lizaka. Kolejna zmiana pieluchy. Kolejne gimnastykowanie się i maraton po pokojach w celu złapania uciekającego dwulatka. To jedyna sytuacja, kiedy marzę o kawalerce.

A gdzie czas na regenerację? A może jakaś mała drzemka między tymi czynnościami?

I tu dziarsko wkracza wolontariat ciążowy.

Wysoce wyspecjalizowany zespół, drużyna A. Młodzi, silni, chętni do roboty, chętni do pomocy, chętni – z uśmiechem na twarzy, bez grymaszenia. Chcący umilić życie ciężarnym, zmęczonym, toczącym się przez każdy dzień kobietom.

Nadzieja wszystkich umęczonych mam borykających się z problemami dnia codziennego. Oczekujących na potomka. Niech to oczekiwanie nie będzie dla nich balastem, trudem. Niech będzie cudowną lekkością bytu, wisienką na torcie. Niech ta słodka pozostałość po pamiętnej nocy dojrzewa w sile i mocy.

Drużyno A – przybywaj!

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Zawieszeni na wichurze

 

Wichura pochłonęła nas bez reszty. Wyrwała z betonowej klatki, otuliła zielenią, słońcem i wiatrem. Ale też zablokowała dostęp do świata, odcięła nas od spraw doczesnych.

Sprawy doczesne – pilot od telewizora i internet. Pilot nie działał. Trzeba było znaleźć winnego. W trakcie  śledztwa przeprowadzonego przez mojego męża wyszło, że pilotem bawił się najmłodszy w rodzinie. I chociaż przekonywałam go , że synek nawet go nie tknął i że błąd tkwi w sprzęcie, ten upierał się przy swoim. Oczami wyobraźni widział, jak zjada baterie, a najlepiej całego pilota.  Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mąż zabrał z domu nie tego pilota, co trzeba. Tajemnica Poliszynela została rozwikłana.

Dzięki temu nie wiedziałam, jaki mamy dzień tygodnia. Nie wiedziałam, czy świat funkcjonuje, jak należy. Wyjmowałam z lodówki poszczególne produkty, patrzyłam uważnie na datę ważności , zerkałam na czarny ekran telefonu, który rozładował się z naszym przyjazdem na wichurę, i myślałam po raz kolejny ” może się uda”. Na szczęście nie otrułam żadnego z członków rodziny. Chłopaki mają się dobrze.

Wichura tak mnie pochłonęła, że umknęły mi badania prenatalne. Tak naprawdę ograniczono ich ilość i na NFZ już się nie załapałam. Następny termin we wrześniu.  Proszę poszukać innej przychodni albo wykonać je prywatnie – głos pani w telefonie był bardzo uprzejmy.

Zbuntowałam się, poczułam niemoc i złość na cały ten system. Odezwała się we mnie ludzka niezgoda na to, co politycy wyprawiają kosztem kobiet. Do lekarzy chodzę prywatnie, dzieci również. Badania na koszt własny ( badamy się systematycznie, więc uzbiera się niemała sumka), więc może tym razem nie powinno być problemu z badaniami, które należą się każdej kobiecie po czterdziestce. Obligatoryjnie.

No i przeleciała koło nosa.

Na szczęście jestem osobą wierzącą i wierzę, że siłą sprawczą w moim życiu jest Bóg, więc  pomyślałam sobie w duchu, że jeżeli On nie postawił na mojej drodze przychodni, lekarza, nie zaciągnął mnie tam za uszy, to tak właśnie ma być i muszę Mu zaufać. To mnie uspokoiło.

Nie miałam w sobie na tyle determinacji, żeby tę sprawę doprowadzić do końca, ale mam w sobie ufność dziecka, które wierzy, że jego Ojciec go nie skrzywdzi i otuli go rodzicielską opieką.

Wczorajsze badanie piętnastotygodniowego dzidziusia potwierdziło, że rozwija się prawidłowo. Brzuszek, główka, wymiary kości- wszystko w normie. Wiadomo, że takie badanie nie określi nieprawidłowości w budowie genotypu, ale to nie zmąci mojej radości związanej z oczekiwaniem na dzidziusia i zaczęcia kolejnego rozdziału w życiu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Kupowanie prezentu

Zastanawiałam się, czy jest coś gorszego od upałów, jakie nawiedziły ostatnio Wrocław? Tak, kupowanie prezentu urodzinowego w czasie takiego okropnego upału.

O urodzinach wiedzieliśmy z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, ale jak to bywa w naszej rodzinie, wszystkie decyzje i działania podejmowane są  na ostatnią chwilę. Ostatnia chwila  wypadła we wtorek, urodziny miały być w środę.

Wyjechaliśmy około 19.00, idealna pora na chodzenie po sklepach. Odwiedziliśmy kilka, ale prezentu ani widu ani słychu. Umieraliśmy z głodu wykończeni upałem. Na szczęście głos z głośnika kazał nam opuścić sklep z powodu zamknięcia. I to było wybawienie. Do domu wróciliśmy z pustymi rękoma.

Najgorsze przed mężem. W środę rano wyruszył na poszukiwania. Na szczęście przed samymi urodzinami wrócił z zakupionym pistoletem. Wiadomo, chłopaki.

Ale coś fajnego wydarzyło się w sklepie. Byłam dumna z mojego starszego syna.

Staliśmy w kolejce do kas samoobsługowych. Prezentu nie kupiliśmy, ale milion niepotrzebnych rzeczy już tak. Młodszy syn wyrywał się z uścisku, dręczył swojego tatę, aż w końcu wywalczył pozycję bardziej stacjonarną. Upatrzył sobie torbę mąki, którą pewien klient zdążył skasować   i odstawić na półkę z produktami  gotowymi do zapakowania.

Podbiegł do torebki, złapał ją i chwilę pomęczył, zanim mąż zdołał go od niej odciągnąć. W trakcie pakowania mąka zaczęła się delikatnie sypać. Rzekomy mężczyzna podniósł ją do góry i zobaczył małą dziurę, z której się sypała.

Pierwsze co zrobił, to uderzył z pretensjami do męża, jak pilnuje dziecko i jak mały smyk mógł zrobić dziurę w mące. Już chciałam biec po następną, żeby mieć spokój z kłopotliwym klientem, kiedy odezwał się mój starszy syn. Spokojnie, z pełną asertywnością: proszę pana, tego nie zrobił mój brat, pan już miał wysypaną mąkę na wadze, wziął pan torebkę z dziurą.

Jaka byłam szczęśliwa, jaka dumna z mojego syna. Moje ukochane dziecko, co do którego lojalności nigdy nie miałam wątpliwości , po raz kolejny pokazał, co jest dla niego najważniejsze. Lojalność i prawda. Zrobił to z taką gracją, spokojem, że mężczyzna już nic nie powiedział, szybko spakował mąkę i odszedł. Ja oczywiście wtrąciłam swoje trzy grosze, że w tak krótkim czasie, dziecko nie byłoby w stanie zrobić dziury i  to na dnie torebki.

Pochwałom nie było końca. W cudowny sposób ten incydent odciągnął naszą uwagę od fiaska związanego z zakupem prezentu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Niekończący się dzień

Moja babcia nie lubiła lata. Kojarzyło się jej z długim , niekończącym się dniem. Z robieniem przetworów, obróbką warzyw i owoców;  i jasnością, która nie pozwalała zasnąć.

Wolała zimę. Krótkie, ciemne dni. Szybkie powroty z pracy do domu. Można było pospiesznie położyć się spać, i obowiązków jakby mniej.

Coś chyba przeszło z babci na mnie.  Nie żebym nie lubiła lata. Kocham ciepło i słońce. A wakacje są moją ulubioną porą roku.  Ale odnoszę wrażenie, jakby dzień miał nigdy się nie skończyć.

Zaczyna się bardzo wcześnie. I nie ma żadnego znaczenia , że dziecko zasypia po 22.00. Rano słyszę „bęc” z łóżeczka i poszukiwanie najpierw kubeczka z wodą, następnie butelki z mlekiem. Kiedy poszukiwania kończą się fiaskiem, rozlega się dramatyczny płacz. W ten sposób zostaję wywołana do kuchni. Jakbym w jakiś cudowny sposób  zdążyła zapomnieć, że mam  obowiązki, dziecko zawsze przypomni.

Pozostałe borsuki dochodzą do nas i tak pomału zapełniamy te przysłowiowe cztery ściany.

A potem to już proza życia. Rzeczywistość wszystkich pozostających w domu mam. Na domowym etacie. Nic ciekawego. Ot takie tam zwyczajne zajęcia. Dużo zajęć. Może nie są to spotkania biznesowe, ale kawę zawsze można wypić.

Z utęsknieniem czekam na wieczór. A on nie nadchodzi. Dzień trwa w nieskończoność. Dziecko nie zasypia, drugie do nocy na podwórku. Kuchnia ciągle otwarta, ciągle na najwyższych obrotach, bo to przecież ciągle głodne.

I tym sposobem robi się godzina pierwsza w nocy. A tu jeszcze trzeba spokojnie zasnąć, kiedy w domu 30 stopni. A jak tu zasnąć, kiedy straszy syn pojawia się i znika jak zjawa w sypialni rodziców i miauczy, że nie może spać. Zmusza matkę, żeby poszła go utulić do snu. A ja? Kto mnie utuli?

Wreszcie zasypiam, kręcąc się z boku na bok. Może o drugiej? I mam te parę godzin na sen. Płytki i przerywany. Ale na bezrybiu i rak ryba.

A rano o  szóstej zero, zero zaczynam dzień… ciepły, letni, słoneczny; mamooo, głodny…

Pozdrawiam ciepło 🙂