Wizyta na komisariacie

Ostatni raz na komisariacie policji byłam osiem lat temu. Trafiłam tam z powodu   zboczeńca, który klepnął mnie w tyłek w kościele. Koszmarna rzecz. Nikomu tego nie życzę. Najpierw struchlałam, opryskliwie zapytałam, co robi i wybiegłam z kościoła z krzykiem, że facet maca mnie po pupie. Mąż akurat spacerował z dwuletnim wtedy synkiem przed kościołem. Nie wiedział, co się dzieje, podbiegł do niego w te pędy, ale jak zobaczyłam nad nim dwumetrowego, nasterydowanego osiłka z obłędem w oczach, stwierdziłam, że lepiej będzie, kiedy zawiadomimy policję.

Ja dzwoniłam bezskutecznie, a mąż go śledził. Tamten wsiadł do autobusu i odjechał. Mąż poszedł po auto i krążył po osiedlu jak satelita w poszukiwaniu delikwenta. Niestety, nie udało mu się go odnaleźć.

Postanowiliśmy, że pojedziemy na komisariat.

W drodze na policję zobaczyliśmy na przystanku siedzącą  parę. On ubrany jak kościelny  zboczeniec, ona – chyba jego dziewczyna. Zatrzymaliśmy samochód na środku ulicy, a mąż zaczął robić im zdjęcie. Dziewczyna w lekkim szoku, krzyknęła : co pan wyprawia! A mój mąż na te dictum acerbum: pani mąż maca moją żonę w kościele. Zdezorientowanych zostawiliśmy na ławce na przystanku i odjechaliśmy.

To niestety nie był on, ale był identycznie ubrany. Mój mąż w tej złości i bezsilności z poszukiwań stwierdził, że pokażemy zdjęcie mężczyzny z przystanku. Twarz ma niewyraźną, ale będą wiedzieli chociaż, jak jest ubrany.

Oczywiście w konsekwencji nie zrobiliśmy tego. Złapaliby nieodpowiedniego człowieka.

Wizyta na komisariacie nie należała do najprzyjemniejszych. Musiałam odpowiadać na szereg krępujących pytań, z ostatecznym wnioskiem, że złapanie zboczeńca graniczy z cudem i nie mam co na niego liczyć.

Tak myślałam, ale chciałam mieć czyste sumienie , że zrobiłam, co mogłam w tej sprawie.

Faceta widziałam w kościele jeszcze parę razy. Obrał sobie taką taktykę, że wyłapywał z tłumu dziewczyny i je obmacywał. Koszmarny typ, na dopalaczach i  sterydach. Strach się bać, w mózgu chyba już same prześwity.

A wczoraj odświeżyłam znajomość z komisariatem. Zostałam wezwana jako świadek zdarzenia w związku z chłopcem, którego widziałam na osiedlu bez opieki.

To spotkanie na szczęście nie było dla mnie stresogenne. Tym bardziej, że jak zwykle pojechaliśmy całą rodziną – takie są uroki mieszkania z dala od rodziny. Ale to nas jeszcze bardzie zbliża do siebie, cementuje naszą rodzinę. Więc nie ma tego złego…

Jedyne co dobre w tej całej sprawie to to, że moje małe dziecko w trakcie mojego przesłuchania mogło się wybiegać i wylatać po ogromnych korytarzach komendy. Padał deszcz, trudno byłoby utrzymać go w wózku. A tak miało  całą komendę do dyspozycji. Ot taki policyjny plac zabaw. A i policjanci okazali się całkiem mili i przystępni.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *