Smaki moich dzieci

Dwoje dzieci. Dwie różne planety wirujące wokół planety-matki z prędkością światła. Czasami trudno za nimi nadążyć. Czasami trudno okiełznać. Czasami nawet to nie chce mi się już ich tłumić i ograniczać i pozwalam na spontaniczność; tak stawiając granice niewidoczną ręką, że dzieci w swojej nieświadomej naiwności ich nie przekraczają. Dobre, nie? Pewnie każda sprytna mama ma na to swój sobie tylko znany patent.

Czasami jestem pełna zadziwienia, jak bardzo się różnią. Starszy bardzo szybko zaczął mówić, czytać, grać na instrumencie, ale był dzieckiem, jak ja to mówię, stacjonarnym. Drugi – mówi coś zrozumiałym, dla siebie językiem, jednym słowem blubla, ale spryciarz z niego nie z tej ziemi, łobuziak z błyskiem w oku, kot-indywidualista, nie idący na żaden kompromis. Boże, a nie ma jeszcze dwóch lat. Oczywiście wszystko przed nami, ale widać, jak kształtuje się młody buntownik. Tu popchnie, tam kopnie – stereotyp by podpowiedział, że przykład bierze z domu.

Ale to też dwa smaki. Starszy łagodny, słodki. Młodszy wyrazisty, wytrawny, ostry. Ze starszym wyjadamy  na wyścigi pistacjowe ferrero, bo uwielbiamy ten smak. Szkoda, że w opakowaniu jest go najmniej. Kiedy kupujemy baklawę, gdzie są różne smaki i kształty, obydwoje lubimy te same. I znów problem, jak to podzielić. Teraz jestem trochę usprawiedliwiona i nie mam wyrzutów, że cichaczem wyjadam te pyszniejsze kąski. Nie jestem sama. Zresztą, głośno mówię: chłopaki, nie czekajcie aż podam, bo zdążę wyjeść.

Z młodszym lubujemy się w rybkach z puszki, moim ulubionym salcesonie mięsnym, który salceson przypomina tylko z nazwy, w kanapkach z szynką bez chleba; no i rośnie mi konkurent do mojej wybornej galaretki z kurczaka.

Najpierw gotuję ogromny gar rosołu, do którego wkładam porcję rosołową wołową, porcję rosołową z kurczaka i porcję rosołową z indyka. Dodaję bardzo dużo warzyw i gotuję na maleńkim ogniu kilka godzin. Zazwyczaj z takiego gara starcza mi na cztery galaretki i mały garnek zupy dla chłopaków na dwa dni. Robi się z tego tak esencjonalny, wyrazisty w smaku rosół, że nie trzeba dodawać żelatyny, zastyga bez żadnych wspomagaczy.

Na drugi dzień można się nim objadać ze smakiem. Kolagenu na stare kości nigdy za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *