Zmącić ciszę…

Czytam ostatnio, że cisza to towar deficytowy, pożądany; taki, który lekarze będą zapisywali na receptę jako lekarstwo. Lekarstwo, które ma przedłużyć życie i poprawić jego jakość.

Kiedy pracowałam w szkole i wracałam do domu obarczona hałasem dzieci, który nie był jakoś szczególnie stresogenny, lubiłam położyć się na łóżku w zupełnej ciszy  i poleżeć kilkadziesiąt minut. Obok mnie leżał mój nowofundland, mój niedźwiadek, który musiał znosić moje natarczywe pieszczoty, czochranie po ogromnym łbie. Nie miałam, kogo się przyczepić, to dręczyłam biednego psa. Ile ona musiała ze mną znieść, a ile okazać cierpliwości dla mojej natarczywości. Teraz mam dzieci 🙂 I męża 🙂 No.

Ale wtedy byłam niezamężną, bezdzietną młodą dziewczyną. Co za luksus. Mogłam sobie pozwolić na takie szaleństwo jak leżenie i błogie niemyślenie. Wyleżałam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Bardzo lubię ciszę na wsi. Wolną od wielkomiejskiego gwaru, pędu, ale nie głuchą. Cisza na wsi nie może być głucha. To symfonia dźwięków dochodzących z każdej strony, z każdego zakątka, z każdej dziury. Bzyczenie owadów, leniwe ćwierkanie ptaków, szmer w trawie, dźwięk samochodu jednego na milion. I nie ma w tym nic niepokojącego.

To przypomina mi wakacje na wsi u babci. Poranki z „Latem z radiem”, z tą nieśmiertelną poleczką. Nudziłam się tam jak mops. Rejestrowałam z nudów cały dzień klatka po klatce. Buszowałam setny raz po strychu, szukając przetrzebionych skarbów. Szykowałam leśne śniadanie z polnych grzybów i się nim delektowałam. Mus z czarnych porzeczek, cukru i śmietany. Jakie to było pyszne.  Kto teraz je cukier i śmietanę, przecież są zdrowe zamienniki.

To była cisza kojąca, odprężająca, w której można było wyłączyć myślenie, poszukać zagubionych myśli, bez strachu, że znajdzie się te niepożądane, te złowrogie, od których chciałoby się uciec.

Ale czasami taką piękną ciszę może zmącić niepotrzebny szmer, jakiś odgłos zasłyszany z oddali, płacz dziecka.

Jestem wyczulona na płacz dziecka, zwłaszcza w nocy. Dla mnie nie wróży nic dobrego. Wzmaga się mój niepokój. Naruszona zostaje cisza.

Wczoraj miałam taką noc pełną obawy i lęku. Mój mały synek całą noc przepłakał. Wcześniej w dzień byłam z nim na szczepieniu. Płakał dramatycznie, wtulony we mnie jak mały, zalękniony niedźwiadek, bojący się otworzyć oczy. Siedziałam z nim na łóżku, kiwając się jak w transie i wpatrywałam się w  obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który stoi u nas na parapecie. Zauważyłam, że mieni się kolorami.  Czerwony, zielony, niebieski, barwy zmieniały się rytmicznie.

O Boże, pomyślałam i serce mi prawie stanęło. Tu mi szlocha dziecko, a tu mam objawienie. W swojej pysze i naiwności pomyślałam, że to znak, że zostałam wybrana, kiedy mój wzrok przesunął się na łóżeczko i ujrzałam źródło światła. Wcześniej włączyłam  melodyjkę, na której wyświetlały się obrazki i zmieniały kolory.

Ulżyło mi, bo tyle emocji i atrakcji w ciągu jednej nocy to dla mnie naprawdę za wiele.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *