Kleszcze

Kleszcze od zawsze budziły moją odrazę. Takie małe, płaskie robale, które potrafią zwiększyć swoją objętość nawet dwustukrotnie. Nigdy nie miały dobrego PR. Kto zawinił, że jest ich tak dużo. Gdzie szukać przyczyny takiego ich namnożenia? Na pewno wpływ ma  ocieplenie klimatu, ale również zaburzenie łańcucha pokarmowego. Wyginęły ptaki, które kiedyś się nimi żywiły.

Jeszcze parę miesięcy temu wydawało mi się, że jestem odpowiedzialną mamą i żoną, ponieważ sugerowałam mężowi, żebyśmy  z powodu naszych letnich wojaży na wieś, zaszczepili się cała czwórką przeciwko odkleszczowemu zapaleniu opon mózgowych. No właśnie tylko wydawało mi się, bo temat rozpłynął się w codzienności, w upływającym czasie. Zakleszczył się codziennym widmie wiecznej pracy mojego męża. I pozostał tam do dnia dzisiejszego, kiedy zaczęłam pluć sobie w twarz, że jednak tego nie dopilnowałam.

Tak chroniłam dzieci przed kleszczami; tak pilnowałam, żeby żaden wampir nie splamił swoim jadem moich pociech, ich delikatnej skóry. Tak pilnowałam, że tylko pilnowałam, bo kleszcz ugryzł moje młodsze dziecko w główkę. Najgorsze jest to, że szukałam na ciele tych potworów, przebrałam w czyste ubranko, zaglądałam we włosy i nic nie widziałam. Do tej pory myślałam, że znalezienie kleszcza na ciele nie jestem jakimś problemem, że zanim się wbije, szuka dogodnego miejsca. W stanach Zjednoczonych stosują na te krwiożercze bestie strumień wody pod prysznicem. My wróciliśmy z siedliska późno, syn spał, był bardzo zmęczony i wylądował w łóżeczku. Nie pomyślałam, żeby go męczyć, spryskując wodą.

Rano, kiedy syn otrzymywał ode mnie poranną porcję buziaków, przytuleń, uścisków, pieszczot, zauważyłam  w jego cudownej, pachnącej główce tego wstrętnego robala z girami wywalonymi do góry. I choć w swoim krótkim życiu wyciągnęłam dziesiątki kleszczy, tym razem spanikowałam i oddałam palmę pierwszeństwa lekarzowi, który okazał się na tyle odważny i na tyle sprawny, że wyciągnął kleszcza za drugim podejściem. Nie odprawił nas z przysłowiowym kwitkiem, tylko podjął się tej niezwykle delikatnej operacji.

Czytałam o takich wspaniałych lekarzach, którzy nie chcieli pomóc pacjentom i biedacy chodzili od Annasza do Kajfasza i nic. Trzy placówki zostały ukarane karą grzywny w kwocie 49 tyś zł. za niewyciągnięcie kleszcza z ucha dwuletniej dziewczynce. Lekarze twierdzili, że stan dziecka nie zagraża jego życiu. Dwie placówki się odwołały od wyroku, ale na szczęście NFZ nie przychylił się do ich prośby.

Lekarka przepisała antybiotyk. Ale jak to bywa w kontrowersyjnych przypadkach medycznych – tyle opinii ile lekarzy. Jedni – czekać na rumień; drudzy – podać antybiotyk profilaktycznie. Trzeci – nie panikować. Czwarci – no nie wiem, no nie wiem. I ja też nie wiem. Od ugryzienia do podania lekarstwa mam siedem dni. Lekarstwo wykupione. Czekam. Już nic nie czytam w internecie, chcę mieć niczym niezmącone myśli. Nie chcę przyswajać  żadnych informacji mrożących krew w żyłach.

Boże, wszystko będzie dobrze?

A może ktoś z Was miał podobne doświadczenia i chciałby się ze mną nimi  podzielić, uspokoić? Chętnie wysłucham  🙂

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

 

 

Mądra miłość do dziecka

Czasami zastanawiam się, w jaki sposób zbudować dziecko, jak wyposażyć je w siłę, odwagę, wrażliwość, empatię, współczucie; w te cechy, które ułatwią mu życie, sprawią, że będzie lżej znosił porażki, zranienia. Które sprawią, że jego relacje z bliskimi będą oparte na prawdzie, na szczerości.

Które sprawią, że będzie umiał udźwignąć ciężar niepowodzeń.

Które sprawią, że będzie umiał odnaleźć się w natłoku emocji, dokonać właściwego wyboru, nie spalać się w gniewie, lęku, irytacji.

Zastanawiam się czym go nakarmić, czym napoić, żeby zdrowo się rozwijał, żeby  jego świat był harmonijny, nie zmącony dylematami, z którymi nie umiałby się uporać. Nie chcę, żeby ich nie miał; nie chcę żeby żył plastikowym, nierealnym życiem, ale żeby czerpał z niego to co najlepsze. Nie chodzi o to, żeby ochronić go przed całym złem świata, ale żeby to zło odpierał, nie ulegał mu, nie poddawał się jemu. Żeby umiał sobie z nim radzić.

Nie uchronię go przed narkotykami, nie uchronię przed kłótnią z kolegami, nie uchronię go przed bijatyką, ale mogę mu dać narzędzie, dzięki któremu będzie mógł działać, pielęgnować swoje życie, radzić sobie jak najlepiej.

Czym nakarmić dziecko, żeby zdrowe poszło w świat i budowało zdrowe relacje z ludźmi?  Sobą. Ja karmię je sobą. Sobą silną, sobą nie zalękniona, sobą cierpliwą, sobą łagodną. Nie pełną lęków i obaw, nie pełną okaleczeń i zaszłości, nie pełną kłamstw i manipulacji.

Miałam dużo momentów, kiedy martwiłam się o swoje dzieci. Najczęściej powodem była choroba. Zwykła gorączka potrafiła doprowadzić mnie o drżenie serca. Ale w takich momentach wiem jedno – dzieci też są zalęknione, tez się boją, są zaniepokojone, więc ja nie chcę epatować tymi uczuciami jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej dawać do zrozumienia całą sobą, że się boję.

Dobry rodzic, który kocha swoje dzieci, nie chce podzielać złych, nisczących uczuć.

Kiedy mój starszy syn panikuje, ja staram się zachować spokój.

Kiedy wścieka się na mnie; padają słowa , których pewnie będzie za chwilę żałował – czekam cierpliwie aż się uspokoi i wtedy rozmawiamy. Jeżeli sam nie umie nad tym zapanować, pomagam mu, przytulam, zapewniam o swojej niekończącej się miłości. Uspokajam go, ponieważ go kocham.

Nie chcę dzielić z nim złych emocji, nie chcę, żeby przechodziły na mnie, bo wtedy nie jestem w stanie mu pomóc. Chcę go zrozumieć i pokazać, jak można inaczej.

Chcę, żeby był otwarty na świat i innych ludzi. Tolerancyjny, ale nie pobłażliwy. Współczujący, ale niekoniecznie empatyczny. Tzn. nie musi od razu przejmować uczuć drugiego. Ale go zrozumieć, a nie oceniać.

Czasami zastanawiam się, jak nasi rodzice nas wychowywali bez tej ilości poradników, książek, programów edukacyjnych, blogów, doświadczeń. Po omacku i intuicyjnie. Skąd wiedzieli?  Pewnie drogowskazem było serce i miłość w nim kiełkująca. I to chyba jest najlepsza książka, najlepszy poradnik.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

 

 

Siedlisko – mój drugi dom

Dom na wsi kupiliśmy kilka lat temu. Oswoiłam wieś, kiedy pracowałam w wiejskiej szkole zaraz po studiach. Dostałam też pierwsze samodzielne, nauczycielskie mieszkanie. Jaka byłam dumna, mogłam sama o sobie stanowić, mogłam być dorosła, mogłam sama płacić rachunki. To akurat nie należało do najprzyjemniejszych czynności.

Sama malowałam meble kuchenne na czerwono i lodówkę na żółto.  Wieś mnie tak wciągnęła, że już będąc mężatką, do tego dzieciatą, zapragnęłam mieć dom na wsi. Miejsce, w którym będziemy odpoczywać, lenić się i przyjmować gości.

Udało nam się kupić siedlisko z ogromną stodołą, wędzarnią, drewutnią, składem na plony.  W okolicy jest piękne jezioro. Staramy się spędzać tam letnie weekendy, ale ja marzę o tym, żeby to była moja stała baza, mój dom, moje miejsce. Samotnia, w której najlepiej czuję się z moją rodziną.

Mam świadomość tego, że wieś najbardziej przyjazna jest latem. To taki banał, ale świeci słońce, jest ciepło, w ogrodzie rosną sobie owoce i warzywa (które niestety samemu trzeba posadzić i wyhodować) dzień jest długi, dzieci bawią się umorusane do samego wieczora, a potem zmęczone, śpią do białego rana. Obcują z przyrodą, nie są atakowane miastem, masówką szytą na miarę.

Drzwi są cały czas otwarte, zapraszają wszystkie zapachy dnia, wszystkie promienie słońca, wszystkie dźwięki. Ptaków, owadów, szumu drzew. Tym się karmię na kolejne dni spędzone już w mieście.

Z tym domem wiąże  się ciekawa historia. Kiedy pojechaliśmy do energetyki załatwiać prąd, urzędnik pokazał nam zdjęcia z obławy, jaka miała miejsce kilka lat temu.  Okazało się, że wcześniej była tam uprawa marihuany. Pamiętam, jak oglądaliśmy wnętrze i zdziwiły nas dziury okalające okno. A tam były podpięte płyty zasłaniające uprawy.

Zachowaliśmy oryginalne drzwi z odstrzelonym zamkiem na klucz.  Widać w nim taką wielką dziurę od kuli. Fajnie mieć drzwi z historią. Nie jest to może historia dodająca splendoru temu miejscu, ale zawsze można pochwalić się nią na imieninach u cioci, kiedy towarzystwo lekko podsypia. A wtedy my wkraczamy z naszą rewelacyjna opowiastką.

Tak naprawdę, to jeszcze nie znaleźliśmy nowych, które by się nam podobały i pasowały. Futryna jest niewymiarowa. Jeśli chodzi o ścisłość to wcale nie szukaliśmy, bo nie było kiedy.

W sobotę udało nam się odwiedzić naszą wiejską posiadłość dopiero drugi raz w tym roku,  tyle bieżących obowiązków  nazbierało się w mieście. Myślałam, że nie dojedziemy, bo wypadły nam śruby z koła, ale mój wspaniały mąż majsterklepka i temu zaradził. Dojechaliśmy cali i zdrowi.

Za każdym razem, kiedy pojawia się temat wsi, muszę się konfrontować z różnymi zarzutami.

Dla mnie dom marzeń, dla innych rudera, worek bez dna.

Dla mnie idealna samotnia na zmierzenie się z samą sobą, na konfrontację  z naturą, nawet jej nieprzychylnością w zimowe wieczory – dla innych odludzie, zadupie, wichura.

Dla mnie idealne miejsce dla dzieci, dla ich zabaw, zdrowia, rozwoju – dla innych pozbawienie dostępu do edukacji, ich rozwoju, zamieranie kontaktów międzyludzkich, aspołeczność.

Dla mnie relaks – dla innych nuda.

Dla mnie dom idealny dla rodziny – dla innych za duży dom dla rodziny.

Dla mnie idealne miejsce do pracy twórczej, tu nie ma zastrzeżeń.

Przyjmuję wszystkie zarzuty i jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ten ten dom, oczywiście po naszych dzieciach, to nasze wielkie szczęście.

Nasze spotkanie z naturą, nasze nieustanne shinrin yoku. Nasz spacer po tym miejscu. Nieustannie je poznajemy. Nie wiem, jaki będzie los naszego domu za kilka lat; nie wiem, co nam ofiaruje w zamian za opiekę i naszą obecność, za pamięć o nim. Na razie robimy wszystko, żeby okiełzać jego dzikość, to nieuporządkowanie przestrzeni. Myślę, że nam się odpłaci czymś dobrym.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

 

Sąsiadówka

Sąsiadówka. Świetna inicjatywa. Spotkanie rodzin z dziećmi,  spotkanie sąsiadów  z całego osiedla. Impreza organizowana wspólnie z Kościołem Baptystów przez miasto Wrocław, MOPS, do tego dochodzą sponsorzy, między innymi Starbucks. Mój ulubiony sponsor.

Zawsze jako pierwsza czatowałam na darmową kawę z mlekiem. Odkąd nie piję mleka krowiego  tylko roślinne, mogę napić się takiej kawy jedynie w siedzibie Starbucksa. I z tym sobie poradziłam. W domu wydudlałam cały dzban kawy, żeby nie było mi smutno.

Do tego dochodzą kiełbaski, ciasto. Gry i zabawy dla dzieci, bańki, kolorowe baloniki. Atmosfera iście rodzinna. Miejscem spotkania jest park przy kościele. Zielona połać ziemi, zielona przestrzeń z równiutko wystrzyżoną trawą, z ławeczkami, drzewami, pod którymi można się ukryć, uciekając przed palącym słońcem.

Mnóstwo znajomych, niewidzianych od miesięcy, a nawet lat. Odświeżenie kontaktów jest zawsze miłe. Przybyło trochę nowych dzieci, pokazało się trochę brzuszków ciążowych. Życie ucieka. Days go by. Takie spotkania uświadamiają, jaką drogę przebyliśmy i ile jeszcze przed nami. Nieznanego, niepewnego.

Kiedy o tym piszę, żałuję, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Ale biegałam za moim nad wyraz rozwiniętym dzieckiem, dla którego nie ma przeszkód.

Matkę zostawił w tyle, bawił się z klaunem, śpiewał z seniorami, wykradł wszystkie baloniki, zjadł kiełbasę. Tylko nie wpuściłam go na dmuchaną zjeżdżalnię. Jak pomyślałam, ze będę sto razy zdejmowała i nakładała mu buciki, zrezygnowałam. Wiem, jestem leniwą matką, myślącą o swojej wygodzie. Zbierałam siły na powrót do domu. A poza tym, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Bardzo miłe było to spotkanie. Ma ono też drugie dno, wspieranie dzieci z dysfunkcyjnych rodzin.

Za rok zawitam  tam ponownie. Kto wie, może z nowymi członkami rodziny.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Ja, córka

26 maja. Kolejny dzień maja. Wiosenny i odświętny. Mamom składamy  życzenia, ofiarujemy  kwiaty, przepraszamy. Czekamy.

Mały bukiecik stokrotek; perełek z sercem w środku oprószonym złotym pyłem. Zebrany pospiesznie rano, żeby zdążyć przed zmierzchem, żeby zachować świeżość i jędrność płatków. Dotknąć twarzy ich delikatnością, jeszcze raz poczuć na sobie dotyk miłości. Jeszcze raz odnaleźć na mapie ciała łączność z czułością jaka towarzyszyła mi, kiedy byłam małą córeczką. Małą dziewczynką patrzącą ufnie w oczy nasycone oddaniem i poświęceniem.

To jest moja wdzięczność, moje przepraszam, moje pamiętam. Chowam kwiaty w swoim sercu i tęsknię. Pielęgnuję w sobie dziecko, pozwalam  na słabości.

Pamięć. To dzięki niej pielęgnujemy te piękne obrazy związane  z mamami. To ona podaje nam czułe i  ciepłe wspomnienia  z dzieciństwa.  Teraz dojrzałe relacje  przepełnione troską i odpowiedzialnością.

Teraz to my stajemy się pomału drogowskazem dla naszych starzejących się rodziców, ich przewodnikami po tym zagmatwanym świecie. Pełnym nowości, zmieniających się obrazów. Pomagamy im odnaleźć się na tym jarmarku rozmaitości.

Oblicze mamy coraz częściej mnie rozczula. Coraz częściej widzę w nim bezbronne dziecko, którym trzeba się zaopiekować. Ale nie pozwalam sobie na bycie rodzicem dla moich rodziców, nie przekraczam tej cienkiej granicy.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

Podróż za jeden uśmiech

https://pl.wikipedia.org/wiki/Robur_(samoch%C3%B3d)#/media/File:2010_09_27_Hannover_173658_(8599742693).jpg Norbert Schnitzler from Aachen, Deutschland, NRW http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0

To było jedno  z tych tradycyjnych letnich spotkań u babci. Niedzielny zjazd rodzinny, kuzynki, rodzice, ciotki, wujkowie i seniorka rodu babcia, wokół której narastały opowieści, śmiechy. Cykl tematów zebranych z tygodnia i rozłożonych  na czynniki pierwsze, żeby nic nie uszło babcinej uwadze. Potem jakieś podniety wśród starszyzny, zwaśnione strony chciały się pogodzić, a ten znów pił cały weekend, a ten nie skopał ogródka , a ten nie zrobił zakupów. Słowem, tradycyjny niedzielny obiadek.

Oczywistym jest, że my, dziewczyny z miasta, chciałyśmy poznawać lokalną kulturę, nasiąknąć  wiejskim folklorem. Chciałyśmy bratać się tubylcami, tarzać  po trawie, jechać na oklep konno i robić mnóstwo zakazanych rzeczy, o których można było pomarzyć w mieście.

Akurat wujek wybierał się z obiadem dla pracowników pola swoim nieśmiertelnym wypucowanym na błysk super Roburem. Objeżdżał kilka wiosek.  W każdej kucharki musiały rozładować towar, w każdej zamienił kilka słów ( czyt. flirtował, a był kochliwy)  z jakąś piękną Kryśką. Trwało to na pewno kilka godzin. Ale co to dla nas, szalonych dziewczyn z miasta. Przed nami niezapomniana podróż z wiatrem we włosach, ze słońcem prowadzącym nas w nieznane, za horyzont, za pola i lasy. Świat stoi przed nami otworem

Nieważne, że w domu zostali zaniepokojeni rodzice, rwący sobie włosy  z głowy ze strachu. To nic, że byli na granicy życia i śmierci, bliscy omdlenia. To nic, że ktoś uprowadził z podwórka trzy młode, dopiero co zaczynające przygodę z życiem niewinne dziewczyny.

Schowałyśmy się na końcu autobusu, pod krzesełkami tak, żeby nikt nas nie mógł zobaczyć, żebyśmy to my mogły zadecydować, kiedy się ujawnić. Jechałyśmy, jechałyśmy. I kiedy odległość od domu była na tyle bezpieczna, że kierowca nie zawróci z tym kłopotliwym nabytkiem, wyskoczyłyśmy, strasząc tym samym wujka, który o mały włos nie wypadł  z trasy.

Kiedy zobaczył taki zgrany chórek, kiedy usłyszał śmiechy i chichy, kiedy zobaczył nasze infantylne spojrzenia, wąs mu zadrżał ze zdenerwowania.   Jednak na powrót było za późno, głodni rolnicy czekali z niecierpliwością na obiad.

To był czas telefonów stacjonarnych, więc nie można było powiadomić starszyzny, która wyrywała sobie włosy z głowy na myśl, że mogło nam się coś stać

Kiedy rodzice usłyszeli ciszę, bardzo się zadziwili. Zazwyczaj naszym zabawom towarzyszyły wrzaski i piski, do tego dochodziły nieprzemyślane pomsyły i spontaniczne decyzje.

Cisza w trakcie zabawy to kłopoty. Puste podwórko, naokoło żywego ducha. Przechodząca sąsiadka, bardzo życzliwa zresztą, podrzuciła wątek zboczeńca (wtedy nie było pedofilów  tylko zboczeńcy) grasującego w lesie; druga wątek  Józka niespełna rozumu, który dusi młode dziewczyny. No i się zaczęło. Panika na całego.

Tymczasem w autobusie zabawa jak się patrzy. Żarty, śmiechy. Trzy ignorantki, nie myślące o konsekwencjach swojego czynu, zadowolone z tego, że zrobiły taki świetny dowcip. Kompletnie nie rozumiejące reakcji rodziców. Zdziwione ich bladymi twarzami.

Kiedy wysiadłyśmy z autobusu spodziewałyśmy się zrozumienia dla naszego wybryku. Taki oryginalny dowcip. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy zostałyśmy zaatakowane przez stado rozjuszonych rodziców i pozostałych członków rodziny.

Krzykom, płaczom, błaganiom o litość  nie było końca. Zalewałyśmy się łzami, przepraszając i kajając się przed starszyzną.

Najlepsza była moja mama, która w amoku złapała packę na muchy i pacnęła po tyłku moją siostrę, łamiąc tym samym kijek od packi.

Do tej pory zastanawiam się, jak ona to zrobiła  🙂

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

Poranne wstawanie

Kiedy miałam psa, musiałam bardzo  pilnować, żeby rano, leżąc w łóżku,  za szybko nie otworzyć oczu. Robiłam wszystko,  żeby moja psina  nie była świadkiem mojego porannego przebudzenia. Jak tylko usłyszałam namolne sapanie, zaciskałam oczy, i modliłam się, żeby wytrzymać w takim stanie jeszcze kilkanaście minut. Leżałam w bezruchu, bo jakiekolwiek delikatne poruszenie, szelest pościeli słyszalny w tysięcznych decybeli, wywoływał u mojego psa euforię porównywalną z wygraną w totolotka.

Gdy przegapiłam ten moment, to  koniec ze spaniem.  Wystarczyło, że otworzyłam ledwo jedno oko, a już słyszałam nad sobą radosne sapanie,  zipanie, zbyt namacalny wyciek śliny. Po takim spektakularnym ślinieniu moja pościel, moja jeszcze ciepła podusia, po której szorowała swoim pyskiem,  była cała oblepiona tą lepką mazią.  To nie było miłe. Ale kiedy położyła swój kudłaty łeb  przy mojej głowie, mogłam jej to wybaczyć.

Obecnie wróciłam do punktu wyjścia. Mój syn zachowuje się wypisz wymaluj jak moja Inka. Miauczy, stęka, kwęka, popłakuje, wstrzymuje oddech, by zipnąć sobie siarczyście.  Chce tym samym zmusić mnie do jakiejkolwiek reakcji ; może to być ziewnięcie i już nie daje mi spokoju; może to być ledwo widoczny obrót z jednego boku na drugi i już leci jak  z płyty nie do zdarcia „yyy, yyy (czyt. mama). Może to być podrapanie się po nosie i już jak mały ninja,  ku swojemu zresztą ogromnemu zdziwieniu, ląduje obok mnie w łóżku, wypadając ze swojego łóżeczka.

Godzina 6.00 rano koniec spania. Nie ma litości. Czasami w chwili słabości najdzie mnie myśl, że może któryś z domowników mnie wyręczy. Ale nie ma chętnych. Wtedy udaję, że śpię, podobnie jak pozostali. Jednak presja, jaką wywiera na mnie dramatyczny szloch syna, okazuje się silniejsza.  Wstaję zaspana.  Biorę malca na ręce, który momentalnie z pana Haydna zamienia się w dra  Jekylla, i wychodzimy  z sypialni. Słyszę dochodzące z jeszcze ciepłego łóżka mruknięcie zadowolenia połączone z mlaskaniem , ulgę, że i tym razem się udało.

No cóż, my lądujemy przed telewizorem, ziewając i zaczynając dzień od bajki.

Potem włączam komputer,  a  mój syn  zakrada się i obserwuje mnie zza monitorów. Tak długo wyciąga z nich kable, tak długo szarpie nimi we wszystkie strony, tak długo się po nich tłucze, tak mi je przestawia, że muszę ustąpić, wstać, rozprostować kości, poczochrać tą dużą, kudłatą, cieplutką główkę, przez którą nie mogłam go urodzić. Przytulam , oplatam go moimi ramionami, całuję do utraty tchu. A kiedy  jest już usatysfakcjonowany moim zaangażowaniem w jego uwagę, kiedy przyjmie taką  ilość miłości, o jaką prosił, wraca przed telewizor i jak gdyby nigdy nic kontynuuje oglądanie bajek, uśmiechając się na widok kiczowato ubranych leśnych stworków czyli Domisiów.

Niech  inni nie myślą, że moje dziecko siedzi przed telewizorem cały dzień, na pewno nie. Najwyżej pół dnia  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

Syn w portfelu

Moje dziecko wczoraj było bardzo smutne. Z jakiegoś powodu było mu bardzo przykro. Nie rozumiał swojego zachowania, trudno mu było zapanować nad emocjami.

Zaczęłam go przekonywać, że bez względu na wszystko bardzo go kocham; rozumiem, że może być na siebie zły. Ale jest dla mnie bardzo ważny  i nic tego nie zmieni.

Dodałam, że najchętniej włożyłabym go do  portfela i cały czas miała przy sobie. Za każdym razem, kiedy płaciłabym  w sklepie za towar, patrzyłabym na niego i puszczała oko.

Na to mój mąż powiedział:

-No to mama bardzo rzadko by cię widywała.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

Dzieci w kościele

Obsesyjnie pilnuję, żeby moje dziecko nie zasnęło w wózku. Czy to na spacerze, czy w drodze do i ze sklepu . Kiedy widzę, że jego powieki robią się ciężkie i niebezpiecznie opadają na oczy, biegnę najszybciej jak mogę, żeby zdążyć położyć go do łóżeczka i mieć czas dla siebie.

Drzemka w domu to jest rzecz święta, której pilnuję jak przysłowiowego oka w głowie. Wtedy mam czas na spotkanie  z moim najlepszym przyjacielem – kawą. Wielkim kusicielem smaku i zapachu. Może o tym kiedy indziej.

Ale dopuszczam jedno odstępstwo od tej mojej nieprzemijające zasady. Jest jeden moment, w którym sen mojego dziecka jest bardzo wskazany, jest pożądany. Mianowicie w czasie Mszy Św.  Dlatego do momentu wyjścia pilnuję, żeby nie zasnął. Dziecko mi już pada ze zmęczenia,  a ja go zamęczam kolejnymi grami i zabawami, patrząc nerwowo na zegarek i odliczając kolejne minuty do wyjścia z domu.

Nie zawsze mi się to udaje. Mogę zaryzykować, kiedy mam męża na podorędziu. Dzisiaj byłam sama i musiałam działać sprawnie jak komandor Gwiazdeczka na służbie.

Dzisiaj mi się udało. Od razu, kiedy organista zaczął grać pierwsze akordy pieśni, synek smacznie chrapał. Mogłam spokojnie odetchnąć. Kołysałam wózek i obserwowałam zestresowane matki biegające za swoimi pociechami. Współczułam im i usprawiedliwiałam zachowanie ich dzieci.

Z jednej strony miejsce wymaga powagi, więc trudno doprowadzić dziecko do porządku podniesionym głosem (co powiedzą inni), z drugiej strony chciałoby się przymknąć oko na miejsce i dać upust swojej złości. Tylko czy złość  jest dobrą emocją w stosunku do małego dziecka zamkniętego w ograniczonej przestrzeni, ale jakże dla malucha atrakcyjnej.

Ja dzięki Bogu byłam bezpieczna, spokojna, zrelaksowana, patrząc na niewinne oblicze mojej pociechy, rodem ze świata aniołków. Doceniałam ten stan z przesadną wdzięcznością, może dlatego, że moje dziecko wyróżnia się spośród innych. Jest we wszystkim naj – najgłośniej się śmieje, wrzeszczy i płacze, najszybciej biega, najbardziej się denerwuje w wózku, najmocniej kopie.

Kiedy tak obserwowałam te maluchy, zaczął malować się przede mną obraz z „Pani Twardowskiej” Adama Mickiewicza:

„Jedzą, piją, lulki palą

tańce, hulanki, swawola,

ledwie karczmy (kościoła) nie rozwalą

hi, hi, ha, ha hejże, hola”.

Widziałam dziś całą galerię postaci: małych sportowców-wyczynowców, biegających i przeskakujących wszystkie możliwe przeszkody, ścigających się z roześmianą twarzą. Widziałam pożeraczy bułek, chrupek, herbatników, mlaskających apetycznie, z zapchaną buzią, uniemożliwiających beztroską bieganinę. Widziałam uciekinierów i goniących ich rodziców  z pąsem na policzku, którzy najczęściej lądowali na posadzce jak kłody rzucone pod nogi. I ostatnia kategoria, moja wymarzona, niedościgniony wzór – torbacze. Mocno przytulone do swoich matek i ojców. Z główką wtuloną w ciepłą szyję, zerkające dyskretnie na wiernych. Ufne i szczęśliwe, że nie muszą ganiać za innymi, uprzywilejowane, patrzące  z góry na ten dziecięcy jarmark osobliwości.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

Czy ktoś pamięta zespół MANG?

Dzisiaj na języku angielskim syn musiał opisać swój ulubiony zespół muzyczny. Miał z tym niemały problem, bo nie słucha muzyki, poza tą, którą gra na ksylofonie czy perkusji. On zastanawiał się, o kim napisze, a moja wyobraźnia i przede wszystkim pamięć od razu mi podpowiedziały: zespół Mang.

Syn do mnie mówi: pokaż mi ich na youtubie,  a ja na to: synu, sto lat temu nie było youtuba.

Zespół mojego dzieciństwa, zespół z mojej pamięci. Pamiątka dziecięcych fascynacji. Wspomnienie.  Niektóre spotkania po latach, rozmowy, ludzie uruchamiają pamięć, przypominają o minionych, ale żywych obrazach.

Kto jeszcze pamięta zespół Mang?  Czy ktoś ich w ogóle słuchał, czy ktoś o nich słyszał?

Zespół Mang – trzy fantastyczne dziewczyny, trzy pomysły na każdy dzień, trzy inspiracje zmieniające się jak w kalejdoskopie, które rozpalały wyobraźnię ich rówieśników. To trzy marzenia o wielkim świecie, które przekraczały granice życia zamknięte przez świat dorosłych.

One te granice burzyły swoim młodzieńczym zapałem, swoją dziewczęcą werwą i jak to bywa w tym wieku – głupotą. Na szczęście dawno temu świat był bardziej przyjazny, więc nie odczuły boleśnie porażki czy niezrozumienia.

Zespół Mang tworzył kwiat zielonogórskiego osiedla, można by rzec kwiat lubuskiej society : Ja (Aga – lat 11), moja siostra (Gatka –  lat 12) i nasza kuzynka (Bea – lat 13). Naszą sceną było osiedle,  a właściwie  permanentna budowa. To był czas powstawania betonowych enklaw;  pełne pagórków, wystających prętów, dołów, błota.

Jak przystało na profesjonalistki miałyśmy dwa przeboje i zieloną, zabawkową gitarę. Ja śpiewałam, kuzynka grała, a moja siostra robiła za chórki. Tytuły piosenek wymyślanych na miejscu, spontanicznie „Jarzyny, ożyny, maliny, jeżyny ” , a drugi tytuł, bardziej kontrowersyjny „E, e Dondal kochaj mnie”. Dondal to nikt inny jak mój przyszywany kuzyn, nie łączyły nas więzy krwi, więc mogłyśmy pozwolić sobie na takie obsesyjne wyznanie miłości.

To wyznanie miłości miało miejsce tylko raz. Pewnego letniego dnia szykowałyśmy się do koncertu. Ja stałam w dole, dziewczyny nade mną , na skraju. Zaczynam śpiewać nasz popisowy song, drę się wniebogłosy „e, e Dondal, kochaj mnie”, gdy nagle słyszę z góry chłopięcy głos, jakby z zaświatów: „wariatki”.

Ledwo wygramoliłam się z tego dołu i oblana wstydem zaczęłam uciekać przed siebie, a dziewczyny za mną  w te pędy. Słyszałyśmy tylko śmiech chłopaków.  Żeby uratować nasz honor, obraziłyśmy się śmiertelnie na tego Dondala i wstrzymałyśmy koncertowanie do odwołania.

 

Pozdrawiam ciepło  🙂