Nieostrość widzenia

Ostatnio bardzo ubolewałam nad tym, że słabo widzę. Zanim odebrałam nowe okulary, chodziłam po omacku ze zmarszczonym nosem i zwężonymi oczami. Wyglądałam jak kret. Dopiero po ich  założeniu  zobaczyłam to i owo, nie zawsze pożądane. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, że wcale tak źle nie było, że ta nieostrość widzenia aż tak bardzo mi nie przeszkadzała. To co zamglone, co nieostre wydawało się bardziej łagodne.   Nieobecne. Jak to się mówi? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Co ja takiego zobaczyłam?

Zmarszczki.

Czy one naprawdę mi przeszkadzają, czy mają realny wpływ na moje życie, na moje zachowanie, na moje odbieranie świata? One chyba najmniej. Co dalej…, plamy.  Takie malutkie plameczki zlewające się w jedną wielką mapę świata na policzkach. Właściwie zawsze mogę powiedzieć, że jestem świeżo po powrocie z Balearów. Opaliłam się, tak jakoś nierównomiernie. No cóż, zdarza się. Gdybym posiadała pumeks o twardości XXL, chętnie bym go użyła do wyszorowania niepotrzebnych mankamentów urody.

Ostatnio mój mąż coś przebąkiwał, że słabo widzi z bliska. Przeczyta tekst napisany małymi literkami, ale trzymając kartkę z pewnej odległości. Dla mnie to nawet lepiej, mogłam bezkarnie patrzeć mu w oczy z bliska, łudząc się, że i tak nic nie zobaczy i będę dla niego taką, jaką mnie poznał, niezmiennie piękną  🙂

Niestety radość nie trwała długo. Kilka dni temu kupił w Kauflandzie okulary tzw. „do czytania” i czar prysł . Patrzył, patrzył i w końcu powiedział „ale masz piegi”, buuuuu. To po co kupował.

Pamiętam taką śmieszną sytuację sprzed dwudziestu kilku lat. Wracamy z siostrą do domu. Naprzeciwko nas idzie moja koleżanka, za którą moja siostra nie przepadała. Mówi do mnie „chodź tamtędy”, a ja na to „zobacz, A. nie ma okularów, nie zobaczy nas”. To ją przekonało i szłyśmy dalej przed siebie. Kiedy się mijałyśmy,  A. powiedziała do nas „cześć dziewczyny”, a moja siostra do mnie do mnie z wyrzutem:  „widzisz, miała soczewki”  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Moja modlitwa

 

Bardzo lubię myśleć o Bogu, lubię mówić o Bogu, śpiewać…

Kiedyś śpiewałam pieśń „Jesteś Królem…”, a mój syn myślał, że to  o nim i dośpiewywał „twoim królem”  🙂

Ta obecność Stwórcy w myślach, słowach, melodii to moja modlitwa. Czasami jak ten z rogami dobija się do mnie drzwiami i oknami, jeszcze mocniej i intensywniej zbliżam się do Boga, lgnę do Jego miłosierdzia, zatapiam się w Jego dobrym, niczym nie skalanym Sercu, chowam  w Jego czyste dłonie, ofiarowuję Mu wszystkie moje starania, by być lepszym człowiekiem.

Dostaję kolejny dzień, by się w Nim umacniać. Kolejny dzień, by cieszyć się życiem, by je smakować wszystkimi zmysłami. Widzę, dotykam, idę, słyszę, posiadam – to nie jest moja zasługa, nie ja tego dokonałam.

W milczeniu szukam Ciebie, by patrzeć  tylko na  Ciebie. W ciszę wplatam Twoje słowa, by słyszeć tylko Ciebie, by nie zagłuszać ich sensu i znaczenia. W krzyku łatwo się pogubić, łatwo znieczulić, przekrzyczeć co prawdziwe.

Nie chcę  Ciebie przeoczyć, Jezu; przytulaj mnie mocno, pocieszaj, chroń…

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Mój dzień

W ciągu roku mamy 365 dni. 365 różnych, niepowtarzalnych, kolorowych, smutnych, radosnych, czarno-białych dni. Dni krótkie – za krótkie, zbyt szybko się kończą, w tych dniach chce się żyć, zdarzają nam się same fantastyczne chwile – kochamy, jesteśmy kochani, w pracy wiedzie nam się nie najgorzej, awansujemy; dni długie – ciągną się w nieskończoność, są nudne, czasami dramatyczne, marzeniem jest sen i obudzenie się za sto lat. Dni ciepłe – uwielbiam, dni zimne – chłód wnika w każdą komórkę naszego ciała, pomaga ciepły koc i cisza, nie słychać „mamo, głoooodny”.

Mogłabym tak wymieniać jeszcze 361 razy. Czasami wydaje mi się, że każdy mój dzień podobny jest do następnego, że niczym się nie różni, że jest monotonny i beznamiętny, ale tak naprawdę każdy dzień jest darem, jest życiem. Staram się w tej monotonii odnaleźć sens, oswoić ją, przeczekać. Wyrazić wdzięczność,   że nie jest zmącona jakimiś przypadkowymi targnięciami burzącymi mój spokój. Ta powtarzalność chwil wycisza mnie i koi. Tak naprawdę nie potrzebuję ekstremalnych emocji, by smakować życie.

Zdarzają się jednak momenty, które wybijają mnie z tego letargu. Zdarzają się dni, gdzie moje oczekiwania zderzają się z twardymi prawami rzeczywistości. Gdzie moje „tak ma być” – nikogo nie obchodzi, i wcale tak nie jest. Pojawia się bezsilność, niemoc, które muszę przetrwać. W takich chwilach doceniam i dziękuję za moją rodzinę. To ona jest dla mnie oparciem, buforem bezpieczeństwa; dzielę problemy na pół, pomnażam dobro i ciepło.  Ufam. Zawierzam Bogu moje życie i z niecierpliwością czekam na kolejny dzień.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Geny – część druga

Byłabym bardzo niesprawiedliwa, gdybym opowieść o genach ograniczyła tylko do starszego syna. Młodszy, chociaż ma dopiero półtora roku, również wykazuje skłonności , które nieobce były  w moim dzieciństwie.

Często spotykaliśmy się z rodzicami u mojej babci. Dużo nas wtedy było. Spotkania były częste, bo to jedyna możliwość wymiany informacji, pochwalenia się ilością zrobionych  słoików na zimę, nowym kożuchem, czy lisem. Wtedy mało kto miał telefon, w telewizji nic nie było, nikły przepływ informacji; więc takie spotkania wnosiły zawsze coś nowego, zawsze towarzyszyło temu lekkie podniecenie.

Towarzystwo świetnie się bawiło, nikt nie zwracał uwagi na dzieci. Na stole stały trunki różnej maści, a to jakieś winko własnej roboty,  a to wódeczka, a to jakiś likierek. Cała galeria kolorów i smaków. Przedział wszystkich możliwych kieliszków.

Po spotkaniu, kiedy jedni już odjechali, a inni porozchodzili się po pokojach, my – cudowne dzieci naszych rodziców, przyszłość narodu – spijaliśmy z tych kieliszków wszystko, co się dało. Ciekawe, czy to ktoś w ogóle zauważył  🙂

Nie przypominam sobie, żeby mój starszy syn praktykował te czynności w dzieciństwie, pewnie nie. Ale ten młodszy, cudny bąk,  jak najbardziej. Spija, co się da. Kiedy dorwie szklankę, nieważne czy woda, herbata, a nawet kawa, wypija jednym haustem.  Naprawdę muszę bardzo pilnować siebie, żeby nie zostawiać na stole nic nie pożądanego. Biegam z pokoju do pokoju ze ścierą, łapiąc w locie szklanki i kubki.

No i czekam z niecierpliwością , a jednocześnie z obawą, co przyniesie los, biorąc pod uwagę fakt, jakim byłam dzieckiem.

Ale  o tym może kiedy indziej  🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Geny – moja opowieść

Kiedy byłam mała, słodycze były  na kartki. Raz w miesiącu kupowało się zapas cukierków, czekolad, ciastek, zjadało się w ciągu dwóch dni, a następne 28 usychało z tęsknoty za dawką cukru.

U nas było tak, że słodkości były schowane w szafce,  w której panował niesamowity zapach drewna, rodzynek, czekolady. Nawet teraz kiedy przyjeżdżam do domu na święta, otwieram dyskretnie szafkę i delektuję się tym zapachem z dzieciństwa. O dziwo, że nie wietrzeje.

Jak już mieliśmy te skarby w domu, cały dzień dzwoniłam do mamy z pytaniem, czy mogę zjeść kosteczkę czekolady, aż do ostatniego kawałka i był spokój. Zauważyłam, że też stosuję tę metodę, kiedy moje dziecko po raz setny pyta, czy może słodyczkę. Dla świętego spokoju pozwalam mu na całkowite unicestwienie zapasów słodyczy.

Kiedyś z tej posuchy usiadłam na krześle przed biurkiem i mówię do siebie tak: „teraz policzę do dziesięciu, odwrócę głowę i na dywanie będzie leżała czekolada. Raz, dwa, … osiem, osiem i pół,… i ostatnie moje słowo dziesięć”. Zanim odwróciłam głowę, dawałam jeszcze czas tej rzekomej czekoladzie, żeby sobie spokojnie spoczęła. Zaglądałam przez ramię , kiwając się na krześle, z ogromną nadzieją, że tam będzie.

Jakże wielkie było moje zdziwienie, że nic tam nie leżało.

Mój syn często pyta mnie, czy istnieje taka planeta, na której wszystko jest z czekolady. Zadając to pytanie, mocno wierzy, że gdzieś musi być. Jakaś tajemna eksplozja spowodowała powstanie takiej krainy, wystarczy tylko po nią sięgnąć. Albo pyta, czy czekolada może wyrosnąć na drzewie. Kiedy słyszę te pytania, uśmiecham się pod nosem.

Któregoś dnia krzątam się po domu, a syn w pokoju odrabia lekcje. Zaglądam do niego od czasu do czasu i widzę, że siedzi zamyślony i rozgląda się na boki. Coś mruczy pod nosem. Podchodzę bliżej… siedem, osiem…, popatrzyłam na biedaczynę ze zrozumieniem i powiedziałam „czekolady nie będzie”.

I w tym momencie świat jego dziecięcych fantazji legł w gruzach.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

 

Geny

Geny to jest niesamowite zjawisko. Eksperci z Uniwersytetu w Kopenhadze zbadali, że  oprócz koloru oczu, gęstości włosów, tendencji do przejmowania   różnych chorób, czy zwyczajów żywieniowych dziedziczymy również pamięć przykrych doświadczeń, traumatyczne przeżycia, a nawet stany lękowe. Nie zgłębiałam tego tematu, ale obserwując moje dzieci, zauważam, jaką ogromną rolę odgrywają w naszym życiu. Dziecko to nie jest przysłowiowa „tabula rasa”, to zaprogramowany, mały człowiek, z zapisanym życiem.

Oczywiście, ja jako rodzic mam za zadanie go kształtować, wychowywać, uczyć, pokazywać, rozwijać pasje, inspirować. Cechy, z którymi się urodził, z którymi będzie iść przez życie, będą ulegały zmianom. Każdego dnia będzie musiał podejmować decyzje dotyczące codzienności, relacji z innymi.  Będzie dokonywał wyboru, jaką książkę przeczytać, z kim się umówić na randkę. To go będzie kształtowało, zmieniało.

Ale geny to też możliwość obserwowania dziecka i wyłapywania podobieństw, które są nam na rękę, które usprawiedliwiają nasze zachowanie, czasami naszą niemoc w stosunku do niego, ale również tych, które  nas cieszą, przypominają nasze dzieciństwo. Kiedy jest źle, mówimy „ja też taki byłem, on to ma po mnie”. I sprawa załatwiona. Jesteśmy usprawiedliwieni; lenistwo nie pozwala na jakiekolwiek działania.    Kiedy widzimy w dzieciach nas samych, również mówimy, ale z satysfakcją i dumą w głosie „ja też taki byłem, ma to po mnie”.

Jednym słowem – genów nie da się oszukać. Wiadomo, kto jest ojcem;  wiadomo, kto jest matką  🙂

Pamiętam, jak w jakimś wywiadzie Jan Nowicki opowiadał, że kiedy był małym chłopcem, wszystko to, co napotkał na swojej drodze – lizał. No i urodził mu się syn. Kiedy miał rok, aktor bawiąc się z dzieckiem, zaobserwował jak maluch pełznie do ściany, którą zaczął lizać. W tym momencie miał pewność, że jest ojcem  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

 

Pomoc z nieba

Ostatnio byłam bardzo przytłoczona codziennymi obowiązkami, niemiłymi rozmowami, które mnie nie omijają. Musiałam podejmować decyzje, z którymi nie chciałam mieć do czynienia. Borykałam się z problemami szkolnymi; jednym słowem prostowałam swoją drogę , zbierając z jej zakrętów ciężar po ciężarze.

W poniedziałek miałam natłok zadań. Kombinowałam, jak rozplanować dzień, żeby udało mi się pozamykać wszystkie sprawy. Oczywiście zawsze z synem na rękach. Nieustannie w takiej sytuacji zwracam się do Boga. Moje wystąpienia są bardzo spektakularne, ponieważ odwiecznie proszę, żeby mnie ratował, żeby mnie odciążył, żeby pozwolił mi zostawić trudne spawy pod Krzyżem.

Nie musiałam długo czekać. Odpowiedź przyszła właśnie w poniedziałek. Wszystko się tak poprzesuwało, tak poukładało, że odpadły mi dwa spotkania, dwa stresy. Mogłam popołudnie spędzić z moimi dziećmi, nigdzie się nie spiesząc, nigdzie nie biegnąc z językiem na brodzie.

W moim życiu nie ma przypadków. Lubię myśleć o Bogu jak o Ojcu, który z miłości do mnie będzie mnie chronił przed złym światem. Cieszy mnie ta Boża opieka. Bez niej ani rusz.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Niedawno była Niedziela Miłosierdzia Bożego.

Miłosierdzie Boga jest nieskończenie wielkie. Im więcej grzechów, tym większa rola miłosierdzia. Nic tak nie przyciąga miłosierdzia Bożego jak nasze grzechy.

Taki dzień nasuwa wiele refleksji na temat przebaczenia, ofiarności, poświęceniu siebie dla innych. Na ile potrafię być nie tylko dla siebie. Na ile potrafię w codzienności i pośpiechu pochylić się nad mniejszymi i słabszymi.

Uwielbiam film z Dorotą Segdą pod tytułem „Faustyna”. Mogę oglądać go garściami i nigdy mi się nie znudzi. Jest tak przekonująca w tej roli, tak mocna, a jednocześnie delikatna i oszczędna w emocjach i gestach. Pokazuje kruchość i czułość Faustyny, a jednocześnie jak wielką siła jest dobro i miłość.

Dobro to nie jest chodliwy, komercyjny temat na film, ale w tym przypadku od samego początku prowadzi go jakieś tajemnicze Światło, ciche słowa naznaczone obecnością Boga.

Jak Cię, Jezu, pięknie namalować, jakich farb użyć; jakich słów, by powiedzieć o Tobie wszystko i wyrazić to co niewyobrażalne. Nie potrafię…

To nie jest bajka

Niedawno byłam w galerii handlowej. Chodziłam  po sklepach, oglądałam wystawy. Coś tam sobie obejrzałam, coś tam przymierzyłam, coś tam kupiłam.

Idę sobie, oglądam się na  boki, może kogoś spotkam. Może jakaś kawka. Nagle przede mną wyrasta ogromne lustro, takie od ziemi do sufitu, na całą witrynę sklepową. Piękne. A ja – w tym odbiciu, idę, nawet się nie garbię, prosto, prężnym, zdecydowanym krokiem. Rozejrzałam się na boki, czy inni też zdążyli zauważyć tę piękność dnia, tę lady Godivę, ten sen nocy letniej czyli mnie 🙂

Zbliżam się do lustra, odbicie z   rozwianym włosem zbliża się do mnie. Jaka jestem ładna. Nie mam już kompleksów, przecież lustro nie kłamie. Lustra nie oszukasz. To ja, piękna czterdziestoletnia. Zbliżam się i nie mogę uwierzyć własnym oczom, dlaczego wcześniej myślałam, ze mam grube nogi, z jakiej ja perspektywy je oglądałam. Boże, mam pęcinki.

Zbliżam się i coś mi tu nie pasuje. Jakby nie ten chód,  hm włosy? Może mi zgęstniały, rozjaśniałam przecież. A może to…, nieeee, to ja. Na pewno.

No ale w końcu musiałam dojść do tego rzekomego lustra na własne nieszczęście, którym okazał się ekran  z maszerującą po wybiegu modelką.

Chyba już nie raz  wspominałam, że syn połamał mi okulary 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Rosół

Rosół gotuje każdy: na kościach, na mięsie, na kosatkach , warzywny, możliwości i konfiguracji jest bez liku. Jeden zalewa mięso zimną, drugi ciepłą woda, i tak dalej i tak dalej…

Kiedyś nie lubiłam rosołu, wyłapywałam z zupy tłuste oka. Wiosłowałam łyżką, aż zupa stygła, tłuszcz tężał, a ja miałam odruch wymiotny. Pewnie nie byłam odosobniona, każdy ma jakieś niezwykłe wspomnienia z dzieciństwa związane z jedzeniem.

O rosole powstało tyle historii, tyle wpisów, że i mój nie jest niczym wyjątkowym. Wyjątkowe jest to, dla kogo go gotuję. Wyjątkowe jest to, z kim usiądę przy stole . Wyjątkowe jest mlaskanie przy jedzeniu, trafienie dużą łyżką do małej buźki. Wyjątkowe jest kapanie tłustych oczek z brody i oblizywanie ich różowym języczkiem. I to czyni go niecodziennym, rodzinnym rytuałem.

Smacznego:)