Dylematy dojrzewania

Dojrzewanie dzieci to nieunikniony bieg wydarzeń. Kiedyś nadejdzie ta wiekopomna chwila, kiedy trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy i porozmawiać na nurtujące młodzież tematy. Bez zadęcia, na poważnie – ale z dystansem, nie  zohydzając niektórych kłopotliwych zagadnień.

Kiedy mój starszy syn był jeszcze mały, nie mogłam się doczekać pytań, rozmów, rozważań na temat problemów dojrzewania, spraw damsko-męskich. Trochę się ich obawiałam, zapewne jak każdy rodzic, ale zacierałam już ręce. Jako domowy gawędziarz byłabym w swoim żywiole. Wyobrażałam sobie te nasze intelektualne dywagacje zakończone błyskotliwą puentą, niekoniecznie: „mama, mogę kupę?”.

Pamiętam, że jedyne kontrowersyjne pytania, jakie zadawał mój mały synek to:” mamo, a to jest pan, czy pani”; w sytuacji, kiedy widział kogoś, kogo trudno było zidentyfikować.

Odpowiadałam, jak można było najpiękniej. Jak osobnik bardziej przypominał mężczyznę, to był panem, jak kobietę – był kobietą. Bez wchodzenia w kontrowersyjne szczegóły. Uważałam, ze taka wiedza na temat różnorodności nie jest mu do niczego potrzebna.

Nie musi roztrząsać dylematów płci.

Dziecko dorastało, a tu nic. To ja musiałam inicjować rozmowy , bo albo mój syn był zbyt leniwy, albo zbyt niedojrzały, albo zaprzątnięty innymi dziecinnymi sprawami.

W czasie wakacji zdradził mi tajemnicę, że jego kolega oglądał gazetę z gołą panią. Zapytałam z niepokojem, czy on też zaglądał na strony tejże gazetki. Odpowiedział  oburzony, że to grzech. Zapytałam, od kogo ma takie informacje. Odpowiedział, że pani od religii tak powiedziała. Hm, czyli znów mój udział w rozmowach był znikomy. W myślach musiałam przyznać rację pani od religii – takie zdjęcia nie są dla małych dzieci.

Mało u nas rozmów inicjowanych przez syna na tak zwane „wstydliwe” tematy. Są dwa warianty: albo  wszystko już wie, albo nie wie nic. Wzięłam sprawy w swoje ręce.

Ostatnio rozmawialiśmy na temat zapachów. Mój mąż w sposób dyplomatyczny stwierdził, że im człowiek starszy, tym bardziej śmierdzi. I nie ma co się krygować, bo jest to naturalna kolej rzeczy. Najładniej, najprzyjemniej pachną malutkie dzieci. A potem to już z górki.

Szybko podchwyciłam temat, uznając, że jest ciekawym wstępem do rozmowy na temat dojrzewania i pojawienia się burzy hormonów u chłopców, w czasie której pojawiają się wąsiki i tym podobne, z akcentem na tym podobne.

Mój syn przyjął wiedzę ze zrozumieniem i z należytą powagą. Potem trochę nas poniosło, zaczęliśmy żartować i z poważnego tematu zrobił się kabaret. Ale wniosek nasunął się sam, trzeba się myć, bez względu na to, czy jest się starym czy młodym; czy rosną wąsy, czy wąsów brak.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

List do Św. Mikołaja

Mało chcę. Trochę kolorów, bo obecne już trochę wyblakły.

Zostaw czerwień z płaszcza  pod poduszką . Pokoloruj serce, żeby było gorące i pełne czułości. Żeby żar nie tlił się nikłym blaskiem, a płonął codzienną miłością. Żywą jak krew czerwona.

Dodaj bieli z długiej, miękkiej brody. Żeby życie czyste było, bez utrapień i smutków. Pozbawione grudek piasku, co łzę wyciskają z oka.

Dodaj zielonego. Zazieleń każdy dzień nadzieją, że jutro będzie dobrze, a pojutrze jeszcze lepiej.

Jakie masz jeszcze dla mnie   kolory? Czerń i złoto.

Wybieram złoto, jak złoty jest kolor włosów moich dzieci pachnących wiatrem, jak złoty blask ich oczu skąpany w niewinności poranka…

Tyle…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Basia…

Niedawno pisałam o moim dziewięciotygodniowym szczęściu, a ono ma już 32 tygodnie i jest całkiem pokaźną dwukilową dziewczynką. Pływającą po nieograniczonych wodach płodowych, rozpychającą się nogami i rękami, rozciągając mi tym samym wszystkie możliwe warstwy skóry i mięśni. Miesiąc temu ułożyła się do wylotu. Po miesiącu zmieniła strategię i wypłynęła głową do góry, odbijając się boleśnie od dna.

Obecnie znów czeka, przygotowana do wyjścia. A my  czekamy razem z nią. Do stycznia jeszcze dużo czasu. Ale czasami odnoszę wrażenie, jakby już, w tej chwili chciała ujrzeć światło dzienne i poznać rodziców.

Jeszcze do niedawna ciąża to były mdłości, słabości, rosnący brzuch i ten charakterystyczny ucisk ograniczający oddychanie. Do każdego dnia podchodziłam zadaniowo, nie rozczulając się nad sobą, nad ciążą. Czego oczy nie widzą…

Wreszcie zobaczyły. Pierwszy raz w życiu widziałam dzieciątko w obrazie 3D. Rozczuliło mnie to totalnie. Szkoda, że byłam sama, bo mąż przez pół godziny krążył wokół przychodni, szukając miejsca  do parkowania. Niestety we Wrocławiu to graniczy z cudem i jeżeli w pobliżu nie ma galerii handlowej, gdzie można zostawić samochód, a potem przejść  do celu, to nie ma szans na zaparkowanie pod wybranym obiektem. Bez względu na godzinę.

Więc mam dowód w postaci dwóch zdjęć. Można było odebrać filmik upamiętniający to niezwykłe spotkanie, ale  „Nie zabrałam filmiku, bo mi się nie chciało – parafrazując słowa z  mojego ulubionego wiersza „Leń”. Kocham pana, panie Brzechwa. Pomyślałam, że niedługo będę mogła zobaczyć moją ukochana Basieńkę na żywo i pobiegłam szukać chłopaków.

Pokazałam zdjęcie mężowi. Był wzruszony. Ta realna istotka, ta żywa kuleczka chwyciła go za serce  podobnie jak mnie. Te drobniutkie rączki, które wkładała do buzi, te stópki, którymi zakrywała oczka chciałabym całować i przytulać do siebie już teraz.

Jeszcze muszę chwilę poczekać na Ciebie; rośnij zdrowo.

Kiedy lekarka zdziwiła się, że  ciąża jest naturalna i bez stymulacji hormonalnej, jeszcze bardziej doceniłam, jakim to dzieciątko  jest kolejnym cudem pojawiającym się w naszej rodzinie. I jak warto było na niego czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Mieszkaniowej traumy ciąg dalszy

Może Wrocław to nie Nowy York, ale jeśli chodzi o znalezienie mieszkania  większego niż dwa czy trzy pokoje, nie jest to takie łatwe.

Jest ich trochę na rynku, ponieważ miasto musi wywiązać się z umów, ale nie spełniają naszych oczekiwań.  I nie wiem, czy jest to problem lokum czy mój. Jak jest zrobiona instalacja elektryczna, to  nie ma betonowych stropów. Jak są betonowe stropy, to instalacja sprzed wojny. Jak jest   sześć pokoi – idealne dla naszej rodziny, to nie ma widny, a mieszkanie usytuowane jest na 4 piętrze odrestaurowanej przedwojennej kamienicy.

Trochę mnie to już irytuje. Zaczynam się pomału zniechęcać i wmawiam sobie, że nasze cztery kąty to tak jak sześć kątów. Dzieci poupychamy w trzech, a w trzech kolejnych samych siebie.  I zmieścimy się bez problemu.

Trudności nastręcza fakt, że na te mieszkaniowe oględziny jeździmy całą rodziną. Mamy  takie dwa słodkie ogony, które wleczemy za sobą. Trudno skupić się na mieszkaniu i jego atrakcyjności bądź mankamentach, kiedy  w pobliżu czają się dwa pacholęcia. Oglądamy na zmianę, jedno dogląda mieszkanie, drugie pilnuje małego, żeby nic nie zniszczył, trzecie marudzi, że głodny  i pyta, kiedy wracamy do domu.

W sobotę byliśmy w starym spichlerzu z 1820 roku odrestaurowanym i przygotowanym na  na przestronne lofty. Coś pięknego. Stylowe meble, mnóstwo bibelotów, drewniane podłogi, pokój kąpielowy i … ogrzewanie elektryczne. Nigdzie nie było kaloryferów, tylko na suficie wisiało coś na kształt farelek.   Na ogrzewaniu na pewno byśmy nie zaoszczędzili.

No i moje dziecko  w tym pięknym mieszkaniu upatrzyło sobie dwie afrykańskie figurki  wyrzeźbione w jakimś szlachetnym kamieniu.

Na początku tylko grzecznie obserwował, przyglądał się, wydawał odgłosy pełne zachwytu – tak dla zmylenia przeciwnika i pokazania, że wcale nie chce tego dotknąć. Za każdym razem daję się na to nabrać.

Jak uśpi czujność rodziców,  wkracza do akcji.  No i tak zaatakował jedną z figurek, że poturlała się po podłodze i złamała na pół. Najgorsze, że wszystko odbyło się pod moim czujnym okiem, ale nie wiem, kiedy i jak.

Pomyślałam tylko, że figurka pochodzi z epoki Majów i jest warta jakieś dziesięć pensji najniższej krajowej.  Mąż wypatrzył miejsce po klejeniu i  łatwiej było się przyznać. Na szczęście właścicielka okazała się przemiłą, bardzo wyrozumiałą osobą i machnęła tylko ręką.

Najlepsze jest to, że moje dziecko było pilnowane  na zmianę przez  trzy osoby: mnie, męża i koleżankę, która jest naszą agentką. Cała trójka biegała za nim jak w ukropie, żeby  nic nie spsocił.

Kupno mieszkania to nie jest taka łatwa sprawa. Ja w  swojej naiwności myślałam, że im więcej obejrzanych domów i mieszkań, tym będę miała trudniejszy, ale jednak  wybór . A jest wręcz odwrotnie. Im więcej do tej pory zobaczyłam, tym mniej mi się podoba i decyzja jest oczywista.

Im dalej od centrum, tym taniej i ładniej. Im bliżej centrum, tym brzydziej i drożej.

Dylematów związanych z dojazdem do pracy nie da się tak pochopnie rozwiązać. W dużych miastach odległości to jest jakaś zmora. Traci się pół dnia na dojazdy. Ale to już jest kolejna bariera do pokonania bądź nie do pokonania. Można tak wymieniać bez końca, gubiąc początek.

Ja już tylko wiem, że nic nie wiem.

Pozdrawiam jesiennie 🙂

Mieszkanie potrzebne od zaraz

Kiedyś gwiazdka serialu „Klan” Kaja Paschalska śpiewała piosenkę „Przyjaciel potrzebny od zaraz”, a ja parafrazując słowa refrenu, zaśpiewam „mieszkanie potrzebne od zaraz”. Dodam tylko na marginesie – duże mieszkanie.

Rodzina nam się powiększyła i nadal powiększa, więc naturalną koleją rzeczy jest powiększenie mieszkania. A jak najskuteczniej powiększyć mieszkanie? Kupując nowe, większe, przestronne, słoneczne, korzystnie położone….

Ostatnio odnoszę wrażenie, jakoby nasze mieszkanie zaczęło panować nad nami, jakbyśmy stracili nad nim kontrolę. Wciąga nas  swoimi mackami i zaczyna dyktować warunki: nie sprzątaj, nie myj, nie podnoś, takie słyszę rozkazy, nie schylaj się – niech leży. Czasami ulegam i posłusznie nie podnoszę.

Czuję się zdominowana przez dysharmonię i chaos w nim panujący. Kiedy potrzebuję wyciskarki do cytryn, nie zaglądam do szuflady w kuchni, bo jestem pewna, że jej tam nie znajdę. Na szczęście ma intensywny pomarańczowy kolor, więc pamięć podpowiada mi , że ostatni raz widziałam ją na zlewie w łazience. Zgadza się, leży. Przy okazji znajduję wieczko od pojemnika na kaszę.

Kiedy szukam łyżek, zaglądam pod łóżko, tak będzie łatwiej i zaoszczędzę sobie wiele nerwów związanych z grzebaniem w pustej szufladzie.

Są chwile, kiedy nie jest to takie łatwe. Zdarza się, że butelki po mleku i kubka do wody szukam kilka dni. Wtedy kupuję zgrzewkę niekapków i mam spokój.

Odkąd zaczęłam znajdować lego duplo w zamrażarce, w garnkach i w piekarniku,  pilnuję intensywnie, żeby leżały w jednym miejscu. To uspokajacz mojego dziecka i zabawka, którą potrafi się rozkosznie bawić, układając i przekładając klocki w małych paluszkach, przestawiając zwierzątka i naśladując ich odgłosy. Więc i ja mam chwilę wytchnienia, popychając pociąg zbudowany z kolorowych elementów.

Decyzja została podjęta. Szukamy mieszkania. Może być domek. Mamy już za sobą intensywne oględziny. Niestety opisy i zdjęcia zamieszczone w internecie po konfrontacji znacznie się różnią od tych rzeczywistych. Trudno jest znaleźć idealne lokum. Po wstępnej wizytacji nasze mieszkanie, za każdym razem, wydaje mi się super przytulnym miejscem, ciepłym i klimatycznym, z dużą kuchnią i przestronnym wnętrzem, a nasz stary dom na wsi nie zawsze docenianym przeze mnie pałacem.

Może o to wszystko chodzi. Nie podejmować pochopnych decyzji. Szukajcie, a znajdziecie. Z ufnością.

Dzisiaj mamy następne umówione spotkanie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie zmiany miejsca. Musiałam mieszkać w obrębie naszego osiedla. Teraz jest mi to obojętne, z dwójką małych dzieci  moje życie kulturalne i towarzyskie poległo. Już dawno przestałam być wymagająca.  Potrzebuję tylko warzywniaka, rzeźnika, dużego sklepu, kawiarni, fryzjera, masażysty,  dentysty, szkoły, fitnessu – W POBLIŻU. To mi w zupełności wystarczy  🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Sałatka z makaronem ryżowym i warzywami

Ubolewam nad tym, ale to nie jest mój autorski przepis. Niestety nie posiadam aż tak wysublimowanej wyobraźni kulinarnej. Moje kulinaria ograniczają się ostatnimi czasy do bigosu, zimnych nóżek (uwielbiam tą nazwę na galaretę z kurczaka) i jajek w majonezie, które mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację. Niestety, jak mam zapas (jakoś tak sprytnie mi wychodzi) to tak wygląda moje menu. Jaja nigdy mi się nie znudzą, mogę je pochłaniać w każdej odsłonie.

Ale przychodzi taki czas, że trzeba się odchamić i przygotować coś bardziej szykownego i wykwintnego, żeby odzwyczaić podniebienie od tych przaśnych dań i połechtać je czymś lekkim i ożywczym.

Kiedy mam chwilę, poszukuję przepisów w internecie na zasadzie „jak się uda i trafi, to fajnie”. I tym sposobem znalazłam przepis na sałatkę z makaronem ryżowym. Zjedliśmy ją z mężem na obiad na zimno, była pyszna. Danie trochę zmodyfikowałam, ponieważ w pierwotnej wersji było mango. U nas nikt oprócz mnie za nim nie przepada, więc znalazłam doskonały substytut w postaci ananasa.

Najpierw namoczyłam makaron, czyli zalałam go wrzątkiem. Po wyciągnięciu polecam go pokroić na krótsze niteczki. Łatwiej się je.

Następnie starłam marchewkę, kilkanaście rzodkiewek, ( nie miałam dużej rzodkwi), pokroiłam pomidora, ananasa.

Potem zielenina. Dużo zielonej pietruszki, dużo szczypiorku i dużo kolendry.

Na koniec dodałam makaron ryżowy i zalałam sosem. W sosie znalazły się: czosnek, imbir (oczywiście zbebłane), sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek, sos sojowy. W oryginalnym przepisie był olej sezamowy, tamari i sos rybny. Nie wystarczy oliwa i cytryna, trzeba dodać trochę smaków z kuchni azjatyckiej, wtedy sałatka będzie miała wyrazisty smak. Dzięki świeżym warzywom i owocom jej smak jest orzeźwiający i unikalny. Wreszcie mogłam się poszczycić wyrafinowanym obiadem. Życzyłabym sobie więcej takich dań. Są szybkie w wykonaniu, trzeba tylko przygotować odpowiednie produkty i wyzbyć się wymówek i lenia, który u mnie coraz częściej gości.

Na szczęście ta sałatka smakowała mojemu mężowi, dzieci nie wliczam, bo one nawet na nią nie spojrzały; ale czasami bezpieczniej jest podać sprawdzony bigos i uniknąć podejrzanego wzroku i  kwaśnej miny, a potem znów siedzieć w kuchni i kombinować, wymyślać co podać ukochanym pociechom do jedzenia. Aluzja dotyczy moich dzieci, dla których wszelkie nowości przyprawiają je o zawrót głowy i epitety „bleeeee”.

A’ propos kolacji, to u nas dzisiaj królują jajka w majonezie. Zapraszam 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przełom w budzeniu rodziców

Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale dzisiaj rano nastąpił nieoczekiwany  przełom w budzeniu. Może to była jednorazowa chwila słabości. Ale rano nie zostałam wyrwana ze zgrozą, z krzykiem ogłuszającym najtwardszego śpiocha z objęć Morfeusza.

Moja malutka pociecha, mój malutki wampirek przyszedł rano do łóżka i położył się obok mnie. Oczywiście wszystko musiało odbyć się na jego warunkach, tzn. nie mogłam się do niego odwrócić twarzą, skutecznie się przed tym bronił, a i ja nie nalegałam, leżąc jak w transie, żeby tylko nie zmienił zdania. Żebym mogła podelektować się tą rozkoszną kuleczką i ciepłą kołderką.

To było naprawdę miłe i takie nowe, mam nadzieję, że na stałe wejdzie już do kalendarza imprez domowych. Znów mogłam poczuć obok małą istotkę, z włochatą główką przytulającą się do maminego policzka i co najważniejsze nie zajmującej połowy łózka, jak to jest w przypadku starszego syna.

A swoją drogą ciekawe, czym było podyktowane. Rozwodzę się nad tym tematem, bo przez rok miałam hard-kor w budzeniu. Może to jest nagroda za to wstawanie bez narzekań, systematycznie, day by day, bez marudzenia, pokornie, wykonując swoją misję: kochając dziecko najmocniej i okazując mu to na każdym kroku. To procentuje.

Krzepiące i schlebiające  jest dopisywanie takiej filozofii, wiem, wiem. Po prostu dzisiaj nie śniły mu się koszmary, no i  pewnie warunki meteorologiczne były bardziej sprzyjające niż wczoraj.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Długi, jesienny tydzień

Właśnie trwa jeden z tych najfajniejszych tygodni, kiedy jesteśmy całą rodziną w domu. Nikt nie idzie do szkoły, nikt nie idzie fizycznie do pracy. Możemy być razem.

Jesień ma to do siebie, że czasami jest piękna,  czasami złota, czasami potrafi mienić się cudnymi kolorami. Ale przychodzi taki rok jak ten i jesień robi nam psikusa. Jest szara, deszczowa, zimna, bywa mroźna. Wtedy atakuje mojego starszego syna i straszy go kaszlem, katarem, czasami gorączką. A jak straszy, to my wtedy pędem do lekarza.

Kiedy nie pomagają naturalne metody, lekarz to ostateczność.  Musi obejrzeć, osłuchać, zajrzeć gdzieniegdzie, postukać i wypisać receptę. Tym razem nie obyło się bez antybiotyku. A jak antybiotyk, to nie ma szkoły.

W drodze powrotnej czułam, że ze mną jest coś nie tak. Mdłości ciążowe i wymioty za mną, więc dlaczego tak mnie mdli. Czyżby kolejna jelitówka? Oszczędzę szczegółów, ponieważ nie każdy ma przyjemność z czytania o takich sprawach, ale siarczyście chlusnęłam pod drzewem. Ledwo wróciliśmy do domu i znów. To musi być jelitówka. Telefon do męża. Nie minęło kilkadziesiąt minut i mąż zjawił się do pomocy.

Chłopaki to tchórze, dlatego  kiedy w pracy  dowiedzieli się, że u nas w domu nietęgo w tych zdrowotnych sprawach, wystraszyli się (każdy ma małe dzieci) i szef kazał mu zostać w domu i pracować zdalnie. Co za radość. Cały tydzień.

Jelitówka trwała do południa, potem  jak ręką odjął. Nie wiem, co to było. Najważniejsze, że tym razem przyczyniła się do czegoś naprawdę miłego.

Wiadomo –  mąż pracuje, ale mam go pod ręką. Kiedy syn pyta, gdzie tata, odpowiadam, że w pracy, czyli w sypialni.

Dzisiaj rano mąż był zaaferowany , zamyślony – dotyczy to kupna nowego mieszkania, ale o tym następnym razem – chodził w kółko, a syn chciał uzyskać od niego odpowiedź na jakieś zadane pytanie. Chodził za nim, a tata nic. W końcu syn patrzy zatroskany na niego i pyta: tata,  a ty jesteś chory?

To mnie rozłożyło na kolejne kilkadziesiąt minut, śmiałam się do rozpuku. To jest naprawdę miły, rodzinny tydzień. Niech trwa…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Bezsenność w ciąży

Myślałam, że wyczerpałam już wszystkie zasoby ciążowych dolegliwości i objawów i że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Niestety, pojawiła się nagle,  znienacka, nieproszona, nieprzyzwoicie skuteczna w swoim natręctwie – bezsenność.

Nie ma chyba nic gorszego od bezsenności,  od niemożności zaśnięcia. Przykrywam się cudowną dłoni kołdrą i nic. Wiercę się na wszelkie możliwe strony. Dowiaduję się w międzyczasie, że mam takie rejony na ciele , o których nie miałam pojęcia. Swędzi mnie wszystko. Leżę i tracę wiarę, że kiedykolwiek zasnę. W takich momentach przypomina mi się przypadek mężczyzny, który cierpiał na jakąś tajemniczą chorobę i nie spał ponad sto dni. Niestety skończyło się to dla niego tragicznie.

Jakimś  cudem , pewnie nieświadomie, rodzina się ze mną solidaryzuje. Moje chłopaki też nie mogą spać. Starszy syn wchodzi o 2 w nocy do sypialni i stwierdza, że nie może zasnąć. W ogóle mnie to nie cieszy.  Mąż nie śpi do 4 nad ranem. Towarzyszy mi w mojej niedoli. Wiercimy się razem, chichramy, coś tam sobie obejrzymy, nerwowo zerkając na zegarek. Mam świadomość, że zaraz przybiegnie do mnie mały wampir i wygryzie mnie z tego wymoszczonego gniazda.

Pewnie w takim stanie trwałabym jeszcze ze sto lat, gdyby nie pamięć o generałowej Zajączkowej, żonie generała Józefa Zajączka, królowej śniegu – jak  nazywali ją  jej współcześni. Mówi się, że była prekursorką krioterapii, ponieważ całe życie, o każdej porze roku spała przy otwartym oknie, obłożona lodem, zmieniając pościel na zimną kilka razy w nocy. Dzieci nie miała, więc miała czas, żeby tak intensywnie dbać o siebie. Podobno w wieku osiemdziesięciu lat wyglądała na pięćdziesiąt. Była po prostu nieskazitelna, mój niedościgniony wzór, do tej pory.

Ja też byłam zwolenniczką spania przy otwartym oknie, ale w teorii. Niestety. Moja polonistka, wchodząc po dzwonku do klasy, zwykła mawiać: otworzyć okna – lepszy zdrowy chłodek niż ciepły smrodek. No, wstyd się przyznać, ale byłam innego zdania. Dopiero pamięć o generałowej Zajączkowej mogła mnie wybudzić z tego cieplarnianego letargu i duszności w ciąży.

Otworzyłam okno i doznałam olśnienia. Zasnęłam otulona podmuchem wiatru. Na drugi dzień podobnie, na trzeci też. Eureka. Znalazłam sposób na moją bezsenność. Teraz nie wyobrażam sobie zasypiania w dusznym pokoju, nie ma takiej opcji, dzięki tym podmuchom, mogę swobodnie oddychać, oczy same się zamykają.

Pomijam fakt, że dzisiaj byłam u lekarza z lekkim katarem, ale nawet to nie jest w stanie odstraszyć mnie przed otwarciem okna.  Nie marznę, zasypiam. Czego chcieć więcej. Pewnie to ta ciąża tak na mnie działa; ale póki działa, korzystam.

Wszystkim cierpiącym na bezsenność polecam zdrowy chłodek niż ciepły smrodek.

Pozdrawiam …, hmmm, ciepło 🙂

 

Moje drugie urodziny

Tak się złożyło, że moje dziecko urodziło się 1 listopada i właśnie dzisiaj obchodzi swoje drugie urodziny. Ten mały aniołek jest z nami już dwa lata. Dwa lata ogromnej radości, miłości, bałaganu, chaosu. Rodzinny tygiel emocji, uczuć, słów, kolorów.

To pierwsze ząbki, pierwsze słowa. Zęby pojawiły się nagle i bezobjawowo. Prawie wszystkie naraz. Któregoś dnia mój synek otworzył buzię i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam cały garnitur zębów, jak u rekina. Dwa rzędy za jednym zamachem. Zęby  zdolne do zgryzienia najtwardszego plastiku, nie bułki z masłem, nie marchewki, a plastikowych elementów. Zęby jak imadło; wkładasz do środka palec i wyjmujesz  w zmienionej formie, podziurkowanej. Patyczek u lekarza – nie ma problemu, trzask – słychać dźwięk łamiącego się drewienka.

Zrobić ze strzykawki płaską łyżeczkę – już się robi.

Jeśli chodzi o pierwsze słowa, to cieszymy się z dwóch opanowanych do perfekcji: „nie” i „bleeeee”, no i czekamy na więcej.

Dzisiaj moje dziecko zdmuchnęło świeczkę na torcie. Kiedy straszy brat zaczął grać na pianinku „sto lat”, a my pełnym wdzięku głosem chcieliśmy odśpiewać tą wzniosłą urodzinową pieśń, jubilat zaczął płakać, patrząc przestraszonym wzrokiem na rodziców. Kiedy się uciszyło, wrócił do konsumpcji tortu.

Za chwilę męża wezwali do komputera, dzieci się rozproszyły po pokojach, a ja zostałam w kuchni, racząc się tortem. Usłyszałam, jak obok w pokoju starszy syn składał życzenia młodszemu. Słodkie to były życzenia, takie dziecięce i mało wymagające. Życzył mu dużo słodyczy, fajnych kolegów i zdrowia. Ciepło mi się zrobiło na sercu.

Wtedy zastanowiłam się , czego ja mogłabym Tobie pożyczyć, synku?

Żebyś nigdy nie był samotny, osamotniony, sam. Żeby otaczali Cię ludzie mądrzy, ze światłem i radością bijącą z serca.

Żebyś był zawsze zadowolony i usatysfakcjonowany swoim życiem.

Życzę Tobie, żebyś w świecie pełnym chorób uniknął tych najcięższych. Żebyś umiał się podnieść  nawet z najcięższego upadku, najbardziej bolesnego kryzysu.

A sobie życzę żebyś zawsze znalazł drogę do domu, żebyś chciał do niego wracać. Umiał wybaczać i kochać.

Chcę mieć zawsze czas dla Ciebie, chociaż miłość i bycie tu i teraz  jest tak wymagające i czasochłonne. Nie chcę zobojętnieć, nie chcę wyczerpać zasobów tej przysłowiowej studni pełnej uczuć. Nie mogę doprowadzić do jej pustki, chcę zawsze zapełniać ją sobą, tobą, codziennością, oddaniem.

Chciałabym mieć przed sobą dużo czasu, żeby Cię tego wszystkiego nauczyć i cieszyć się Tobą na zawsze.

Pozdrawiam ciepło i refleksyjnie 🙂