Chłopaki razem w pokoju

Dzisiaj mieliśmy domową przeprowadzkę. Małą, lokalną, z pokoju do pokoju. Wymuszoną przez starszego syna, który nie chciał spać sam w pokoju. Zazwyczaj jest tak, że to starszyzna ucieka przed młodszymi osobnikami. Sama pamiętam, jak uciekałyśmy z kuzynką przed jej młodszymi braćmi, zamykając się w pokoju. Później musiałyśmy to odpokutować, wychodząc z młokosami na spacer. Ale czasy się zmieniły, a może to specyfika naszej rodziny. Wszyscy chcą być blisko siebie.

Cieszy mnie ta braterska więź. Na dzień dzisiejszy mocna, pełna śmiechu, radości, przytulania, bycia razem. Chociaż nie brakuje momentów dramatycznych, jak ten, kiedy syn wykończony bieganiem i łapaniem młodszego brata, a potem łapaniem pomidorów wyrzucanych ze sklepowej skrzynki z szybkością światła, krzyczał ze łzami w oczach, że nie chce trzeciego dziecka, bo będzie musiał się też nim opiekować. Na szczęście takie momenty zdarzają się dość rzadko.

Dzisiaj wreszcie doczekał się tej wiekopomnej chwili, kiedy mąż zamienił łóżeczko na ksylofon. Łóżeczko powędrowało do jego pokoju , a ksylofon (takie ogromne cymbały na stelażu ) do sypialni rodziców. Nie będę musiał grać,  nie będę musiał grać – rozpierała go dziecięca radość podyktowana tylko jemu wiadomą  logiką.

Smutno mi się zrobiło na widok instrumentu. Moje malutkie dziecko tak szybko wyfrunęło ze swojego ciepłego gniazdka. Czyją główkę będę głaskać, czyje stópki całować. Odpowiedź nasuwa się sama. Męża?

Przy życiu podtrzymywała mnie myśl, że niespełna dwuletni synek uwielbia ładować się na materac brata i nie raz już na nim zasypiał, więc może nie będzie tak źle. A poza tym w styczniu łóżeczko wróci na stare śmieci, bo pojawi się malutka perełka, malutki diamencik, który będzie potrzebował bliskości rodziców, pewnie do czasu…

Żeby nie popaść w smutek i melancholię przygotowałam sobie coś na otarcie łez. Pożegnalną kolację dla samej siebie, ponieważ nikt z domowników nie przepada za tym smarowidłem. Masełko z makreli. Po prostu pysznota –  jak mawiała moja sekretarka ze szkoły ( lubię mówić moja sekretarka, niech sobie każdy myśli, że miałam osobistą sekretarkę).

Mądrzy ludzie mówią, żeby jeść ryby, właściwie każą, więc ja jako posłuszny obywatel słucham się i wypełniam ich rozkazy.

Obrałam ze skóry i ości całą wędzoną makrelę. Podziabałam widelcem, dodałam sok z połowy cytryny, łyżkę majonezu, łyżkę musztardy, łyżkę jogurtu z mleka owczego (teraz używam tylko takiego), malutki słoiczek przecieru pomidorowego, sól i pieprz do smaku. Wymieszałam, wybełtałam i zjadłam z waflami ryżowymi. Mniam, mniam.

 

 

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

Czarny biały bez

Właśnie pojawiły się owoce czarnego bzu na rozłożystych krzakach. Małe, czarnofioletowe kuleczki o charakterystycznym, nieprzyjemnym smaku. Nie są to pyszne jagódki jedzone prosto z krzaczka. Ale za to pełne zdrowotnych dobroci: bardzo dużo witaminy C, A, wapń, potas, glin, sód, żelazo, można tak wymieniać bez końca. Ważne jest to, że mają właściwości napotne, przeciwbólowe, przeczyszczające i moczopędne.

Do czarnego bzu jakoś nie mogłam się przekonać, pomimo że słyszałam zewsząd, jakie ma wspaniałe właściwości. Nagabywała mnie teściowa, ale ja się uparłam i nic i nikt nie mógł zmienić moich przyzwyczajeń. W wyborze ziół mających właściwości lecznicze kieruję się tylko sobie znaną logiką. Nie wiem, na czym polega ta logika u osoby kompletnie nielogicznej. A może to intuicja. W naszym domu jedyną ziołową leczniczą herbatą był gojnik, o którym pisałam nie raz. A z którym byłam na tyle mocno związana, że nie bardzo chciałam wprowadzać nowości.

Poza tym czas. Im więcej ziół i specyfików, tym więcej potrzebuję czasu na ich przygotowywanie. Musiałabym cały dzień pilnować godzin podawania różnych herbatek. Moi chłopcy by tego nie znieśli. No chyba, że byłaby to coca-cola.

Mój mąż nie dawał za wygraną i pomimo moich sprzeciwów i niczym nie uzasadnionej niechęci suszył kwiaty czarnego bzu, ogromne baldachy o okropnym, ostrym zapachu. U nas na wichurze pełno jest tych krzaków, szkoda  byłoby nie skorzystać z takich dobrodziejstw natury.

No i przyszła kryska na Matyska. Kiedy zachorowało moje dziecko, pojawiła się gorączka, kaszel, katar, przekonałam się do herbaty z suszonych kwiatów i aplikowałam synowi co kilka godzin przez dwa dni wywar z tychże kwiatów.

Dosładzałam miodem, dodawałam cytryny dla zamaskowania niezbyt ciekawego smaku. Ale w chorobie, w tej malignie nie było jakieś sprzeciwu i syn posłusznie wypijał szklankę za szklanką.

Muszę powiedzieć, że te wszystkie sterole, garbniki, olejki eteryczne, minerały, witaminy – cała ta kompozycja składników spowodowała, że syn solidnie się wypocił, gorączka minęła po dwóch dniach i obyło się bez lekarza i mocniejszych leków. Oczywiście trzeba działać od razu, jak tylko pojawiają się pierwsze objawy chorobowe.

W tym roku już nie protestowałam, kiedy mój mąż zbierał kwiaty, żeby je zasuszyć. Poddałam się i przestałam kwestionować ich dobroczynne właściwości.

Pozdrawiam ciepło, jeszcze wakacyjnie 🙂

 

Wolontariat ciążowy

Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby  ciąża była  zaliczana jako jednostka chorobowa podlegająca bezsprzecznie L4. Dodatkowo podlegająca zwolnieniu matki od obowiązków rodzicielskich i domowych w trakcie jej trwania.

Pomyślałam sobie niedawno, że przydałby mi  się wolontariat ciążowy.

Ktoś wymyślił instytucję douli. Kobiety, która wspiera ciężarną podczas ciąży, porodu, połogu. Daje jej emocjonalne wsparcie, służy swoją wiedzą , doświadczeniem. Jest dla niej psychicznym oparciem. Na kontrze wsparcia psychicznego przydałoby się wsparcie fizyczne.

Ja psychicznie jestem naładowana ze wszystkich czterech stron, z każdej otacza mnie inny rodzaj wsparcia, z każdej czerpię inną energię. Każda daje mi inne poczucie bezpieczeństwa. To są cztery światy, które współgrają ze sobą; współpracują na moje dobre samopoczucie.

Na tym polu mogę dzielić się dobrymi emocjami z każdym, kto znalazł się na emocjonalnej pustyni.

Niestety na innych już coś tam szwankuje. Coś niedomaga. Coś zgrzyta. Tu bałagan. Tu brudne naczynia. Tu dziecko kwiczy, że na spacer. Tu kwiczy, że chce lizaka. Kolejna zmiana pieluchy. Kolejne gimnastykowanie się i maraton po pokojach w celu złapania uciekającego dwulatka. To jedyna sytuacja, kiedy marzę o kawalerce.

A gdzie czas na regenerację? A może jakaś mała drzemka między tymi czynnościami?

I tu dziarsko wkracza wolontariat ciążowy.

Wysoce wyspecjalizowany zespół, drużyna A. Młodzi, silni, chętni do roboty, chętni do pomocy, chętni – z uśmiechem na twarzy, bez grymaszenia. Chcący umilić życie ciężarnym, zmęczonym, toczącym się przez każdy dzień kobietom.

Nadzieja wszystkich umęczonych mam borykających się z problemami dnia codziennego. Oczekujących na potomka. Niech to oczekiwanie nie będzie dla nich balastem, trudem. Niech będzie cudowną lekkością bytu, wisienką na torcie. Niech ta słodka pozostałość po pamiętnej nocy dojrzewa w sile i mocy.

Drużyno A – przybywaj!

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Lody dobre na przebarwienia

Ostatnio czytałam na jednym z  plotkarskich  portali, że Marta Kaczyńska robiła zakupy w Ikei. Nie to było jednak  najważniejsze, istotna była informacja, że jej twarz pokrywały plamy i przebarwienia. Najbardziej rozśmieszyła mnie troska, z jaką autor podchodził do problemu. Marto, musisz używać kremów z filtrem; bardzo martwimy się o twoją skórę.

Twarz pełna przebarwień. Trudno uchronić twarz przed słońcem, tym bardziej, kiedy mieszka się nad morzem. Kremy z filtrem nie są tak skuteczne, jak zapewnia producent. Jeżeli ktoś ma tendencje do nadprodukcji melaniny, nic nie pomoże.

Wiem coś na ten temat, bo sama borykam się z tym problemem. Po drugiej ciąży miałam całe policzki w plamach. Trochę zeszło. Ale wystarczy kilka promieni słonecznych, żebym znów wyglądała jak nakropkowana panienka. Unikam słońca jak diabeł święconej wody. Nie wystawiam twarzy do tego cudownego, relaksującego źródła ciepła, co zresztą zawsze lubiłam. Nie ma to jak w ciepłe, letnie popołudnie, leżąc na leżaku, ogrzewać twarz promieniami zachodzącego słońca. Teraz, patrząc w niebo, wyobrażam sobie, jak namnażają się na mojej skórze te koszmarne kropy.

Teraz to już w ogóle jestem napiętnowana. Nie dosyć, że nie zdążyły mi zniknąć przebarwienia po drugiej ciąży, już zaczynają pracować na trzecią.

Stwierdziłam, że na razie nie mam na to żadnego wpływu, i z bólem serca  muszę je zaakceptować. Muszę  przeboleć ten  czas do końca rozwiązania.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła na nie jakiejś skutecznej broni, sposobu na uśpienie własnej  czujności, sposobu na wyłączenie myślenia o nich.

Znalazłam. Kawa z lodami waniliowymi. Cudowne lekarstwo, które należy aplikować dwa razy dziennie, nietyjącym polecam nawet  trzy razy dziennie.

Zaparzam kawę w kawiarce (najlepsza przygotowana pod ciśnieniem). Trzy czwarte powierzchni szklanki lub średniej filiżanki zapełniam lodami waniliowymi lub śmietankowymi. Najlepiej dobrej jakości, bez tłuszczu palmowego. Mniejsze będą wyrzuty sumienia, przynajmniej u mnie to działa.

Całość zalewam pyszną kawą. Nie wyjadam od razu loda, jak to robi mój mąż, ponieważ kawa jest gorzka i mało dopełniona jego waniliową słodyczą . Czekam cierpliwie aż lód się rozpuści, a na wierzchu powstanie kremowa pianka. Wyjadam piankę, a na koniec dopijam kawę, delektując się jej smakiem i aromatem do czasu, kiedy tupot  bosych stóp wybudzi mnie z tego odprężającego stanu relaksu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Zawieszeni na wichurze

 

Wichura pochłonęła nas bez reszty. Wyrwała z betonowej klatki, otuliła zielenią, słońcem i wiatrem. Ale też zablokowała dostęp do świata, odcięła nas od spraw doczesnych.

Sprawy doczesne – pilot od telewizora i internet. Pilot nie działał. Trzeba było znaleźć winnego. W trakcie  śledztwa przeprowadzonego przez mojego męża wyszło, że pilotem bawił się najmłodszy w rodzinie. I chociaż przekonywałam go , że synek nawet go nie tknął i że błąd tkwi w sprzęcie, ten upierał się przy swoim. Oczami wyobraźni widział, jak zjada baterie, a najlepiej całego pilota.  Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mąż zabrał z domu nie tego pilota, co trzeba. Tajemnica Poliszynela została rozwikłana.

Dzięki temu nie wiedziałam, jaki mamy dzień tygodnia. Nie wiedziałam, czy świat funkcjonuje, jak należy. Wyjmowałam z lodówki poszczególne produkty, patrzyłam uważnie na datę ważności , zerkałam na czarny ekran telefonu, który rozładował się z naszym przyjazdem na wichurę, i myślałam po raz kolejny ” może się uda”. Na szczęście nie otrułam żadnego z członków rodziny. Chłopaki mają się dobrze.

Wichura tak mnie pochłonęła, że umknęły mi badania prenatalne. Tak naprawdę ograniczono ich ilość i na NFZ już się nie załapałam. Następny termin we wrześniu.  Proszę poszukać innej przychodni albo wykonać je prywatnie – głos pani w telefonie był bardzo uprzejmy.

Zbuntowałam się, poczułam niemoc i złość na cały ten system. Odezwała się we mnie ludzka niezgoda na to, co politycy wyprawiają kosztem kobiet. Do lekarzy chodzę prywatnie, dzieci również. Badania na koszt własny ( badamy się systematycznie, więc uzbiera się niemała sumka), więc może tym razem nie powinno być problemu z badaniami, które należą się każdej kobiecie po czterdziestce. Obligatoryjnie.

No i przeleciała koło nosa.

Na szczęście jestem osobą wierzącą i wierzę, że siłą sprawczą w moim życiu jest Bóg, więc  pomyślałam sobie w duchu, że jeżeli On nie postawił na mojej drodze przychodni, lekarza, nie zaciągnął mnie tam za uszy, to tak właśnie ma być i muszę Mu zaufać. To mnie uspokoiło.

Nie miałam w sobie na tyle determinacji, żeby tę sprawę doprowadzić do końca, ale mam w sobie ufność dziecka, które wierzy, że jego Ojciec go nie skrzywdzi i otuli go rodzicielską opieką.

Wczorajsze badanie piętnastotygodniowego dzidziusia potwierdziło, że rozwija się prawidłowo. Brzuszek, główka, wymiary kości- wszystko w normie. Wiadomo, że takie badanie nie określi nieprawidłowości w budowie genotypu, ale to nie zmąci mojej radości związanej z oczekiwaniem na dzidziusia i zaczęcia kolejnego rozdziału w życiu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Kupowanie prezentu

Zastanawiałam się, czy jest coś gorszego od upałów, jakie nawiedziły ostatnio Wrocław? Tak, kupowanie prezentu urodzinowego w czasie takiego okropnego upału.

O urodzinach wiedzieliśmy z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, ale jak to bywa w naszej rodzinie, wszystkie decyzje i działania podejmowane są  na ostatnią chwilę. Ostatnia chwila  wypadła we wtorek, urodziny miały być w środę.

Wyjechaliśmy około 19.00, idealna pora na chodzenie po sklepach. Odwiedziliśmy kilka, ale prezentu ani widu ani słychu. Umieraliśmy z głodu wykończeni upałem. Na szczęście głos z głośnika kazał nam opuścić sklep z powodu zamknięcia. I to było wybawienie. Do domu wróciliśmy z pustymi rękoma.

Najgorsze przed mężem. W środę rano wyruszył na poszukiwania. Na szczęście przed samymi urodzinami wrócił z zakupionym pistoletem. Wiadomo, chłopaki.

Ale coś fajnego wydarzyło się w sklepie. Byłam dumna z mojego starszego syna.

Staliśmy w kolejce do kas samoobsługowych. Prezentu nie kupiliśmy, ale milion niepotrzebnych rzeczy już tak. Młodszy syn wyrywał się z uścisku, dręczył swojego tatę, aż w końcu wywalczył pozycję bardziej stacjonarną. Upatrzył sobie torbę mąki, którą pewien klient zdążył skasować   i odstawić na półkę z produktami  gotowymi do zapakowania.

Podbiegł do torebki, złapał ją i chwilę pomęczył, zanim mąż zdołał go od niej odciągnąć. W trakcie pakowania mąka zaczęła się delikatnie sypać. Rzekomy mężczyzna podniósł ją do góry i zobaczył małą dziurę, z której się sypała.

Pierwsze co zrobił, to uderzył z pretensjami do męża, jak pilnuje dziecko i jak mały smyk mógł zrobić dziurę w mące. Już chciałam biec po następną, żeby mieć spokój z kłopotliwym klientem, kiedy odezwał się mój starszy syn. Spokojnie, z pełną asertywnością: proszę pana, tego nie zrobił mój brat, pan już miał wysypaną mąkę na wadze, wziął pan torebkę z dziurą.

Jaka byłam szczęśliwa, jaka dumna z mojego syna. Moje ukochane dziecko, co do którego lojalności nigdy nie miałam wątpliwości , po raz kolejny pokazał, co jest dla niego najważniejsze. Lojalność i prawda. Zrobił to z taką gracją, spokojem, że mężczyzna już nic nie powiedział, szybko spakował mąkę i odszedł. Ja oczywiście wtrąciłam swoje trzy grosze, że w tak krótkim czasie, dziecko nie byłoby w stanie zrobić dziury i  to na dnie torebki.

Pochwałom nie było końca. W cudowny sposób ten incydent odciągnął naszą uwagę od fiaska związanego z zakupem prezentu.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Niekończący się dzień

Moja babcia nie lubiła lata. Kojarzyło się jej z długim , niekończącym się dniem. Z robieniem przetworów, obróbką warzyw i owoców;  i jasnością, która nie pozwalała zasnąć.

Wolała zimę. Krótkie, ciemne dni. Szybkie powroty z pracy do domu. Można było pospiesznie położyć się spać, i obowiązków jakby mniej.

Coś chyba przeszło z babci na mnie.  Nie żebym nie lubiła lata. Kocham ciepło i słońce. A wakacje są moją ulubioną porą roku.  Ale odnoszę wrażenie, jakby dzień miał nigdy się nie skończyć.

Zaczyna się bardzo wcześnie. I nie ma żadnego znaczenia , że dziecko zasypia po 22.00. Rano słyszę „bęc” z łóżeczka i poszukiwanie najpierw kubeczka z wodą, następnie butelki z mlekiem. Kiedy poszukiwania kończą się fiaskiem, rozlega się dramatyczny płacz. W ten sposób zostaję wywołana do kuchni. Jakbym w jakiś cudowny sposób  zdążyła zapomnieć, że mam  obowiązki, dziecko zawsze przypomni.

Pozostałe borsuki dochodzą do nas i tak pomału zapełniamy te przysłowiowe cztery ściany.

A potem to już proza życia. Rzeczywistość wszystkich pozostających w domu mam. Na domowym etacie. Nic ciekawego. Ot takie tam zwyczajne zajęcia. Dużo zajęć. Może nie są to spotkania biznesowe, ale kawę zawsze można wypić.

Z utęsknieniem czekam na wieczór. A on nie nadchodzi. Dzień trwa w nieskończoność. Dziecko nie zasypia, drugie do nocy na podwórku. Kuchnia ciągle otwarta, ciągle na najwyższych obrotach, bo to przecież ciągle głodne.

I tym sposobem robi się godzina pierwsza w nocy. A tu jeszcze trzeba spokojnie zasnąć, kiedy w domu 30 stopni. A jak tu zasnąć, kiedy straszy syn pojawia się i znika jak zjawa w sypialni rodziców i miauczy, że nie może spać. Zmusza matkę, żeby poszła go utulić do snu. A ja? Kto mnie utuli?

Wreszcie zasypiam, kręcąc się z boku na bok. Może o drugiej? I mam te parę godzin na sen. Płytki i przerywany. Ale na bezrybiu i rak ryba.

A rano o  szóstej zero, zero zaczynam dzień… ciepły, letni, słoneczny; mamooo, głodny…

Pozdrawiam ciepło 🙂

Zapiekanka z bakłażana i pomidorów

Bardzo chciałabym napisać, że po raz pierwszy zapiekankę z bakłażana i pomidorów jadłam na greckiej wyspie Mykonos albo na Santorini , siedząc z mężem w tawernie, skąpani w blasku zachodzącego słońca. Zanurzeni w bieli i błękicie tamtejszych domków.

Albo w Prowansji, otuleni fioletem lawendy i ich pięknym zapachem. W idyllicznej krainie pełnej kolorów, ciepła i słońca.

Prawda jest zawsze bardzo przyziemna i nie ma nic wspólnego z powyższym romantyzmem. Zapiekankę przygotowała moja siostra dawno temu, kiedy jej synek miał roczek. Teraz zaczyna studia, duży chłopak.

Przyjechałam do niej z odsieczą. Jako młodsza, studiująca siostra miałam sporo czasu, żeby pomóc jej ogarnąć to całe zamieszanie związane z pojawieniem się dziecka. Siostra ledwo co skończyła studia, pracowała.  Po pracy zajmowała się synkiem, a jej mąż ciężko pracował na ich nowy dom.

Było już późno, jakoś uporałyśmy się z pełnym życia i energii małym bobasem. Postanowiłyśmy przygotować sobie coś pysznego. Ja nie znałam tego przepisu, więc się tylko przyglądałam. Gotowe danie jadłyśmy prosto z żeliwnej patelni. Było naprawdę pyszne.

Długie lata nie szykowałam bakłażana. Chyba o nim zapomniałam, a może w sklepach było ich jak na lekarstwo. Od dłuższego czasu często gości na moim stole. Czasami w wersji wegetariańskiej, czasami z boczkiem i mozzarellą.

Do przygotowania potrzebny jest jeden bakłażan, dwa pomidory, plasterki boczku, 2 jajka, mozzarella. Akuratna porcja dla dwóch osób.

Bakłażana kroję w plastry i griluję na patelni na złoty kolor. Taki jest najsmaczniejszy. Musi być przypieczony. Do formy wkładam bakłażana, na niego pokrojonego pomidora, potem warstwę  boczku, na boczek pokrojoną mozzarellę i zalewam to masą jajeczno- mleczną. Boczek można wcześniej przysmażyć. Oczywiście solę, pieprzę, a na pomidory sypię oregano

Tak przygotowaną formę wkładam do nagrzanego piekarnika i zapiekam około 30 minut, aż wszystko zaczyna bulgotać.

Na koniec niech trochę ostygnie. I można się zajadać ze smakiem.

Życzę smacznego 🙂

 

 

 

 

 

 

Długie włosy u chłopca

Ostatnio zdarzyło mi się spotykać dziewczynę, której synek miał długie włosy. Śliczny kilkulatek, którego inni mylili z dziewczynką. W rozmowie stwierdziła, ze najprawdopodobniej je zetnie, bo już ma dość tych ciągłych uwag.  Dostała ode mnie i innych mam  wsparcie,  więc mam nadzieję, że tego nie zrobi.

Ten incydent  przypomniał mi nie tak odległe czasy, kiedy moje dziecko miało długie włosy i było nagminnie mylone z dziewczynką. Nawet zimą, kiedy miało czapkę na głowie. Jakoś mi to szczególnie nie przeszkadzało, mój syn też nie cierpiał z tego powodu. Nawet polubił swoje długie włosy i nie chciał chodzić do fryzjera.

Nigdy nie zastanawiałam się, jaką długość będzie nosił mój syn. Włosy rosły swoim tempem, grzywka systematycznie była przycinana, on nie narzekał, nie upominał się o ich ścięcie, więc ja miałam jeden problem z głowy. Gdyby tylko pojawił się sygnał z jego strony, że obcinamy, nie zawahałabym się ani minuty, nożyczki poszłyby w ruch bez dwóch zdań.

Zresztą długie włosy u mężczyzn zawsze mi się podobały. A kiedy rosły mojemu synowi i robiły się coraz dłuższe, coraz gęstsze i ciemniejsze, to szkoda mi było się ich pozbywać.

Nie uniknęliśmy komentarzy typu: po co mu długie włosy, lepiej je obciąć. Mój syn był na tyle wzmocniony, na tyle akceptowany, że się tym nie przejmował. Z góry było wiadomo i to powtarzałam, żeby uzmysłowić mu, że długie włosy nie są jedynie synonimem kobiecości, że wszelkie akcesoria typu spinki, kitki, opaski są zabronione. Nigdy nie miał ich związanych.

Nie uległam presji ratownika na basenie, który wypominał mojemu synowi długie włosy, naśmiewał się,  żartował, że jest babą i kazał je wiązać, a najlepiej obciąć. Kiedy rozmowy z nim nie przyniosły skutku, wręczyłam mu zwolnienie z basenu na następne pół roku i mieliśmy spokój. Taki człowiek traktujący dzieci przedmiotowo nie powinien mieć z nimi do czynienia. Kiedy narzekał, że włosy mu wystają, że mu przeszkadzają, zapytałam grzecznie: przeszkadzają panu, czy synowi?  A czy pan pokazał , jak prawidłowo założyć czepek i schować włosy? Nie. No właśnie.

Włosy obcięłabym tylko wtedy, kiedy zagrażałaby jego życiu bądź sam by tego bardzo chciał.

Nie uległam presji, kiedy chórzystka chciała związać synowi włosy w kitkę, bo jej nie pasował do ogółu na występie. Burzył jej porządek w pierwszym rzędzie, jej wysublimowaną symetrię. Był niepasującym klockiem w tak pięknej układance.  Najlepiej ustawić wszystkich ciętych z metra niczym się nie wyróżniających. I znów kłania się problem z tolerancją inności.

Dzięki temu, że nie ulegałam presji otoczenia, walczyłam o swoje racje, syn też potrafi postawić na swoim, nie obawia się opinii innych. Jest silny. Nie zmienia zdania w zależności od kierunku wiatru.

Do tej pory śmiejemy się, jak kierowca w autobusie sprzedający nam bilet, zapytał, a córeczka ile ma lat?

Ale jak to zwykle bywa  w życiu, przyszedł kres na te piękne, długie włosy. Znalazły się dzieci, które bardziej potrzebowały tego atrybutu niż mój syn, któremu za kilkanaście miesięcy  i tak odrosną. I tak zimą  poszły do bardziej potrzebujących.

Teraz historia zatoczyła koło, bo mój młodszy synek jest mylony z dziewczynką. Małe chłopaki uciekają przed nim i wołają: z nią się nie bawimy, uciekaj dziewczynko. A mój niczego nieświadomy syn goni ich z uśmiechem od ucha od ucha, myśląc, jaka to fajna zabawa. I niech tak na razie pozostanie.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Wizyta na komisariacie

Ostatni raz na komisariacie policji byłam osiem lat temu. Trafiłam tam z powodu   zboczeńca, który klepnął mnie w tyłek w kościele. Koszmarna rzecz. Nikomu tego nie życzę. Najpierw struchlałam, opryskliwie zapytałam, co robi i wybiegłam z kościoła z krzykiem, że facet maca mnie po pupie. Mąż akurat spacerował z dwuletnim wtedy synkiem przed kościołem. Nie wiedział, co się dzieje, podbiegł do niego w te pędy, ale jak zobaczyłam nad nim dwumetrowego, nasterydowanego osiłka z obłędem w oczach, stwierdziłam, że lepiej będzie, kiedy zawiadomimy policję.

Ja dzwoniłam bezskutecznie, a mąż go śledził. Tamten wsiadł do autobusu i odjechał. Mąż poszedł po auto i krążył po osiedlu jak satelita w poszukiwaniu delikwenta. Niestety, nie udało mu się go odnaleźć.

Postanowiliśmy, że pojedziemy na komisariat.

W drodze na policję zobaczyliśmy na przystanku siedzącą  parę. On ubrany jak kościelny  zboczeniec, ona – chyba jego dziewczyna. Zatrzymaliśmy samochód na środku ulicy, a mąż zaczął robić im zdjęcie. Dziewczyna w lekkim szoku, krzyknęła : co pan wyprawia! A mój mąż na te dictum acerbum: pani mąż maca moją żonę w kościele. Zdezorientowanych zostawiliśmy na ławce na przystanku i odjechaliśmy.

To niestety nie był on, ale był identycznie ubrany. Mój mąż w tej złości i bezsilności z poszukiwań stwierdził, że pokażemy zdjęcie mężczyzny z przystanku. Twarz ma niewyraźną, ale będą wiedzieli chociaż, jak jest ubrany.

Oczywiście w konsekwencji nie zrobiliśmy tego. Złapaliby nieodpowiedniego człowieka.

Wizyta na komisariacie nie należała do najprzyjemniejszych. Musiałam odpowiadać na szereg krępujących pytań, z ostatecznym wnioskiem, że złapanie zboczeńca graniczy z cudem i nie mam co na niego liczyć.

Tak myślałam, ale chciałam mieć czyste sumienie , że zrobiłam, co mogłam w tej sprawie.

Faceta widziałam w kościele jeszcze parę razy. Obrał sobie taką taktykę, że wyłapywał z tłumu dziewczyny i je obmacywał. Koszmarny typ, na dopalaczach i  sterydach. Strach się bać, w mózgu chyba już same prześwity.

A wczoraj odświeżyłam znajomość z komisariatem. Zostałam wezwana jako świadek zdarzenia w związku z chłopcem, którego widziałam na osiedlu bez opieki.

To spotkanie na szczęście nie było dla mnie stresogenne. Tym bardziej, że jak zwykle pojechaliśmy całą rodziną – takie są uroki mieszkania z dala od rodziny. Ale to nas jeszcze bardzie zbliża do siebie, cementuje naszą rodzinę. Więc nie ma tego złego…

Jedyne co dobre w tej całej sprawie to to, że moje małe dziecko w trakcie mojego przesłuchania mogło się wybiegać i wylatać po ogromnych korytarzach komendy. Padał deszcz, trudno byłoby utrzymać go w wózku. A tak miało  całą komendę do dyspozycji. Ot taki policyjny plac zabaw. A i policjanci okazali się całkiem mili i przystępni.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂