Mieszkanie potrzebne od zaraz

Kiedyś gwiazdka serialu „Klan” Kaja Paschalska śpiewała piosenkę „Przyjaciel potrzebny od zaraz”, a ja parafrazując słowa refrenu, zaśpiewam „mieszkanie potrzebne od zaraz”. Dodam tylko na marginesie – duże mieszkanie.

Rodzina nam się powiększyła i nadal powiększa, więc naturalną koleją rzeczy jest powiększenie mieszkania. A jak najskuteczniej powiększyć mieszkanie? Kupując nowe, większe, przestronne, słoneczne, korzystnie położone….

Ostatnio odnoszę wrażenie, jakoby nasze mieszkanie zaczęło panować nad nami, jakbyśmy stracili nad nim kontrolę. Wciąga nas  swoimi mackami i zaczyna dyktować warunki: nie sprzątaj, nie myj, nie podnoś, takie słyszę rozkazy, nie schylaj się – niech leży. Czasami ulegam i posłusznie nie podnoszę.

Czuję się zdominowana przez dysharmonię i chaos w nim panujący. Kiedy potrzebuję wyciskarki do cytryn, nie zaglądam do szuflady w kuchni, bo jestem pewna, że jej tam nie znajdę. Na szczęście ma intensywny pomarańczowy kolor, więc pamięć podpowiada mi , że ostatni raz widziałam ją na zlewie w łazience. Zgadza się, leży. Przy okazji znajduję wieczko od pojemnika na kaszę.

Kiedy szukam łyżek, zaglądam pod łóżko, tak będzie łatwiej i zaoszczędzę sobie wiele nerwów związanych z grzebaniem w pustej szufladzie.

Są chwile, kiedy nie jest to takie łatwe. Zdarza się, że butelki po mleku i kubka do wody szukam kilka dni. Wtedy kupuję zgrzewkę niekapków i mam spokój.

Odkąd zaczęłam znajdować lego duplo w zamrażarce, w garnkach i w piekarniku,  pilnuję intensywnie, żeby leżały w jednym miejscu. To uspokajacz mojego dziecka i zabawka, którą potrafi się rozkosznie bawić, układając i przekładając klocki w małych paluszkach, przestawiając zwierzątka i naśladując ich odgłosy. Więc i ja mam chwilę wytchnienia, popychając pociąg zbudowany z kolorowych elementów.

Decyzja została podjęta. Szukamy mieszkania. Może być domek. Mamy już za sobą intensywne oględziny. Niestety opisy i zdjęcia zamieszczone w internecie po konfrontacji znacznie się różnią od tych rzeczywistych. Trudno jest znaleźć idealne lokum. Po wstępnej wizytacji nasze mieszkanie, za każdym razem, wydaje mi się super przytulnym miejscem, ciepłym i klimatycznym, z dużą kuchnią i przestronnym wnętrzem, a nasz stary dom na wsi nie zawsze docenianym przeze mnie pałacem.

Może o to wszystko chodzi. Nie podejmować pochopnych decyzji. Szukajcie, a znajdziecie. Z ufnością.

Dzisiaj mamy następne umówione spotkanie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie zmiany miejsca. Musiałam mieszkać w obrębie naszego osiedla. Teraz jest mi to obojętne, z dwójką małych dzieci  moje życie kulturalne i towarzyskie poległo. Już dawno przestałam być wymagająca.  Potrzebuję tylko warzywniaka, rzeźnika, dużego sklepu, kawiarni, fryzjera, masażysty,  dentysty, szkoły, fitnessu – W POBLIŻU. To mi w zupełności wystarczy  🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

Sałatka z makaronem ryżowym i warzywami

Ubolewam nad tym, ale to nie jest mój autorski przepis. Niestety nie posiadam aż tak wysublimowanej wyobraźni kulinarnej. Moje kulinaria ograniczają się ostatnimi czasy do bigosu, zimnych nóżek (uwielbiam tą nazwę na galaretę z kurczaka) i jajek w majonezie, które mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację. Niestety, jak mam zapas (jakoś tak sprytnie mi wychodzi) to tak wygląda moje menu. Jaja nigdy mi się nie znudzą, mogę je pochłaniać w każdej odsłonie.

Ale przychodzi taki czas, że trzeba się odchamić i przygotować coś bardziej szykownego i wykwintnego, żeby odzwyczaić podniebienie od tych przaśnych dań i połechtać je czymś lekkim i ożywczym.

Kiedy mam chwilę, poszukuję przepisów w internecie na zasadzie „jak się uda i trafi, to fajnie”. I tym sposobem znalazłam przepis na sałatkę z makaronem ryżowym. Zjedliśmy ją z mężem na obiad na zimno, była pyszna. Danie trochę zmodyfikowałam, ponieważ w pierwotnej wersji było mango. U nas nikt oprócz mnie za nim nie przepada, więc znalazłam doskonały substytut w postaci ananasa.

Najpierw namoczyłam makaron, czyli zalałam go wrzątkiem. Po wyciągnięciu polecam go pokroić na krótsze niteczki. Łatwiej się je.

Następnie starłam marchewkę, kilkanaście rzodkiewek, ( nie miałam dużej rzodkwi), pokroiłam pomidora, ananasa.

Potem zielenina. Dużo zielonej pietruszki, dużo szczypiorku i dużo kolendry.

Na koniec dodałam makaron ryżowy i zalałam sosem. W sosie znalazły się: czosnek, imbir (oczywiście zbebłane), sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa z oliwek, sos sojowy. W oryginalnym przepisie był olej sezamowy, tamari i sos rybny. Nie wystarczy oliwa i cytryna, trzeba dodać trochę smaków z kuchni azjatyckiej, wtedy sałatka będzie miała wyrazisty smak. Dzięki świeżym warzywom i owocom jej smak jest orzeźwiający i unikalny. Wreszcie mogłam się poszczycić wyrafinowanym obiadem. Życzyłabym sobie więcej takich dań. Są szybkie w wykonaniu, trzeba tylko przygotować odpowiednie produkty i wyzbyć się wymówek i lenia, który u mnie coraz częściej gości.

Na szczęście ta sałatka smakowała mojemu mężowi, dzieci nie wliczam, bo one nawet na nią nie spojrzały; ale czasami bezpieczniej jest podać sprawdzony bigos i uniknąć podejrzanego wzroku i  kwaśnej miny, a potem znów siedzieć w kuchni i kombinować, wymyślać co podać ukochanym pociechom do jedzenia. Aluzja dotyczy moich dzieci, dla których wszelkie nowości przyprawiają je o zawrót głowy i epitety „bleeeee”.

A’ propos kolacji, to u nas dzisiaj królują jajka w majonezie. Zapraszam 🙂

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Przełom w budzeniu rodziców

Nie wiem dlaczego, nie wiem jak, ale dzisiaj rano nastąpił nieoczekiwany  przełom w budzeniu. Może to była jednorazowa chwila słabości. Ale rano nie zostałam wyrwana ze zgrozą, z krzykiem ogłuszającym najtwardszego śpiocha z objęć Morfeusza.

Moja malutka pociecha, mój malutki wampirek przyszedł rano do łóżka i położył się obok mnie. Oczywiście wszystko musiało odbyć się na jego warunkach, tzn. nie mogłam się do niego odwrócić twarzą, skutecznie się przed tym bronił, a i ja nie nalegałam, leżąc jak w transie, żeby tylko nie zmienił zdania. Żebym mogła podelektować się tą rozkoszną kuleczką i ciepłą kołderką.

To było naprawdę miłe i takie nowe, mam nadzieję, że na stałe wejdzie już do kalendarza imprez domowych. Znów mogłam poczuć obok małą istotkę, z włochatą główką przytulającą się do maminego policzka i co najważniejsze nie zajmującej połowy łózka, jak to jest w przypadku starszego syna.

A swoją drogą ciekawe, czym było podyktowane. Rozwodzę się nad tym tematem, bo przez rok miałam hard-kor w budzeniu. Może to jest nagroda za to wstawanie bez narzekań, systematycznie, day by day, bez marudzenia, pokornie, wykonując swoją misję: kochając dziecko najmocniej i okazując mu to na każdym kroku. To procentuje.

Krzepiące i schlebiające  jest dopisywanie takiej filozofii, wiem, wiem. Po prostu dzisiaj nie śniły mu się koszmary, no i  pewnie warunki meteorologiczne były bardziej sprzyjające niż wczoraj.

Pozdrawiam ciepło 🙂

Długi, jesienny tydzień

Właśnie trwa jeden z tych najfajniejszych tygodni, kiedy jesteśmy całą rodziną w domu. Nikt nie idzie do szkoły, nikt nie idzie fizycznie do pracy. Możemy być razem.

Jesień ma to do siebie, że czasami jest piękna,  czasami złota, czasami potrafi mienić się cudnymi kolorami. Ale przychodzi taki rok jak ten i jesień robi nam psikusa. Jest szara, deszczowa, zimna, bywa mroźna. Wtedy atakuje mojego starszego syna i straszy go kaszlem, katarem, czasami gorączką. A jak straszy, to my wtedy pędem do lekarza.

Kiedy nie pomagają naturalne metody, lekarz to ostateczność.  Musi obejrzeć, osłuchać, zajrzeć gdzieniegdzie, postukać i wypisać receptę. Tym razem nie obyło się bez antybiotyku. A jak antybiotyk, to nie ma szkoły.

W drodze powrotnej czułam, że ze mną jest coś nie tak. Mdłości ciążowe i wymioty za mną, więc dlaczego tak mnie mdli. Czyżby kolejna jelitówka? Oszczędzę szczegółów, ponieważ nie każdy ma przyjemność z czytania o takich sprawach, ale siarczyście chlusnęłam pod drzewem. Ledwo wróciliśmy do domu i znów. To musi być jelitówka. Telefon do męża. Nie minęło kilkadziesiąt minut i mąż zjawił się do pomocy.

Chłopaki to tchórze, dlatego  kiedy w pracy  dowiedzieli się, że u nas w domu nietęgo w tych zdrowotnych sprawach, wystraszyli się (każdy ma małe dzieci) i szef kazał mu zostać w domu i pracować zdalnie. Co za radość. Cały tydzień.

Jelitówka trwała do południa, potem  jak ręką odjął. Nie wiem, co to było. Najważniejsze, że tym razem przyczyniła się do czegoś naprawdę miłego.

Wiadomo –  mąż pracuje, ale mam go pod ręką. Kiedy syn pyta, gdzie tata, odpowiadam, że w pracy, czyli w sypialni.

Dzisiaj rano mąż był zaaferowany , zamyślony – dotyczy to kupna nowego mieszkania, ale o tym następnym razem – chodził w kółko, a syn chciał uzyskać od niego odpowiedź na jakieś zadane pytanie. Chodził za nim, a tata nic. W końcu syn patrzy zatroskany na niego i pyta: tata,  a ty jesteś chory?

To mnie rozłożyło na kolejne kilkadziesiąt minut, śmiałam się do rozpuku. To jest naprawdę miły, rodzinny tydzień. Niech trwa…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Bezsenność w ciąży

Myślałam, że wyczerpałam już wszystkie zasoby ciążowych dolegliwości i objawów i że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Niestety, pojawiła się nagle,  znienacka, nieproszona, nieprzyzwoicie skuteczna w swoim natręctwie – bezsenność.

Nie ma chyba nic gorszego od bezsenności,  od niemożności zaśnięcia. Przykrywam się cudowną dłoni kołdrą i nic. Wiercę się na wszelkie możliwe strony. Dowiaduję się w międzyczasie, że mam takie rejony na ciele , o których nie miałam pojęcia. Swędzi mnie wszystko. Leżę i tracę wiarę, że kiedykolwiek zasnę. W takich momentach przypomina mi się przypadek mężczyzny, który cierpiał na jakąś tajemniczą chorobę i nie spał ponad sto dni. Niestety skończyło się to dla niego tragicznie.

Jakimś  cudem , pewnie nieświadomie, rodzina się ze mną solidaryzuje. Moje chłopaki też nie mogą spać. Starszy syn wchodzi o 2 w nocy do sypialni i stwierdza, że nie może zasnąć. W ogóle mnie to nie cieszy.  Mąż nie śpi do 4 nad ranem. Towarzyszy mi w mojej niedoli. Wiercimy się razem, chichramy, coś tam sobie obejrzymy, nerwowo zerkając na zegarek. Mam świadomość, że zaraz przybiegnie do mnie mały wampir i wygryzie mnie z tego wymoszczonego gniazda.

Pewnie w takim stanie trwałabym jeszcze ze sto lat, gdyby nie pamięć o generałowej Zajączkowej, żonie generała Józefa Zajączka, królowej śniegu – jak  nazywali ją  jej współcześni. Mówi się, że była prekursorką krioterapii, ponieważ całe życie, o każdej porze roku spała przy otwartym oknie, obłożona lodem, zmieniając pościel na zimną kilka razy w nocy. Dzieci nie miała, więc miała czas, żeby tak intensywnie dbać o siebie. Podobno w wieku osiemdziesięciu lat wyglądała na pięćdziesiąt. Była po prostu nieskazitelna, mój niedościgniony wzór, do tej pory.

Ja też byłam zwolenniczką spania przy otwartym oknie, ale w teorii. Niestety. Moja polonistka, wchodząc po dzwonku do klasy, zwykła mawiać: otworzyć okna – lepszy zdrowy chłodek niż ciepły smrodek. No, wstyd się przyznać, ale byłam innego zdania. Dopiero pamięć o generałowej Zajączkowej mogła mnie wybudzić z tego cieplarnianego letargu i duszności w ciąży.

Otworzyłam okno i doznałam olśnienia. Zasnęłam otulona podmuchem wiatru. Na drugi dzień podobnie, na trzeci też. Eureka. Znalazłam sposób na moją bezsenność. Teraz nie wyobrażam sobie zasypiania w dusznym pokoju, nie ma takiej opcji, dzięki tym podmuchom, mogę swobodnie oddychać, oczy same się zamykają.

Pomijam fakt, że dzisiaj byłam u lekarza z lekkim katarem, ale nawet to nie jest w stanie odstraszyć mnie przed otwarciem okna.  Nie marznę, zasypiam. Czego chcieć więcej. Pewnie to ta ciąża tak na mnie działa; ale póki działa, korzystam.

Wszystkim cierpiącym na bezsenność polecam zdrowy chłodek niż ciepły smrodek.

Pozdrawiam …, hmmm, ciepło 🙂

 

Moje drugie urodziny

Tak się złożyło, że moje dziecko urodziło się 1 listopada i właśnie dzisiaj obchodzi swoje drugie urodziny. Ten mały aniołek jest z nami już dwa lata. Dwa lata ogromnej radości, miłości, bałaganu, chaosu. Rodzinny tygiel emocji, uczuć, słów, kolorów.

To pierwsze ząbki, pierwsze słowa. Zęby pojawiły się nagle i bezobjawowo. Prawie wszystkie naraz. Któregoś dnia mój synek otworzył buzię i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam cały garnitur zębów, jak u rekina. Dwa rzędy za jednym zamachem. Zęby  zdolne do zgryzienia najtwardszego plastiku, nie bułki z masłem, nie marchewki, a plastikowych elementów. Zęby jak imadło; wkładasz do środka palec i wyjmujesz  w zmienionej formie, podziurkowanej. Patyczek u lekarza – nie ma problemu, trzask – słychać dźwięk łamiącego się drewienka.

Zrobić ze strzykawki płaską łyżeczkę – już się robi.

Jeśli chodzi o pierwsze słowa, to cieszymy się z dwóch opanowanych do perfekcji: „nie” i „bleeeee”, no i czekamy na więcej.

Dzisiaj moje dziecko zdmuchnęło świeczkę na torcie. Kiedy straszy brat zaczął grać na pianinku „sto lat”, a my pełnym wdzięku głosem chcieliśmy odśpiewać tą wzniosłą urodzinową pieśń, jubilat zaczął płakać, patrząc przestraszonym wzrokiem na rodziców. Kiedy się uciszyło, wrócił do konsumpcji tortu.

Za chwilę męża wezwali do komputera, dzieci się rozproszyły po pokojach, a ja zostałam w kuchni, racząc się tortem. Usłyszałam, jak obok w pokoju starszy syn składał życzenia młodszemu. Słodkie to były życzenia, takie dziecięce i mało wymagające. Życzył mu dużo słodyczy, fajnych kolegów i zdrowia. Ciepło mi się zrobiło na sercu.

Wtedy zastanowiłam się , czego ja mogłabym Tobie pożyczyć, synku?

Żebyś nigdy nie był samotny, osamotniony, sam. Żeby otaczali Cię ludzie mądrzy, ze światłem i radością bijącą z serca.

Żebyś był zawsze zadowolony i usatysfakcjonowany swoim życiem.

Życzę Tobie, żebyś w świecie pełnym chorób uniknął tych najcięższych. Żebyś umiał się podnieść  nawet z najcięższego upadku, najbardziej bolesnego kryzysu.

A sobie życzę żebyś zawsze znalazł drogę do domu, żebyś chciał do niego wracać. Umiał wybaczać i kochać.

Chcę mieć zawsze czas dla Ciebie, chociaż miłość i bycie tu i teraz  jest tak wymagające i czasochłonne. Nie chcę zobojętnieć, nie chcę wyczerpać zasobów tej przysłowiowej studni pełnej uczuć. Nie mogę doprowadzić do jej pustki, chcę zawsze zapełniać ją sobą, tobą, codziennością, oddaniem.

Chciałabym mieć przed sobą dużo czasu, żeby Cię tego wszystkiego nauczyć i cieszyć się Tobą na zawsze.

Pozdrawiam ciepło i refleksyjnie 🙂

 

 

 

 

Tęsknota

Ostatnio za czymś tęsknię. Za czymś nieokreślonym. I nie wiem, czy jest to jakieś konkretne miejsce, czy jest to osoba, czy stan, w którym było mi nad wyraz dobrze i przyjemnie.

Nie jest to moment długotrwały, czasami zanim zdążę na dobre się w nim rozgościć – mija. Ale   lubię wymościć sobie w nim dogodne miejsce, wyciszyć się, zaszyć, wspomnieć , oddalić się na chwilę poza cztery ściany.

Lubię ten stan. Umiejętność wchodzenia w tęsknotę bez szwanku dla obciążenia psychiki pozwala mi na oderwanie się od codzienności. Potem znów wydobywam  się tej głębi, gramolę się na górę, by  wrócić do swoich obowiązków.

Zawsze tak mam, kiedy za oknem szaro, mgliście i deszczowo. Przywołuję wtedy słońce, letnie obrazy, wakacje, beztroskę, która towarzyszy wakacyjnym wojażom.

Staram się odnaleźć to coś, co mnie chce dogonić, ale jakoś tak nieskutecznie. Może jest to lato i czas beztroskiego pobytu nad morzem.

Może to nasza mała przystań na końcu świata, ukryta wśród zieleni i pól.

Może stan permanentnej afirmacji życia. Akceptacji wszystkiego i wszystkich. Dobrego i złego.

Wtedy chciałabym zrobić coś szalonego, ale jedyna szalona rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to podróż zatłoczonym tramwajem z dzieckiem na ręku i wózkiem do centrum. Nie ma bardziej ekstremalnej wyprawy  niż ta. Doświadczyłam tego i osobiście. Na szczęście tylko raz.

Kiedyś z koleżanką zastanawiałyśmy, dlaczego ci wszyscy ludzie nie są w pracy tylko w autobusie albo tramwaju. Ooo, ale tu już włącza mi się narzekanie…

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Wymarzony pobyt w SPA

Gdzie to było? Nie pamiętam. Jak dojechaliśmy? Nie pamiętam. Ale pachniało lasem. Pachniało igliwiem, w oddali majaczyły sylwetki grzybiarzy. Pachniało grzybami.

Byliśmy sami, bez dzieci. Sami.

W hotelu unosił  się zapach róż. Pewnie te smarowidła roznosiły taką woń. Zapach róż mieszał się z zapachem czekolady, pomarańczy, karmelu. Obezwładniająca mieszanka. Poczułam, że ślinianki zaczęły mi intensywniej pracować , tyle smakowitych zapachów i smaków. Gdyby nie fakt, że to SPA, pomyślałabym, że czeka na nas jakiś powitalny deser.

A tak, można się wysmarować czekoladą, ukradkiem ją zlizując z ciała. Można pokropić się olejkiem pomarańczowym i poczuć na sobie delikatne krople tego uzdrawiającego eliksiru.

Mogę bezkarnie leżeć na pachnącym łóżku, w czystej pościeli nie inkrustowanej okruchami z chleba i paprochami z bosych stóp moich dzieci i męża.

Mogę mieć zamknięte oczy, nie obawiając się małego podpułkownika szturchającego mnie swoją uroczą szabelką nawołującą mnie do porządku i stania na baczność. Nie muszę ich otwierać na każde zawołanie tysiąc razy dziennie. Co za rozkosz.

Mogę zapomnieć o kuchni i o gotowaniu. A tak w ogóle, to co to takiego? Nie znam.

Mogę przytulać się do męża, nie słysząc krzyku zazdrośnika. Możemy razem pójść na kawę i kolację. Pierwszy raz na naszym stoliku zabrakło okruchów i kawałków jedzenia z kolacji. Kiwi nie jest w maśle, a w herbacie nie pływają kawałki parówki. Nie do wiary, że to jest możliwe.  Na podłodze nic nie ma. A frytki? Chociaż one. Nie ma nic.

A dzieci? Z kim zostały? Sama nie wiem. Przyjechały posiłki i zajęły się  maluchami, w tym  jednym wyrośniętym. Taka informacja mi wystarczy.

Możemy spać do woli. Ojej, ktoś mnie szturcha, słyszę zatroskany głos męża: Aguniu, już siódma, śniadanie. Co!! Śniadanie serwują dopiero o 10. 00. Aaa, ja mam zrobić śniadanie. Nie, nie chcę. Nie chcę się obudzić…

 

 

 

+

Agresja w szkole

Odprowadzając dziecko do szkoły, mamy nadzieję, że będzie w niej bezpieczne, że wróci całe i zdrowe. Przecież szkoła posiada całą masę zabezpieczeń. Jest woźna w budce przy drzwiach, są blokady, są karty uniemożliwiające intruzom  wejście do niej.

Jako rodzic ucznia piątej klasy wymagam od nauczycieli, żeby pilnowali porządku w szkole. Żeby angażowali się w szkolną codzienność; żeby wypicie kawy w pokoju nauczycielskim  w czasie przerwy nie obyło się kosztem ucznia, który akurat potrzebuje atencji z jego strony i cierpliwej rozmowy.

Moim pragnieniem jest, żeby nauczyciel wykazał się wręcz nadgorliwą uważnością, bo tylko wtedy jest w stanie wyłapać anormalne zachowanie ucznia lub wręcz przeciwnie apatię, wycofanie, które mogą być spowodowane konfliktem w klasie, odsunięciem dziecka na margines przez innych kolegów.

Im więcej zaangażowania w życie klasy, tym zdrowsza będzie w niej atmosfera. Im więcej rozmów z uczniami pozbawionych krzyków i agresji, tym lepsze pokolenie ma szansę wyjść z takiej szkoły. To co dzieje się w szkole, głównie zależy od nauczycieli. Ale oni nastawieni są na  wbijanie wiedzy do głów, a mniej na funkcję wychowawczą, do której nie są przygotowani na studiach.

Oczywiście nie chodzi mi o scedowanie przez rodzica na nauczyciela  odpowiedzialności   za dziecko, ponieważ uważam, że największa robota wychowawcza należy do rodzica. Ale jeżeli rodzic jest lekko zagubiony wychowawczo, bezradny,  to nauczyciel powinien być na tyle przygotowany do pracy z uczniem, z rodzicem,  żeby ich wesprzeć, naprowadzić, pomóc, wzmocnić nadwątlony system wartości.

Co mnie skłoniło do takich refleksji? Ano piątkowy incydent w klasie mojego syna, gdzie jeden z chłopców w czasie przerwy w szatni zaatakował drugiego. Pchnął go z całej siły na ławkę. Złość spowodowana była przegraną na w-fie. Skończyło się na tym , że do szkoły przyjechała karetka i zabrała poszkodowanego ucznia do szpitala.

A tam czekała na niego bolesna operacja pod pełną narkozą, ból, stres, kroplówki, leki przeciwbólowe, niepewność, strach, długa rekonwalescencja.

Chciałabym mieć większe zaufanie do nauczycieli. Ale jak je wypracować, kiedy napotykam opór z ich strony i obojętność.

Kiedy wróciłam do pracy w szkole po dłuższej nieobecności, a tuż przed zajściem w drugą ciążę, uczniowie pytali mnie naprawdę zdziwieni; dlaczego pani jest dla nas taka miła. Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, byłam nim skrępowana i lekko zszokowana. Nie minęło kilka tygodni, a już wiedziałam, że pytanie jest jak najbardziej uzasadnione. Na szczęście zaszłam w ciążę i mogłam się z tą szkołą pożegnać. Szkoda mi było tylko moich uczniów.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

Infantylizacja języka polskiego

Z zawodu jestem nauczycielką. Polonistką. I trochę historyczką, może też histeryczką. Może nie brzmi to zbyt dumnie i nobilitująco. Może gdybym napisała, że jestem kardiochirurgiem albo  laureatką nagrody Nobla, może wtedy zdobyłabym większe uznanie. Bycie nauczycielką nie jest aż tak bardzo faworyzowane jak np. w Luksemburgu, gdzie nauczyciel zarabia 7000 euro. Marzenie.

Ale ja nie o zarobkach, ja bardziej infantylnie, mianowicie o transformacji języka w momencie, kiedy pojawiają się małe dzieci w domu.

Kiedy pojawiły się u mnie, nastąpił upadek literackiego języka polskiego, totalne uproszczenie, jeśli mogę tak powiedzieć, to uległ lekkiej degradacji, lekkiemu ułatwieniu.

Pamiętam czasy, kiedy słownik wyrazów obcych i bliskoznacznych był moim sprzymierzeńcem. Bez niego nie ruszałam się z domu, bez niego nie oglądałam telewizji, bez niego nie czytałam książek. Był zawsze w gotowości.

Uwielbiałam wyłapywać nowe, niezrozumiałe wtedy dla mnie  słowa, tłumaczyć je, zapisywać , zapamiętywać, a potem z pełną satysfakcją ich używać. Tak, znam znaczenie słowa utensylia i poczwarka. Bardziej to drugie.

Tego samodzielnego szukania i pracy nauczył mnie mój tata. Za każdym razem, kiedy pytałam go o jakieś zagadnienie, słowo, cokolwiek, zawsze odsyłał mnie do słownika bądź encyklopedii.

Owszem wiedział, ale wolał, żebym sprawdziła sama. Nie było to zamierzone pedagogiczne działanie, po prostu nie chciało mu się za bardzo gadać. Informacje wolał zachować dla siebie. Poza tym  miał lepsze zajęcie, czytanie książek.

Obecnie w naszym domu dominują wyrazy dźwiękonaśladowcze. Czas jedzenia to czas amu, amu.  Nikomu nie chce się za bardzo deliberować na nurtujące tematy, np. co dziś na kolację. Kiedy pytam męża, na jaki posiłek ma ochotę, uprzejmie odpowiada: tak.  Czytam między ubogimi wierszami, że inicjatywa przygotowania tego wspaniałego posiłku należy do mnie.

Ostatnio rozmawiałam z sąsiadką, tłumaczką angielskiego, na temat znaków zodiaku. Ja nie bardzo się znam na tych sprawach. Pytała, kiedy urodził się mój synek. I kiedy okazało si, że w listopadzie, ucieszyła się, że podobnie jak ona jest skorpionem. Zaraz sprostowała, że ten znak nie jest taki do końca przyjazny. Zaczęła szukać słowa na określenie siebie jako kobiety skorpiona. Ja jako wytrawna polonistka od razu przyszłam jej z odsieczą i rzuciłam propozycję: czyli pani jest taka be, be.

Miłe było to, że podłapała temat i poszła za moim tokiem myślenia. No właśnie, dodała, jestem czasami taka be, be.

Na szczęście z tej przepastnej otchłani wyrazów dźwiękonaśladowczych, które uwielbiam, ratuje mnie mój starszy syn. W rozmowie z nim dbam o estetykę języka, ale też pozwalamy sobie na małe grzeszki językowe. To jest nasz kod językowy. Dlatego wszystkim dziś  mówię bim bobli. Gdyby ktoś nie wiedział, co znaczą te magiczne słowa, odsyłam do słownika wyrazów obcych 🙂

 

Pozdrawiam ciepło 🙂