Doktor z alpejskiej wioski

This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported license. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Wildermieming.jpg

Niedługo wakacje; długo oczekiwane wyjazdy, urlopy. Powiew wolności, oddech po całym roku pracy.

My również szykujemy się do wyprawy. Nad morze. Najlepsze jest to, że nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, a gdzie jedziecie? Wiem, że nad morze, ale miejscowości nie pamiętam. Zostawiam to mojemu kierowcy, czyli mężowi  🙂

Wakacje nieodzownie kojarzą mi się z doktorem z alpejskiej wioski. Dawno temu był taki serial. Ciekawe, czy ktoś go w ogóle pamięta, czy ktoś go w ogóle oglądał oprócz mnie. To są moje klimaty. Byłam wierna fanką tego serialu.

Alpejska wioska była dla mnie synonimem nieosiągalnego ładu i porządku, arkadii, gdzie nie mam miejsca na waśnie, kłótnie, a ludzie są dobrzy z natury i prostolinijni. Raj nieosiągalny. Tęsknota za iluzją.

To chyba wtedy narodziła się chęć posiadania takiego miejsca, choć minimalnie zbliżonego do tamtego, alpejskiego.

Odcinki kręcone były latem. Zieleń, słońce, góry to wszystko kusiło swoją naturalnością, marzyłam, żeby tam być. Na chwilę. Mieszkańcy jeździli na zakupy do Insbrucka. Realne piękno.

I kiedy parę lat temu mój mąż zapytał, gdzie chciałabym pojechać na wakacje, bez wahania odparłam, że do doktora z alpejskiej wioski. Mój mąż znał moje pragnienia; nie były dla niego jakoś bardzo odrealnione, a że jest jeszcze cudownym człowiekiem (z kilkoma, no może z kilkunastoma wadami), nie uznał tej propozycji za fanaberie i zgodził się bezsprzecznie.

To była podróż za jeden uśmiech, bez pieniędzy, bez planu, z torbą jedzenia, masłem w słoiku. Spaliśmy, gdzie popadnie – w aucie na stacji benzynowej, w namiocie pod Pragą. To w Wiedniu postanowiłam, że już nigdy nie odezwę się do nikogo po angielsku. Ich umiejętności językowe są na najwyższym poziomie. Chodziłam z aparatem i prosiłam: excuse me, czy mogłaby nam pani zrobić zdjęcie. I na tym kończyła się moja konwersacja po angielsku.

Mój mąż zrobił mi prysznic z plastikowej butelki, dziurawiąc ją we wszystkich możliwych miejscach. Dzięki temu mogła myć głowę.

Tylko w Stuttgarcie Hindusi w McDonaldzie zrobili mi kawę i wpuścili do niej kilogram lodów z automatu. Nigdy więcej nikt nie chciał mi podać takiej kawy. Tłumaczyli się przepisami i z góry ustalonymi standardami.

Była kawa w Insbrucku, bo tylko na to było nas stać.

Czy powtórzyłabym taką podróż? Sama nie wiem. Na pewno nie z czekiem bez pokrycia.

Z wiekiem robię coraz bardziej strachliwa. Przeraża mnie nieobliczalność świata. To były piękne i beztroskie chwile. Teraz czeka na nas pokój z łazienką, wygodne łóżka. Czyli proza życia.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

Kiedy zgubi sie dziecko…

Dzisiaj znów poczułam się jak tytułowa dziewczyna z pociągu. Znów  coś słyszałam, coś widziałam…

Niektórzy pewnie pomyślą, że nic innego nie robię, tylko siedzę w oknie i obserwuję leniwe popołudnia. Co zrobić. Dzisiaj tradycyjnie w trakcie drzemki odpoczywałam sobie na kanapie przy otwartym balkonie. Dziecko spało smacznie od godziny. Nagle usłyszałam męski głos wołający dziecko. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, że był to głos osoby pijanej. Pomyślałam sobie, kto wychodzi pijany z małym dzieckiem na plac zabaw i jeszcze woła je donośnym zapitym głosem. Chcąc, nie chcąc zwlekłam się z kanapy i wyjrzałam z balkonu na rozgrywającą się dramatyczną sytuację.

Mały chłopczyk na placyku zabaw, a towarzystwo na ławce usilnie starało się doprowadzić go do siebie pijackim nawoływaniem. Chłopiec protestował, nie miał ochoty ich słuchać.

I na tym się skończyło. Towarzystwo ucichło, może się rozeszło. Mój syn się obudził i zapomniałam o całej sytuacji.

Późnym popołudniem wyszliśmy na dwór, upał  był uciążliwy. Pokręciliśmy się po naszym zielonym placu między blokami, zahaczając o napotkane piaskownice, posłuchaliśmy warkotu maszyn ubijających drogę, trochę się zakurzyliśmy i pomału wracaliśmy do domu.

Zatrzymaliśmy się jeszcze przy ogródku, w którym mój syn lubi zbierać porzeczki.  I wtedy podeszła do nas kobieta z dzieckiem, z zapytaniem, czy nie wiemy, gdzie są jego rodzice. Mały chłopczyk, lat cztery. Po ubranku poznałam, że to ten sam, który bawił się pod moim balkonem z siedzącym dalej pijanym tatusiem. Kilka godzin temu.

Kobieta była przerażona, ktoś wpuścił dziecko na klatkę schodową, ale nikt nie chciał otworzyć mu drzwi. Biedaczyna chodził od drzwi do drzwi, pukał i szukał rodziców.

Zadzwoniłam na policję, powiedziałam, co widziałam, co wiedziałam i czekaliśmy na patrol. Denerwowałam się, żeby w międzyczasie nie przyszedł pijany ojciec i nie zabrał nam dziecka. Policja przyjechała po godzinie. Widać było, że chłopczyk był przyzwyczajony do takich samotnych eskapad, ponieważ w ogóle nie płakał, nie bał się nas, grzecznie czekał   i nie odchodził, nie uciekał.

Jak to możliwe, żeby w dzisiejszych czasach zgubić dziecko? To się nie dzieje naprawdę. Obserwuję rodziców, którzy chronią swoje dzieci, nie spuszczają z nich oka. Wodzą za nimi wzrokiem, reagują na każdy sygnał pochodzący od pociech. A one w bezpiecznym kokonie robią babki piasku, poklepując je łopatką. To jest widok kojący serce. Tak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo.

Widok błąkającego się dziecka ściska serce. Czy coś pomoże mówienie źle o takich rodzicach? W czym to uchroni dziecko? Czy ukoi spłoszoną duszyczkę, czy przywróci blask zgasłym oczom, czy wynagrodzi chwile samotności i opuszczenia. Nie sądzę. Edukowanie, warsztaty, leczenie. Chyba to jedynie ma sens.

Przykre, że takie sytuacje mają miejsce. Dzieje się to kosztem tak małego dziecka, które na starcie ma do czynienia z policją i strachem.

Wieczorem miałam telefon z policji. Zadzwonili i poinformowali mnie, że znalazł się ojciec. Kompletnie pijany. Potem matka. Ojcu zostaną postawione zarzuty zaniedbania dziecka i może jeszcze inne, a ja mam wystąpić w charakterze świadka. Chociaż tyle.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

Ploty, plotki, ploteczki…

Fajnie jest czasami poplotkować i pośmiać się z sąsiadem. Często spotykamy się na boisku szkolnym, kiedy ja z moimi chłopakami realizuję jeden z punktów dnia – popołudniowy spacer z rodziną, a on podjeżdża swoim super dwókołowcem  po swoją córkę, która czeka na niego z „niecierpliwością”. Nawet nie musi go wypatrywać, słyszy  pęk kluczy na jego piersi, ma czas na ucieczkę. Można go nazwać dzwonnik vel klucznik – jak kto woli.

Dzisiaj mieliśmy używanie, ponieważ dowiedział się, że jestem w ciąży. Wiem, zanim się nie oswoję z tą myślą, wszystko oscyluje wokół ciąży, a dzisiaj wokół sypialni.

Ja zawsze twardo obstawałam przy swoim, że sypialni dzieciom nie oddam. Obserwowałam kolejno znajomych, którzy ze łzami w oczach żegnali się z jedynym synonimem intymności w malutkim mieszkaniu. Oddając do dyspozycji dzieci jeden z niewielu pokoi, oddawali cząstkę siebie; cztery ściany, w których mogli się przed nimi ukryć, zapomnieć choć na chwilę, że są rodzicami rozwścieczonej bandy.

On chciał przeforsować swoje racje, przekonując mnie że zobaczę, jak niedługo moja starsza latorośl będzie potrzebować miejsca dla siebie. A ja na to, że chyba jednak nie, bo cały czas przychodzi w nocy do naszego łóżka.

Popatrzył szerokimi oczami i zapytał: to kiedy zdążyliście zrobić trzeciego dzidziusia.

I to jest dobre pytanie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale myślę, ze dzidziuś spadł nam po prostu z nieba.

I kiedy tak wracaliśmy uprażeni popołudniowym słońcem, zerknęłam ukradkiem na jego syna, który jest dwa razy taki jak mój syn, dwa lata starszy i wyższy ode mnie, potem na swojego, który niebawem dorówna mu wzrostem; potem wzrok przesunął się na małego w wózku, który już zaczyna uzurpować sobie prawo do miejsca na łóżku i  na trzeciego, jeszcze nieobecnego ciałem, ale duchem tak, a w oddali zamajaczyło nasze małżeńskie łoże. I łezka zakręciła mi się w oku.

Kiedyś synonim luksusu, wygody i czystości. Obecnie zaczyna przypominać ring i  plac zabaw.

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Ciąża to nie choroba…

Przypomniało mi się, jak moja starsza siostra była w ciąży. Było to równo dwadzieścia lat temu, na ostatnim roku studiów.

Miewała dokuczliwe poranne mdłości, ledwo trzymała się nogach. Ja jako medyczny ekspert, myśląc, że ma jakieś niedomagania jelitowe, poleciłam jej wypicie szklanki wody z solą. Zanim zorientowała się, co jej dolega, piła przez kilka dni tę miksturę, starając się zapanować nad torsjami.

Zapewne ciekawe jest, jak starsza siostra, prawie wykształcona kobieta słuchała  młodszej,  a ściślej dała się jej omamić. Ano odpowiedź jest tylko jedna. Była w początkowej fazie ciąży , a to na pewno ją tłumaczy i wyjaśnia brak sprzeciwu. Była otumaniona.

Widzę to po sobie. Ciągle jestem jakaś nieobecna, zamyślona. Nawet starszy syn przestał mnie zadręczać  pytaniem, czy go kocham. Jeszcze niedawno słyszałam je od kilku do kilkudziesięciu razy w ciągu dnia. Stwierdził, że nic do mnie nie dociera  i dał sobie spokój. Moje dziecko mnie już nie potrzebuje.

Albo na spacerze. Słyszę zza światów, jak ktoś do mnie mówi: mamo, Ruben ma skaleczoną rękę, upadł na szkło. Owszem, widziałam, ze upadł, ale nie widziałam, że na szkło, więc nie zareagowałam. Syn w dalszym ciągu próbował mnie obudzić, mówiąc: mamo, Ruben, upadł na szkło. Tak, tak synku.

Dotarło do mnie, kiedy zobaczyłam krew na rączce. O Boże, Ruben upadł na szkło! Mamo, przecież od kilku minut staram ci się to uświadomić.

Mój strażnik Texasu: mamo, Ruben ma coś ogromnego w buziiii! Gdzie? No w buzi, chodź , szybko.  Aaaa, w buzi. Odkąd zobaczyłam, jak wkłada sobie cały smoczek do dzioba, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Najlepsze było w sobotę. Krzątam się po kuchni, do której wpada z obłędem w oczach, na granicy odwodnienia starszy syn i woła: mamo, ja już drugi dzień nie piję , bo  nie mogę znaleźć szklanki.

No tak, schowałam je przed jego młodszym bratem i zapomniałam. Muszę ukrywać szkło, bo i tak już roztrwonił całą zastawę rodową. Gdyby był dzieckiem kolekcjonerów porcelany, już dawno oddaliby go do żłobka z internatem.

Wracając do ciąży i boleści z nią związanych – tylko my, kobiety, wiemy, z czym musimy się zmierzyć. Ale znalazł się jeden śmiałek, który w swoim programie  („Kossakowski – inicjacja”) poddaje się różnym ekstremalnym eksperymentom.

W jednym z odcinków symulował poród. Został podłączony przez położne w prawdziwej szpitalnej scenerii do aparatury, która atakowała go prądami zbliżonymi do bólu porodowego. Można powiedzieć, że odczuwał skurcze. Męczył się okrutnie. W miarę postępu akcji porodowej prądy były coraz bardziej intensywne. W skali od 1 – 10 zatrzymał się na 8. Nie był w stanie już dłużej tego wytrzymać. Chyba woli tortury.

Dla mnie poród sam w sobie nie jest jakimś traumatycznym przeżyciem. Bardziej uciążliwe są przypadłości towarzyszące ciąży. U mnie z wiekiem jest chyba coraz gorzej. Ale jakoś to zniosę.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Płacz w ciąży

Ciąża to stan wyjątkowy. Wyjątkowe jest pojawienie się malutkiej fasolki i obserwowanie, jak rośnie. Pomału, w swoim niespiesznym tempie.

Ciąża to stan, w którym zachodzą zmiany hormonalne. Dla mnie to tajemnica, co konkretnie dzieje się w ciele kobiety.  Burza hormonów. A ta burza  waha się w zależności od pogody, humoru dzieci, sentymentalnych podróży w głąb siebie.

U mnie ta zmiana nastroju przejawia się ciągłą chęcią płaczu. Sprowokować mnie może przeczytany artykuł, program w telewizji, reklama mebli z Ikei. Nie jest to typowe łkanie i szlochanie, powiedziałabym, że stan przedpłaczowy, który szybko muszę unicestwić, by unikną pytań syna typu „płaczesz?”, „nie”, „znów płaczesz?”.

Kiedy urodził się mój drugi syn, a starszy sobie z nim leżał, to często mnie wołał słowami „mamo, Rubenek, ma przedpłak”, co znaczyło, że muszę szybko znaleźć się obok niego, aby  nie doprowadzić do całkowitego szlochu.

Dzisiaj to przeżywałam apogeum przedpłaczu. Chyba wpłynęła tak na mnie pogoda. Ciągłe deszcze, szaruga za oknem nie nastrajają optymistycznie i radośnie.

Zaczęło się od przeczytanego wywiadu z Agnieszką Rylik. Kiedy czytałam o jej trudnej relacji z mężem, miałam łzy w oczach. Kiedy opowiadała, że w trakcie pisania biografii płakała i wycierała co chwilę nos, nic innego nie pozostawało mi, jak solidaryzowanie się z byłą bokserką. Więc też czytałam i płakałam razem z nią.

Potem był „Masterchef junior”. Program z gotującymi dziećmi w roli głównej. Jakie one tam wyczyniały cuda. Niejeden dorosły spaliłby się ze wstydu,  przypominając sobie ostatnio ugotowany przez siebie obiad.

W takim programie też mają miejsce dramatyczne chwile, a to komuś wsypie się za dużo mąki do rondelka, a to ktoś dosypie przez przypadek cukru zamiast soli, a to komuś zabraknie czasu. W takich sytuacjach, pomimo, że dorośli zapewniają, że dla ich pociech to wspaniała zabawa, nie potrafią ukryć emocji i zdenerwowania. W takich chwilach jestem z wami, moje dzieci. Płaczę razem z wami.

Potem  prowadzący w jeszcze innym programie szykował dzieciom z Domu Dziecka plac zabaw połączony z miejscem na odpoczynek. Maluchy w euforii, opiekunki ze łzami w oczach i ja na kanapie ocierająca łzy.

Na szczęście na koniec podsunęli mi pod nos „Projekt Lady”. Na nim też płakałam, ale ze śmiechu.

Ciąża to , nie wiem, czy najpiękniejszy, ale na pewno wyjątkowy stan w życiu kobiety. Nieporównywalny z niczym innym. Czasem wkrada się smutek, czasem płacz, nie wspomnę o fizycznych dolegliwościach. Ale oczekiwanie na dziecko, myśli o dziecku, wyobrażenie dziecka, chwil , które nastąpią za parę miesięcy; pierwszy pocałunek, pierwszy dotyk, pierwsze spojrzenie – rekompensują każdą niedogodność, każdą przykrą dolegliwość. To jest dar, na który warto czekać.

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

Niespieszność Bożego Ciała

Bardzo lubię święto w środku tygodnia. Pomijając fakt, że jesteśmy całą rodziną razem, to jeszcze okala nas cisza, spokój, ludzi jakby o połowę mniej, żeby nie powiedzieć pustka. Każdy ma jakiś ciekawy pomysł na spędzenie tego dnia.

Taki czas to jedyna okazja, żeby zjeść wspólne śniadanie. Musi być świątecznie.  Wiem, że niektórym wyda się to zbyt pospolite, ale dla mnie świąteczna jest herbata z cytryną. Niby takie nic, a mi kojarzy się z wyjątkowymi chwilami.

Może dlatego, że w czasie świąt gościła w moim rodzinnym domu. Moi domownicy traktują ją jako prawdziwy rarytas, ponieważ nie pijemy słodkich herbat na co dzień . Katuję ich gojnikami, kwiatami czarnego bzu, rożeńcem górskim. To są nasze wieczorne rytuały. Dlatego od święta zawsze robię duży dzban herbaty, do tego miód i cytryna.

Dzisiaj syn zaczął śniadanie właśnie od herbaty. Pochłonął całą szklankę, mąż też poprosił o dolewkę. Niby nic, a dla nas wyjątkowość chwili. Wiadomo,  że ta niecodzienność została zmącona przez najmłodszego w rodzinie, który miał używanie ze swoją parówką i papryką. Ot dla zabawy podziabał trzepaczką i rozsypał po podłodze zanim zdążyłam zareagować.

W kościele ledwo mogłam za nim nadążyć. Rozglądałam się dyskretnie za podobną watahą, a tu posucha – wszystkie dzieci jakby się sprzysięgły przeciwko nam – grzeczne, na rękach, w wózkach. Z moim synem to nie do pomyślenia.

Po takim stresie trzeba ukoić  spięte ciało i gonitwę myśli w głowie. Kawa. W naszej osiedlowej kawiarni, w której czas zatrzymał się chyba w czasach komunistycznych, gdzie nieśmiertelna pani Helenka podaje kawę z bitą śmietaną, żywego ducha.

A do wieczora to już tylko odpoczynek. Zmącony powiewem wiatru, zapachem grilla dochodzącym z sąsiedniego balkonu, chowającym się za horyzontem słońcem  🙂

Pozdrawiam ciepło  🙂

Wystarczająco dobra mama

Dzisiaj miałam taki sen: siedzę sobie z mężczyzną w restauracji,  czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, chyba zależy nam na sobie. Spokojnie rozmawiamy, jemy krewetki. Z nami siedzi mój synek, ale  jak to zazwyczaj bywa w śnie, o nieokreślonej urodzie. Niby wszystko jest dobrze, ale  nagle z jego oczu zaczynają lecieć łzy. Nie słychać płaczu. Ale ta obfitość  łez przykuwa moją uwagę.

Powiedziałam głośno, zobacz, jak jemu jest bardzo smutno. Szybko wzięłam go na ręce i przytuliłam. Mocno, żeby nie czuł się wyobcowany. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że podziela moje szczęście, że jest mu dobrze, a okazało się , że czuł się zagrożony i nieszczęśliwy.

Często słyszę takie stwierdzenie: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Ja w tym śnie byłam bardzo szczęśliwa, moje dziecko już niekoniecznie. Moje potrzeby były zaspokojone, dziecka niekoniecznie. Na szczęście to był tylko sen.

Przypomniał mi się termin, który wprowadził w obieg wybitny amerykański psychiatra Donald Winnicot – wystarczająco dobra mama, jako przykład zdrowej relacji z rodzicami.

Żeby dziecko było zdrowe, żeby dobrze się rozwijało, matka powinna być ani wybitna ani zła. Wystarczająca. Powinna w sposób wystarczający zaspokajać potrzeby dziecka. Łagodzić jego smutki, reagować na płacz. W początkowej fazie rozwoju powinna zaspokajać  wszystkie jego potrzeby.

Matka potrafi rozróżnić płacz dziecka. Jeśli ma mokro – zmienia mu pieluchy. Kiedy jest głodne – karmi je. Kiedy płacze ze strachu – przytula je i koi. Dzięki temu dziecko uczy się, że świat, w którym zaczyna funkcjonować jest dobry i przyjazny, ponieważ spełnia jego potrzeby. Wychodzi mu naprzeciw. Rozumie.

Nie ma idealnych rodziców. Są wystarczająco dobrzy.

Kiedy napisałam post pt. „Płacz dziecka”, pojawiły się głosy, że nie należy reagować na każde jego zawołanie. Ja uważam, że trzeba i zawsze reaguję. Nie paniką, czy nerwami, ale w zależności od rodzaju płaczu może to być nawet rozmowa.

Czasami wydaje nam się, że dziecko sobie popłacze i przestanie. A w nim kotłuje się morze emocji, które tłumione, będą rodziły frustracje i nieporozumienia.

Niekiedy jest tak, że  rodzic ma inny system wartości, inne metody wychowawcze , ma inne potrzeby związane z rodzicielstwem. Takiego rodzica nie trzeba zmieniać na siłę. Ważne, żeby z takimi różnicami nauczyć się żyć. Bo jeżeli ja będę chciała zmienić jego myślenie  i narzucić mu swoje, to znaczyłoby, że moje jest lepsze. A tak wcale nie jest.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy bocian zapuka trzeci raz…

Zrobiłam test ciążowy, położyłam na stole z zamiarem zrobienia zdjęcia, trzeba upamiętnić taką chwilę. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że zniknął. Nie było go. Znam winowajcę. Mój malutki synek gdzieś mi go zapodział. Może jeszcze go znajdę.

Kiedy bocian zapukał pierwszy raz do moich drzwi, byłam naiwną dziewczyną, której się wydawało, że musi być tak, jak sobie zaplanuje. Dziecko? To takie oczywiste, że będzie. Takie proste. I było. Śliczny synek, taki malutki, taki chudziutki. Szczęście.

Przez rok mąż pracował w domu. Mogliśmy razem dzielić się obowiązkami. Razem było raźniej i nie odczułam trudów macierzyństwa, może musieliśmy bardziej zaciskać pasa, ale byliśmy szczęśliwymi posiadaczami dziecka. Zresztą z perspektywy tylu lat wszystko wygląda idealistycznie. No i jest to moja subiektywna ocena.

Kiedy bocian zapukał drugi raz, byłam w lekkim szoku. Minęło dziesięć lat od pierwszej wizyty. Dużo się wydarzyło. Przez te długie lata nie mogłam mieć dzieci. A właściwie mogłam, ale tylko na chwilę. Trudno jest mi zliczyć, ile razy musiałam się z nimi żegnać. Kiedy lekarz  zapytał, która to ciąża, odpowiedziałam – druga. Pozostałe wyparłam z pamięci. A teraz musiałam je wszystkie  zliczyć. Ot taka statystyka.

Drugie bijące serce. Rytmiczne uderzenia życiodajnej siły. Oddech za oddech. Mozolne tkanie małego człowieczka.

Nigdy nie miałam pretensji, żalu do Stwórcy  z powodu tych strat. Po ludzku było mi  smutno.  Żadnych pytań, pełna ufność i akceptacja. Tłumaczyłam sobie, że to co się dzieje, to dla mojego dobra. Nie pozwalając  urodzić się mojemu dziecku, Bóg je chroni, chroni mnie – jego matkę. To czas, żebym skupiła się na synu, który był z nami. To czas, żeby zaangażować wszystkie uczucia, miłość i przelać je na naszego synka.

Oddałam wszystko, co miałam po pierwszym dziecku. Zostawiłam łóżeczko.

I pojawił się śliczny drugi chłopczyk. Już nie taki malutki, nie taki chudziutki, z dużą, owłosioną główką. Moje drugie szczęście.

Kiedy bocian zapukał trzeci raz, ledwo go słyszałam i widziałam 🙂 Zastanawiałam się, czy mam na tyle odwagi i siły, żeby te drzwi otworzyć.  Już nie byłam w  lekkim szoku, byłam w dużym szoku. Zastanawia mnie ten Boży plan. Dlaczego nie mogłam mieć dzieci, kiedy byłam młoda, silna, trochę nieodpowiedzialna? Może nie miałam tego doświadczenia, które posiadam obecnie.

Dlaczego teraz? To jest dla mnie tajemnica. Co się zmieniło? Czy ja się tak zmieniłam, że  dopiero teraz nadszedł mój czas? Dlaczego ja?  Pytania można mnożyć w nieskończoność.

Marzenie o pełnej rodzinie spełnia się. Pragnienie o posiadaniu dzieci zostało zaspokojone. Odnoszę wrażenie, że wszystko dzieje się poza naszym udziałem. Świadomie ze strachu nie zaplanowałabym ciąży. Nie w tym wieku. Ale na szczęście nie we wszystkim muszę decydować sama  🙂

Nigdy nie planowaliśmy z mężem ilości dzieci. Dla nas to było naturalne, że odkąd jesteśmy małżeństwem, to będą  się pojawiały. Jedno, dwoje? Bez planu. Tam, gdzie jest miłość, zgoda, oddanie, tam pojawiają się dzieci. To jest konsekwencją związku. Jego celem. Po to żyjemy. Żeby nadać życiu sens, żeby tchnąć życie  w te małe istotki i wypuścić je w świat.

Muszą sobie radzić, ale miło będzie,  jak czasami wrócą do domu, jak odnajdą do niego drogę. Żeby nie zarosła chwastami. Staram się, jak mogę, żeby pielęgnowały w sobie ogród z pięknymi chwilami, a nie traciły czasu na wyrywanie z niego chwastów. I to jest dla mnie istota macierzyństwa. Budowanie takich relacji, takich fundamentów, których nie zburzy żadna zawierucha.

Przede mną daleka droga  🙂

 

Pozdrawiam ciepło  🙂

 

Czy to ucieczka, czy to wycieczka – siedlisko cz.II

 

Kiedy kupowaliśmy siedlisko, było nas troje. Mama, tata i trzyletni synek (obecnie 10-letni). Wydawało nam się, że w takim dużym domu pogubimy się we trójkę. Intuicyjnie czułam, że musimy go mieć, że  dużo zmieni w naszym życiu, da nam chwile spędzone tylko razem, z dala od zgiełku.

Jego kupno wiązało się z wieloma wyrzeczeniami; właściciel chciał gotówkę na teraz. Wtedy nie wiedzieliśmy, ale później dotarło do nas, że zależało mu na szybkiej sprzedaży z powodu afery z policją (hodowla marihuany).

Mieliśmy dylemat, ale pomyślałam wtedy, Panie Boże, jeśli Ty chcesz dla nas tego domu, jeśli masz plan dla nas z nim związany, to my go będziemy mieli. Cierpliwie czekaliśmy na rozwój wydarzeń, ale też pomagaliśmy im pomału iść do przodu.  No i zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami kawałka wsi.

Teraz powoli dociera do mnie sens jego kupna.

Najpierw byliśmy we dwoje. Dwoje ludzi chcących być razem, chcących założyć rodzinę. Początki nie były łatwe, ciągle coś blokowało nam dojście do siebie. Blokowało, a jednocześnie kazało być razem. Ja tego nie rozumiałam, nie ogarniałam. A jednak zaryzykowaliśmy. Lubię myśleć, że w tym wszystkim miał swój udział Palec Boży, który nas tak popychał ku sobie, obiecując wspaniałą miłość i takie samo życie. Tylko obraz tego życia i miłości był całkowicie rozmazany. Wtedy.

Już tak nie będę zachwalać mojego męża 🙂 Uzupełniamy się, a nasza miłość rozkwita, jakbyśmy unosili się po kolejnych szczeblach życia, doznając coraz większego oddania.

Z naszej dwójki zrobiła się trójka. Nie wiadomo, kiedy; nie wiadomo jak. Nowe życie, nowy ład i porządek. Cel w życiu. Minęło dziesięć lat i z naszej trójki zrobiła się czwórka. Pomnażanie miłości, radości; dzielenie smutków i przykrych chwil.

Dla mnie to jest ogromna tajemnica. Tajemnica rodzicielstwa. Wiem, że gdybym nie miała dzieci, potrafiłabym sobie zorganizować przestrzeń, zaakceptować taki stan rzeczy. Zresztą przez prawie dziesięć lat musiałam akceptować to, że nie mogę mieć więcej dzieci. Myliłam się. W życiu nie ma nic pewnego i wiem, że ode mnie nie wszystko zależy.

W życiu bym tego nie przewidziała, ale z naszej czwórki za niedługo zrobi się piątka, a my ledwo zmieścimy się w naszym trzypokojowym, ciasnym mieszkaniu.

Teraz wiem, skąd ten pomysł z dużym domem. Teraz wiem, dlaczego tak bardzo chcieliśmy go mieć. Teraz wiem, kto nam w tym pomógł.

Ktoś, kto troszczy się o naszą rodzinę. Ktoś kto zamieszkał w domu naszym na długo przed nami. Bóg.

Paczka z niespodzianką

Dawno temu moi znajomi, pijąc poranną kawę na tarasie, zauważyli, że jej smak jest jakiś inny, gorszy. Jako koneserzy kawy byli bardzo zawiedzeni i zmartwieni  do tego stopnia, że zadzwonili do siedziby firmy i grzecznie poinformowali panią, że kawa ma inny smak niż zwykle.

Zostali przez nią solidnie przepytani. Zaczęli od podanie wszystkich możliwych informacji na opakowaniu, a skończyli na   preferencjach smakowych. A pani upewniwszy się, że nie ma do czynienia ze zwykłymi naciągaczami i wariatami (pamiętam, jak z koleżankami wydzwaniałyśmy z budki tel. do energetyki, gadając głupoty. W końcu nas namierzyli i dostałyśmy niezły opierdziel), wzięła od nich dane kontaktowe.

Jakże wielkie było ich zdziwienie, gdy następnego dnia kurier zapukał do drzwi, dzierżąc w dłoniach karton z niespodzianką. A w paczce same pyszności: kawa, czekolady, cukiereczki. Same mniam, mniam.

Długo miałam w pamięci to zdarzenie. Myślałam sobie, że fajnie byłoby z rana dostać taką fajną pakę na dobry początek dnia. Ale później w ferworze codziennych obowiązków zupełnie o tym zapomniałam.

Okazja nadarzyła się po kilku latach. Karmiłam moje półroczne wtedy dziecko  obiadkami ze słoiczka. To było jedno z pierwszych karmień nowymi pokarmami. Wyciągam łyżeczkę i patrzę , a na niej niezmielona grudka pożywienia, potem następna. Nie były to jakieś twarde grudy, ale dziecko mogło się nimi zachłysnąć, tym bardziej, że dopiero uczyło się jeść.

Napisałam krótkiego maila do siedziby firmy, że dnia tego i tego miało miejsce takie zdarzenie. Same suche fakty, bez pretensji i oskarżeń.  Na końcu zostawiłam dyskretnie imię i nazwisko na w razie czego.

Maila z odpowiedzią od firmy dostałam w trybie natychmiastowym. Był to kwestionariusz z niezliczoną ilością pytań typu:

  • o której godzinie i w jakim sklepie dokonała pani zakupu?
  • jakiej wielkości i konsystencji była grudka?
  • jak wyglądała pokrywka, czy była odkształcona?

Oczywiście były pytania o podanie numeru serii, godziny pakowania itp.

Na każde udzieliłam wyczerpującej odpowiedzi. Nawet zostawiłam ten kawałek do zdjęcia, ale kiedy zobaczyłam taką  ilość pytań, z wrażenia umyłam miseczkę.

Firma potraktowała mnie z należytą atencją. Napisali, że zbadają całą serię i przyślą raport z badania.

Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy kurier nie przyszedł na następny dzień. Potem na następny i tak minął tydzień. Śmiałam się z samej siebie i z tego, jak bardzo czegoś byłam pewna, nie mając ku temu podstaw. Założyłam coś, co wcale nie musiało się wydarzyć. Za  mało pokory, za dużo pewności i pychy.

Nawet się ucieszyłam, że nic nie przyszło. Miałam nauczkę.

Po kilku tygodniach dzwonek domofonu. Kurier. Zdziwiłam się, ponieważ nic nie zamawiałam. Zanim otworzyłam drzwi, zapytałam kuriera, od kogo ta przesyłka. Nestle.

 

Pozdrawiam ciepło 🙂